niedziela, 24 czerwca 2012

146. Mediacje


Ginny przymknęła oczy i wsłuchała się w dźwięk pikającej aparatury. Czuła ulgę, gdy obok bijącego spokojnie jej serca, rozbrzmiewało przyspieszone bicie serduszka nienarodzonego dziecka. 
Był późny wieczór, a ona nie mogła zasnąć, wciąż i wciąż rozpamiętując słowa mamy, która zostawiła ją późnym popołudniem, by nakarmić Jamesa i położyć go spać. Nie mogła w to wszystko uwierzyć. Harry zajmował się Jamesem? Nie chodził do pracy, tylko całymi dniami siedział tutaj? Czy to możliwe?
Był przy niej pierwszy, gdy się obudziła, ale czy to nie był przypadek?
Przypomniała sobie słowa Harry’ego, kiedy Hermiona trafiła do Munga po raz pierwszy i Ron deportował się od nich z domu, by być przy niej: „Ja sam bym nie wytrzymał, gdybyś to ty była w Mungu. Zostałbym z tobą. Tak jak ty zrobiłaś to dla mnie kilka lat temu”. Czyżby spełniły się jego słowa?
Przekręciła się na bok i w ciemności dostrzegła cień stojącego w kącie kojca. Czy to znaczyło, że Harry przyprowadzał tu także Jamesa i razem spędzali dni przy jej łóżku? Przed jej oczami pojawił się James i jego słodki uśmiech. Słoneczko mamusi, które tak bardzo cieszyło się dzisiaj, harcując po niej i łóżku. Przecież Harry właśnie stamtąd wziął go i przyniósł do niej.
Łzy zapiekły jej oczy. Skuliła się wewnętrznie, gdy te wspomnienia dzisiejszego dnia opanowały jej głowę. Harry... Wyglądał koszmarnie, jakby nie spał od kilku dni. 
Zasłużył sobie na to, pomyślała mściwie. Ja też wiele nocy nie przespałam zastanawiając się, gdzie on jest i kołysząc Jamesa do snu, teraz on zobaczył jak to jest.
Przekręciła się na drugi bok i zasnęła w niespokojną drzemkę.
Obudziła się o świcie, gdy niebo za oknem dopiero zaczynało robić się szare.
Przeciągnęła się i odniosła dziwne wrażenie, że czegoś jej brakuje. Zrozumienie uderzyło ją z potężną siłą, wybudzając ją całkowicie. 
Brakowało jej Jamesa, z którym wielokrotnie sypiała, i właśnie Harry’ego.
----- 
Harry obudził się wczesnym rankiem, zaskoczony, że wciąż leży na kanapie w salonie Nory, przykryty ciepłym kocem. Na jego piersi spał James, z główką wtuloną w jego ramię. Westchnął niezadowolony, że Molly go nie obudziła. 
Wstał ostrożnie, by nie obudzić malca przyklejonego do jego ramienia i przeszedł do kuchni. Przy stole siedział Artur, czytając „Proroka”, a Molly kręciła się przy kuchni i szykowała śniadanie.
- Harry, kochaneczku, już wstałeś? – wyszeptała zaskoczona, gdy dostrzegła go stojącego w progu, i śpiącego w jego ramionach wnuka. – Usiądź tutaj. – Odsunęła krzesło na wprost Artura. – Co byś zjadł?
- Wszystko jedno – mruknął.
Usiadł niepewnie na wyznaczonym miejscu, patrząc na teścia. Wczoraj zachował się jak drań, nawet nie dziękując mu za opiekę nad synem.
- Tato... Arturze... – zwrócił się do mężczyzny przed sobą – przepraszam za wczoraj i dziękuję za Jamesa.
 Artur odłożył gazetę.
- To ja przepraszam. – Harry drgnął zaskoczony. Za co Artur go przeprasza? – Wczoraj nie powinienem był mówić ci w ten sposób o Ginny. Nie rozumiem, czemu ona tak nie chce... – Zmarszczył brwi.
- Ale ja wiem, czemu mnie nie chce – powiedział cicho Harry.
Artur pokręcił głową i spojrzał na żonę.
- Muszę już iść, Molly. Ucałuj Ginny ode mnie, jak dzisiaj u niej będziesz. Może wpadnę do niej wieczorem.
Wstał, uścisnął rękę Harry’ego, nałożył podróżny płaszcz i po wyjściu poza ogrodzenie, deportował się.
Harry udał, że tego nie słyszał. On z chęcią by poszedł, ale jeśli Ginny nie chce go widzieć... Nie będzie się jej narzucać.
James poruszył się na jego ramieniu i zaczął płakać.
- Co się dzieje, maluszku? Jesteś głodny?
Odsunął syna od siebie i spojrzał w jego zapłakane oczka. James chwycił rączką jego palec i wsadził sobie do buzi.
- Dziąsełka go swędzą – zauważyła Molly. – Zaraz... Ginny miała dla niego jakiś żel. Chyba jest na górze. Accio!
Z pokoju na piętrze przyleciało do niej niewielkie pudełeczko, które podała Harry’emu.
- Posmaruj mu tam, gdzie czujesz coś ostrego. To miejsca, gdzie niedługo pojawią się kolejne ząbki.
- Dzięki. – Wyciągnął palec z ust malca, nabrał na niego trochę żelu i ponownie włożył Jamesowi do buzi. – I jak? – zapytał go. – Już lepiej?
James tym razem uśmiechnął się z palcem taty między wargami i zacisnął usta.
- Hej, James! – zawołał Harry, z trudem wyciągając palec. Na skórze pojawił się odcisk jednego ząbka. – Nie wolno gryźć taty. – Pogroził mu ugryzionym palcem.
- Dobrze, że jeszcze nie ma mocnych zębów – zaśmiała się Molly – to by cię wtedy zabolało.
- To nic. To co robimy, smyku? Wracamy do domu? – zwrócił się do syna.
- Nie idziecie do Ginny? – zapytała zaskoczona Molly.
Harry westchnął.
- Wiesz mamo, że Ginny nie chce mnie widzieć, to po co mam do niej iść? 
James ponownie zaczął płakać, jakby zrozumiał, że nie zobaczy mamy.
- Ona... – Pani Weasley urwała, nie wiedząc co powiedzieć. Spojrzała na niego smutno, gdy próbował uspokoić malca. – Pod maską złości, jaką wczoraj pokazała, jest zraniona kobieta, która chce pokazać jak bardzo cię potrzebuje... 
Harry zamierzał odpowiedzieć jej coś ostrego, ale w tej samej chwili rozległo się pukanie w okno i Molly podeszła, by je otworzyć. Do środka wleciała sowa, podleciała do Harry’ego i zrzuciła mu list, po czym zatrzepotała skrzydłami i wyleciała z powrotem. 
Harry w ostatniej chwili złapał pergamin, zanim James nie dobrał się do niego swoimi rączkami.
- James, nie wolno! – syknął i odwrócił kopertę. 
Na wierzchu widniała pieczątka Hogwartu.
- Hogwart? – mruknął zaskoczony.
Molly wzięła wnuka na ręce.
- Chodź do babci, perełko – zaszczebiotała. – Tata przeczyta wiadomość, a my zjemy śniadanko, dobrze?
Maluch zagruchał po swojemu, gdy Molly przygotowywała miseczkę i kaszkę.
Harry w tym czasie wstał i zamyślony wyszedł do salonu. Gdy usiadł na kanapie, otworzył list i zaczął czytać.

Szanowny panie Potter
Drogi Harry.
W najbliższy weekend organizowane jest wyjście uczniów do Hogsmeade. Poprosiłam na ten dzień o ochronę Gawaina Robardsa z myślą, że zobaczę wśród oddelegowanych aurorów także Ciebie.
Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że jesteś na przymusowym urlopie, a Ginewra leży nieprzytomna w szpitalu. Co się stało?
Lecz nie po to przesyłam do Ciebie ten list. Zapewne zastanawiasz się, czego, po tylu latach, może oczekiwać od Ciebie dyrektor Hogwartu. Mam ogromną prośbę, którą chciałabym omówić z Tobą najszybciej jak to będzie możliwe. Jeśli wyrazisz zgodę na spotkanie, to będę na Ciebie czekać w gospodzie Pod Trzema Miotłami w Hogsmeade w sobotę około godziny 14-tej. Wtedy wszystko Ci wyjaśnię.
Liczę na szybką odpowiedź.

Minerwa McGonagall
Dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.

Harry odłożył pergamin na bok i wpatrzył się niewidzącym spojrzeniem w okno. Z kuchni dobiegały do niego radosne popiskiwania Jamesa, zabawianego przez Molly.
Nie wiedział co o tym myśleć. McGonagall nigdy nie była taka tajemnicza, zawsze mówiła wprost. I dlaczego chce się spotkać w Hogsmeade a nie w gabinecie dyrektora w Hogwarcie?
I do czego potrzebna jej ochrona? 
Schował list do wewnętrznej kieszeni i wstał, by poszukać wolnego pergaminu i pióra. Nawet jeśli to pułapka musiał się przekonać jak jest naprawdę.  
----- 
Ginny odrzuciła na bok czytaną gazetę i wyjrzała przez okno. Niebo za oknem przykryły ciemne chmury, z których padał śnieg, usypując na parapecie białą kołderkę. 
Pół godziny temu wyszedł od niej uzdrowiciel, twierdząc, że wszystko jest na dobrej drodze do poprawy i niedługo będzie mogła wrócić do domu. Do tego czasu jednak, będzie musiała leżeć podłączona do aparatury, a tego nienawidziła najbardziej.
Zerknęła na zegarek. Zbliżało się południe, a nikt jeszcze nie przyszedł. Gdzie jest mama i James? Gdzie jest Harry? Czyżby po wczorajszym nie chciał jej widzieć? No cóż... Ona sama nie była pewna, czy tego chce.
Te ponure rozmyślania przerwało ciche pukanie do drzwi, które zaraz potem się otworzyły.
Do środka weszła Hermiona.
- Cześć Ginny – przywitała się – jak się czujesz?
- Mogłoby być lepiej – mruknęła Ginny, podciągając się na rękach do siadu. – Jak ty wytrzymywałaś tutaj całe dnie? Przecież to koszmar!
Hermiona wyczarowała sobie krzesło i usiadła obok łóżka.
- Nie było tak źle. Ty przychodziłaś i Ron...
- No tak. Ron. – Ginny kiwnęła głową. – Gdybym mogła powiedzieć, że Harry przychodzi, tak jak on... Ale on pewnie znowu zaczął uganiać się za śmierciożercami... Wystarczyła mu tylko chwila, że się obudziłam. 
Hermiona pokręciła głową niezadowolona.
- Czemu jesteś na niego taka cięta? 
- To dlaczego jego tu nie ma?
- Może jest coś nie tak z Jamesem? Wiesz, nic poważnego, ale zatrzymało go w domu. Poza tym był tutaj codziennie. Albo sam, albo z Jamesem. Każdy ci to powie.
- Wiem, pytałam uzdrowiciela – szepnęła. – Nikt nie był w stanie go stąd wyrzucić.
Odwróciła głowę i spojrzała na magiczny ekran.
- No widzisz. Ginny, czyżbyś już zapomniała te wszystkie wydarzenia sprzed lat, gdy razem pokonywaliście ataki śmierciożerców? Harry rzucał się w niebezpieczeństwo, nie patrząc na nic, tylko myśląc o tobie. A pamiętasz...
- Dobrze, już dobrze, Hermiono – jęknęła. – Rozumiem o co ci chodzi, ale nie mogę mu wybaczyć tych ostatnich tygodni...
- Ginny, to jego praca! – krzyknęła. – Dobrze wiedziałaś, że będzie aurorem. No okej, trochę was ostatnio zaniedbał, ale...
- Trochę? – wpadła jej w słowo. – Nie był z nami miesiąc! I nie wystarczy tydzień, żeby to odpokutować, zwłaszcza że ja tego nie widziałam!
Hermiona westchnęła.
- Widzę, że ciebie nie przekonam. A co powiesz na to, że wczoraj razem ze mną i Ronem szykował na nowo wasz dom w Dolinie?
Ginny obróciła do niej głowę tak szybko, że o mały włos nie skręciła sobie karku.
- Co?
Hermiona nie odpowiedziała, bo drzwi się otworzyły i do środka weszła Molly, a za nią Harry z Jamesem na ręku, który wykręcał się całym ciałkiem w drugą stronę, by zobaczyć Ginny.
- Jee...
- Dzięki, Hermiono – warknął Harry. – To miała być niespodzianka – powiedział sucho, podchodząc do łóżka i podając Jamesa Ginny, która wyciągnęła do nich ręce.
- Moje szczęście przyszło do mamusi! – pocałowała synka w czubek głowy, gdy malec ułożył się obok niej na łóżku. – Co się stało, że jesteście dopiero teraz?
- Musieliśmy się przebrać – mruknął Harry.
Stał oparty o przeciwległą ścianę ze skrzyżowanymi ramionami na piersi. Był zły.
- A ty, co tutaj robisz? – zapytała kpiąco. – Nie masz nic pilnego?
- Ginny! – krzyknęły jednocześnie Hermiona i Molly.
- Muszę złapać kilku śmierciożerców, którzy czają się niedaleko – syknął. Jego słowa były nasączone sarkazmem. – Dlatego cieszę się, że możesz wreszcie zająć się Jamesem – powiedział i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Zatrzymał się w korytarzu, opierając się rękami o ścianę i kopiąc w nią z impetem.
- Niech to szlag! – przeklął.
Usłyszał czyjeś kroki, więc przestał i odwrócił się.
- Dlaczego oboje jesteście tacy uparci – warknęła Hermiona, gdy podeszła do niego – i nawzajem się ranicie? Dobrze, że James jest jeszcze malutki i nie rozumie co się między wami dzieje. 
- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale to ona dzisiaj zaczęła – syknął. – Miałem dzisiaj w ogóle tutaj nie przychodzić, ale Molly mnie namówiła. No i widzisz jak się to skończyło – wyciągnął rękę w stronę drzwi sali. – Dlatego nie będę jej uszczęśliwiać na siłę.
To powiedziawszy, odwrócił się od Hermiony i odszedł. 
------- 
Ginny skuliła się wewnętrznie, gdy trzasnęły drzwi za Harrym. Tuż za nim wyszła Hermiona. Wróciła kilka minut później, sama, kręcąc głową. Dopiero teraz brak Harry’ego uderzył ją jak tłuczek w żołądek, a raczej w serce. Poczuła straszliwą pustkę, gdy dotarło do niej, że przez swój język może go stracić. Nie mogła jednak tak od razu zmienić nastawienia.
- Czyli pokazał, co dla niego jest ważniejsze – syknęła cicho.
Wzięła kilka głębszych oddechów, by uspokoić szybko bijące serce i położyła policzek na główce Jamesa, który rozpłakał się po wyjściu taty. Czyżby przez ten tydzień tak bardzo się do niego przywiązał? 
- Nas nie oszukasz – mruknęła Molly – a zwłaszcza mnie, córeczko.
Przygładziła koc, przykrywający Ginny, choć nie było to konieczne. James zakwilił cicho i umilkł, zasypiając w ramionach mamy.
- W czym nie oszukam? – spytała Ginny, udając zdziwienie.
- Brakuje ci Harry’ego. 
- Jego? – prychnęła. – Skąd. 
Odwróciła głowę, by nie dostrzegły łez napływających jej do oczu. Oczywiście, że brakowało jej Harry’ego. Przecież o to była cała ta kłótnia między nimi.
- Brakuje ci go – Hermiona powtórzyła słowa Molly – tak jak jemu brakuje ciebie. Niestety okazujecie to w dziwny sposób, którego nie mogę zrozumieć. Zawsze uważałam, że nikt i nic was nie poróżni. Tak dobrze się przez te lata dogadywaliście... Nawet jeśli chodziło o jego pracę, tak jak teraz, czy o śmierciożerców...
- Ale wtedy nie było jeszcze Jamesa... – próbowała wtrącić Ginny.
Molly westchnęła.
- Ile to razy ja zostawałam sama z waszą siódemką, bo wasz ojciec miał urwanie głowy w ministerstwie? – zapytała Molly, natychmiast odpowiadając: – mnóstwo. W każdym małżeństwie są trudne chwile i nieporozumienia – powiedziała. – Myślisz, że między mną a ojcem zawsze jest różowo? Oczywiście, że nie. 
Przysunęła się bliżej Ginny i położyła rękę za jej głową, jakby chciała ją objąć.  
- Kiedy kogoś kochasz, kochasz go w całości, nie tylko z zaletami, ale i z wadami, które dostrzegamy dopiero później.
- Wiem – Ginny pociągnęła nosem. – Tylko dlaczego to jest takie trudne?
----- 
Harry nie mógł sobie znaleźć miejsca, kręcąc się po domu na Grimmauld Place. W głowie wciąż kłębiły mu się niespokojne myśli. W jaki sposób ma przekonać na nowo Ginny do siebie? Czy uda im się w końcu dojść do porozumienia?
Nie chciał, żeby stała się jej jakakolwiek krzywda, ale co się stało, to się nie odstanie. Przecież on chciał tylko, aby jego rodzina i przyjaciele byli bezpieczni. Chciał wyłapać już tych śmierciożerców i mieliby święty spokój, choć to wcale nie było takie proste.
Czy ona nie widziała, że on też cierpi, że żałuje? 
Miał dość jej humorów. Wiedział, że to wszystko przez ciążę, ale był już tym wszystkim zmęczony i chciał, żeby wszystko wróciło do normy.
Wrócić... To mu o czymś przypomniało. Dolina Godryka i pudełko jego matki.
Zbiegł po schodach, by powiedzieć Zgredkowi dokąd idzie. Ten jednak stał tuż przy drzwiach.
- Pan Mark Newton czeka w kominku, Harry Potter, sir – zaskrzeczał.
- Mark Newton? Przecież dobrze wie, że jestem na urlopie – syknął.
Mimo wszystko wszedł do środka i podszedł do paleniska, z którego wystawała głowa aurora.
- O co chodzi, Mark? 
- Cześć, Harry – przywitał się. – Jak Ginny?
- W porządku – wycedził przez zęby. – Dzięki, że pytasz, ale nie po to tu jesteś, prawda?
Oparł się ciężko o oparcie krzesła i spojrzał krzywo na Marka.
- No tak. Dotarła do nas wiadomość o ataku śmierciożerców w Bellshill.  
- W Bellshill? 
- Tak. To wioska na północy Anglii. Wczoraj śmierciożercy zabili w niej kilku mugoli. Tak dla zabawy.
- Ale co to ma wspólnego ze mną? Ty się teraz tym zajmujesz, nie ja.
- Tak wiem, ale to niedaleko Hogsmeade. A tak w ogóle masz jakiś kontakt z tym swoim informatorem?
Harry spojrzał na niego bykiem.
- A więc o to ci chodziło! – wykrzyknął. – Nie. Nie mam. On sam kontaktuje się ze mną, gdy uważa, że to konieczne.
- Tak tylko pytałem. Obawiamy się, czy nie chcą się dostać do szkoły.
- Po co? Kiedyś atakowali, bo byłem tam ja albo moi najbliżsi, a teraz nie widzę powodu...
Urwał. Hogsmeade... List McGonagall i to tajemnicze spotkanie...  Czy to właśnie o to chodziło?
- Mark... – spojrzał na niego – czy doszła do was prośba od McGonagall o kilku aurorów na sobotnią wycieczkę uczniów do Hogsmeade? 
- Nie wiem. Musiałbym spytać Robardsa. Czemu pytasz?
- Wczoraj dostałem od niej list z prośbą o spotkanie.
- Cholera! – przeklął Mark. – Wysłałeś odpowiedź? – Harry kiwnął głową. – Nic więcej nie rób! Pogadam z Robardsem i dam ci znać, co on wie w tej sprawie – wykrzyknął i zniknął z kominka.
Harry pokręcił głową niezadowolony i odwrócił się. Przy nim pojawił się Zgredek.
- Czy Zgredek ma przygotować obiad dla Harry’ego Pottera? – zapytał.
- Dziękuję Zgredku, ale wychodzę do Doliny Godryka. Jeśli możesz, to tam możesz coś dla mnie przynieść.
- Oczywiście, Harry Potter, sir.
----- 
Pokój zalewało delikatne światło kilku gazowych lamp wiszących na ścianach pomiędzy regałami pełnymi książek. Na wielkim biurku stojącym po środku gabinetu, leżało drewniane pudełko. Przy oknie, w świetle dogasającego dnia, stał Harry, wyglądając na zewnątrz. Przed nim roztaczał się widok na ogród i las, w cieniu którego stały dwa nagrobki jego rodziców.
Odsunął się od okna i usiadł za biurkiem, patrząc na pudełko. Tak jak powiedziała Hermiona za sypialnią znajdowała się mała komórka, w której znalazł swoją starą Błyskawicę i różne sprzęty do quidditcha. Nic więcej tam nie było, co mogłoby mu się przydać, albo przynajmniej naprowadzić na cokolwiek, co pozwoliłoby mu na otwarcie pudełka. 
Wziął je w ręce i zaczął obracać w różne strony. Tak jak poprzedniego dnia zmieniło się w szkatułkę z wygrawerowanymi na wieczku inicjałami L. E-P. 
- Mamo – szepnął. – Jeśli to coś dla mnie, jak mam się dostać do środka? I dlaczego ujawniło się to dopiero teraz? Przecież mieszkałem tu tyle lat...
Obracał kasetkę w różne strony, ale nic więcej się nie pojawiło. Odstawił ją z powrotem i zaczął wodzić palcem po inicjałach.
- Lily Evans Potter – wyszeptał, dotykając przy każdym słowie kolejnej litery – jestem twoim synem...
Nim wybrzmiał do końca ostatni wyraz, wieczko odskoczyło i ukazała się jego zawartość. W środku leżały pergaminy, zdjęcia i jakaś książka oprawiona w kolorową okładkę i przewiązana czerwoną wstążeczką.
Sięgnął po nią ręką i otworzył. Na pierwszej stronie widniał podpis:

Ten pamiętnik należy do Lily Evans   Potter

2 komentarze:

  1. Pamiętnik Lily Potter!!! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. wow córka harrego przysłała mu pamiętnik z przyszłości

    OdpowiedzUsuń