niedziela, 24 czerwca 2012

133. Dobre i złe wiadomości


Harry aportował się w małym parku w pobliżu opuszczonego o tej porze placu zabaw. Sprawdził różdżkę i ruszył w stronę słabo oświetlonej ulicy. Chwilę potem rozległy się kolejne trzaski aportacyjne i obok niego pojawiło się kilku aurorów.
- Co wy tu robicie? – syknął.
- Paul stwierdził, że to może być pułapka – wyjaśnił Mark. – Ustawimy zaklęcia antydeportacyjne wokół domu Thomasów na czas twojej wizyty w tym budynku.
- I będziemy w gotowości, jeśli coś miałoby się wydarzyć – dodała Julia.
- Przecież to zwykła mugolka! – wykrzyknął Harry. – Co może mi się u niej stać?
- A Dean Thomas jest niepoczytalny – syknął Mark. – Ty rób swoje, a my zrobimy swoje.
- Potter, po prostu udaj, że nas tu nie ma – warknął Williamson. – Czy mamy rzucić na ciebie Obliviate?
Mężczyzna wyjął różdżkę i wskazał nią na Harry’ego, który przewrócił oczami.
- To nie będzie konieczne – mruknął.
Odwrócił się od nich i ruszył dalej. Tego mu było potrzeba – kilku nianiek, pomyślał sarkastycznie.
Światło latarni oświetlało pobliską ulicę, na której znajdował się rząd identycznych domów. Za bardzo przypominało to Privet Drive, ale sądził, że tak jest na każdym osiedlu pod Londynem. Wszedł na ganek i zastukał do drzwi. Usłyszał kroki i wkrótce w progu pojawiła się wysoka czarnoskóra kobieta.
- Kim pan jest? – zapytała drżącym głosem. – Nie biorę udziału w żadnych zbiórkach ani nic nie kupuję...
Chciała zamknąć drzwi, ale Harry przytrzymał je ręką.
- Diana Thomas? – spytał. – Jestem Harry Potter. Chciała pani ze mną rozmawiać.
Kobieta zawahała się, bacznie mu się przyglądając, ale w końcu wycofała się do środka i wpuściła go za sobą.
Harry sprawdził różdżkę wsuniętą w rękaw i poszedł za nią.
- Dziękuję, że pan tak szybko się zjawił – powiedziała, prowadząc go do saloniku. – Przepraszam za moje zachowanie, ale od wczoraj boję się wszystkiego i wszystkich. Gdyby nie ludzie od was... mój brat... – Potrząsnęła głową i urwała. – Nie, to już nie jest mój brat – oznajmiła dobitnie. – Nie po tym, co zrobił.
Wskazała Harry’emu fotel przy kominku. Harry podszedł bliżej i przycupnął na jego końcu.
- A co on zrobił?
Diana Thomas nadal stała w progu salonu. Rzucała pełne niepokoju spojrzenia w głąb domu i na Harry’ego.
- Przyszedł do mnie wczoraj i zaczął wymachiwać tym patykiem... Różdżką, tak? – Harry kiwnął głową. – No i chyba rzucił na mnie jakieś czary – powiedziała. – Napije się pan czegoś? Herbaty, kawy?
- Herbaty, poproszę.
Kobieta kiwnęła głową i wyszła. Harry rozejrzał się po pomieszczeniu. Obok fotela, na którym siedział, stała kanapa i mały stolik. Nie dostrzegł telewizora, ale nad kominkiem wisiał jakiś płaski ekran. Nie zdążył obejrzeć więcej, bo pani Thomas wróciła, niosąc tacę z dwoma filiżankami i dzbankiem oraz talerzem z ciasteczkami. Postawiła to wszystko na stoliku i usiadła na kanapie.
Harry sięgnął po najbliższą filiżankę i zobaczył małą karteczkę leżącą na spodku. Były na niej tylko dwa zdania: On nadal tu jest. To pułapka.
Poderwał się na równe nogi, różdżka sama znalazła się w jego dłoni. Na zewnątrz pogasły latarnie i widać było rozbłyski rzucanych zaklęć. Na górze rozległ się jakiś hałas.
Wybiegł do holu. W tej samej chwili otworzyły się wejściowe drzwi i do środka wbiegł Mark.
- Potter, śmierciożercy są na zewnątrz! – zawołał. – To pułapka!
- Wiem. Zajmij się nią i sprawdź górne piętro – zakomenderował Harry, wskazując przerażoną kobietę. – Thomas jest na górze.
Nagle usłyszał za plecami ostry głos:
- Nie tak szybko, Potter.
Zamarł i odwrócił się na pięcie. Na szczycie schodów stał Dean z różdżką wycelowaną w jego pierś.
- Dobrze, że tak szybko się pojawiłeś – wycedził, schodząc powoli po schodach. – To wiele ułatwi.
- Expelliarmus!
To Mark wystrzelił zaklęcie, które minęło Harry’ego ponad ramieniem, jednak Dean uchylił się przed nim i krzyknął:
- Drętwota!
- Protego! – odparował Harry i niewidzialna tarcza wyrosła między nimi.
- Impedimento! – zawołał Thomas.
- Expelliarmus! – wykrzyknął jednocześnie z nim Mark i czerwony promień wyminął tarczę Harry’ego i trafił w stojącego mężczyznę.
- Drętwota! – krzyknął Harry.
Siła obydwu zaklęć zmieszała się i odrzuciła Thomasa na schody. Jego różdżka wyleciała w powietrze. Złapała ją Diana Thomas i natychmiast odrzuciła ją od siebie, jakby poraził ją prąd.
Chwilę zajęło mężczyznom opanowanie szoku. Harry wycelował różdżką w nieprzytomnego Deana. W powietrzu pojawiła się lina, która owinęła się wokół jego ciała, wiążąc go.
- Zabieram go do ministerstwa – oznajmił Mark. – Tam się zobaczymy.
- A co z resztą?
Harry wyjrzał na zewnątrz. Sytuacja wyglądała na opanowaną. Latarnie oświetlały ulicę pomarańczowym światłem, jakby nic się nie wydarzyło.
- Potter!
Przy bramie stał Williamson i wskazywał na coś ręką. Podszedł bliżej. Na furtce wisiał jakiś delikatny materiał. Rozpoznał go od razu. Tyle razy zastanawiał się, dlaczego Ginny nie ubierała tej koszulki, gdy kładła się spać. Teraz zrozumiał. To właśnie o tej bieliźnie pisał Dean miesiąc temu. Sięgnął po nią ręką. Gdy tylko jej dotknął pojawił się napis: Ona i tak będzie moja.
-------
Wrócił do domu późną nocą. W głowie cały czas kłębiły mu się myśli z dzisiejszej akcji. Miał wrażenie, że za łatwo im to poszło, a Dean poddał się prawie bez walki. I te słowa: Ona i tak będzie moja – to bolało go najbardziej.
Zgredek przywitał go i zaprosił na kolację. Nie czuł głodu. Podziękował i wszedł na górę. Był pewny, że wszyscy już śpią.
Na pierwszym piętrze zatrzymał się przed pokojem, w którym spał Teddy i zajrzał do środka. Chłopiec leżał zwinięty w kłębek w poprzek łóżka. Wszedł do środka i ułożył chłopca z głową na poduszce i przykrył kołderką. Przez chwilę pomyślał o Remusie i Tonks. To oni powinni tu stać i otulać go do snu. Westchnął i wyszedł na podest. Na drugim piętrze usłyszał płacz. James kręcił się w łóżeczku i wyciągał do niego rączki. Wziął malca na ręce i usiadł z nim w fotelu.
Zaczął myśleć o Deanie i Ginny, o sobie i Ginny i tym szkrabie, który spał smacznie w jego ramionach, i poczuł strach na myśl, że mógłby ich stracić.
Delikatne dłonie spoczęły na jego barkach i usłyszał cichy szept:
- Harry?
Uniósł głowę, ale nie odwrócił jej. Ginny osunęła ręce na jego klatkę piersiową i objęła go. Podniósł lewą i chwycił jej dłonie.
- Miałeś ciężki dzień. – Tak dobrze go znała.
- Złapaliśmy Deana – oznajmił. – Na razie jest w celi na dziesiątym piętrze ministerstwa pod ścisłą strażą. – Tam czeka na przesłuchanie.
- I nie będzie nam już groził?
Nie odpowiedział. Nie był pewny niczego. Ginny zacisnęła ramiona wokół niego i położyła głowę na jego ramieniu.
- To nieważne – szepnęła mu do ucha. – A wiesz, że Percy był tutaj po południu?
Harry poruszył się zaskoczony tą zmianą tematu, ale nie oponował. Potrzebował czegoś, co pozwoli mu choć na tę jedną noc zapomnieć o wydarzeniach sprzed kilku godzin.
- I czego właściwie chciał? Jak go widziałem dzisiaj w ministerstwie, był bardzo zdenerwowany.
- Prosił mnie o pomoc. Audrey jest w ciąży i...
- Co? – Zapomniał, że trzyma na kolanach Jamesa, gdy podskoczył i odwrócił się do niej. W ostatniej chwili Ginny złapała synka i przeniosła go do łóżeczka. Na szczęście maluch nawet nie zareagował.
- Zaskakujące, prawda? Percy, nasz rodzinny sztywniak, będzie miał dziecko. – Zaśmiała się, siadając mu na kolanach. – No i ze względu na to szykuje się nam kolejny ślub w rodzinie. Ale to nie koniec nowin.
Harry przewrócił oczami. Czuł, że nie wypuści go, dopóki nie powie mu wszystkiego.
- W przyszłym roku czeka nas prawdziwy wysyp dzieci w naszej rodzinie – wyjaśniła. – Już wiesz o Audrey. Teraz chyba największa niespodzianka: Hermiona też spodziewa się dziecka! – wykrzyknęła.
- Hermiona? Ron wie?
- Jeszcze nie. Wiemy jedynie my. Tylko Harry – położyła dłoń na jego piersi – proszę, nie mów mu. Niech Hermiona sama mu o tym powie, zwłaszcza, że to może nie być jego dziecko.
- A czyje? Kruma?
Ginny pokiwała smętnie głową. Harry z trudem powstrzymał się, by nie przekląć.
- Ty też jesteś? – zapytał, przyciskając ją do siebie.
- A chciałbyś? – Zmrużyła oczy i pocałowała go w czubek nosa. – Nie wystarczy ci ten jeden szkrab? – Podniosła rękę i wskazała kciukiem za siebie, gdzie znajdowało się łóżeczko i śpiący w nim mały chłopiec.
- Mówiłem ci kiedyś, że chcę mieć tak samo liczną rodzinę jak twoja, więc oczywiście, że tak.
- To może...
Harry chwycił ją za boki i zaczął łaskotać. Ginny zachichotała.
- Co „może”? – zapytał gardłowym głosem, nie przerywając łaskotek.
- Harry, starczy... – wydyszała, z trudem powstrzymując się od śmiechu. – Może powinniśmy pomóc naturze? – zapytała, ruszając sugestywnie brwiami. Jednocześnie zaczęła rozpinać mu koszulę.
- Wspólna kąpiel przed snem? – zaproponował.
Pokiwała potwierdzająco głową i pisnęła, gdy Harry wziął ją na ręce i wyniósł z pokoju.
------
Ginny obserwowała kręcącą się po korytarzu Hermionę. James siedział w wózku obok niej i bawił się grzechocącym kubeczkiem, który przekładał sobie z rączki do rączki. Wystawił rączkę z kubeczkiem na zewnątrz wózka i zrzucił go na podłogę.
- James! – krzyknęła na hałas, jaki wywołała butelka.
Podniosła zabawkę i schowała do pojemnika pod wózkiem. Maluch zaczął płakać, gdy nie dostał jej z powrotem. Szybko jednak o niej zapomniał, gdy zaczął ciągnąć za skarpetki na swoich nóżkach.
Obie czekały na wyniki badań przed gabinetem. Hermiona chodziła zdenerwowana w tę i z powrotem i Ginny zastanawiała się kiedy na podłodze pojawi się wydeptana ścieżka.
- Hermiono, usiądź – syknęła, gdy ta znalazła się obok niej. – Podłoga już pęka pod twoimi stopami. – Wskazała na pęknięty kafelek na podłodze.
- Nie wysiedzę w spokoju! – wykrzyknęła Hermiona. – Dlaczego to musi tak długo trwać?
- Trwa tyle ile musi, a ty nie powinnaś tak się denerwować.
Hermiona zatrzymała się w końcu i spojrzała na nią krzywo, jednak nic nie powiedziała.
James zapiał z radości, gdy zdjął skarpetkę i wsadził sobie bosą stópkę do buzi. Ginny wyciągnęła go z wózka i posadziła na kolanach, by ubrać go z powrotem.
W tej samej chwili otworzyły się drzwi gabinetu i wyszedł uzdrowiciel.
- Pani Potter – przeczytał z pergaminu znajdującego się na podkładce. – Zapraszam do środka.
Ginny wstała i poprawiła Jamesa na ramieniu. Hermiona doskoczyła do nich.
- A co ze mną? – zapytała.
- Pani Weasley – zaczął uzdrowiciel – proszę jeszcze chwilę poczekać. Jeszcze nie mam pani wyników.
- To ile mam jeszcze czekać? To za długo trwa!
Uzdrowiciel zignorował tę wypowiedź i odwrócił się do Ginny.
- Zapraszam, pani Potter. Synka proszę zostawić na zewnątrz, tak będzie nam wygodniej rozmawiać.
Ginny oddała Jamesa Hermionie i ścisnęła jej ramię. Chłopiec skrzywił się i zaczął płakać, wyciągając do niej rączki.
- Mama za chwilę wróci, skarbie – powiedziała i pocałowała malutką dłoń. – Teraz słuchaj cioci.
Odwróciła się i weszła do środka za uzdrowicielem. Usiadła na krześle przed biurkiem, czekając. Uzdrowiciel usiadł na swoim miejscu, opierając łokcie o blat i spojrzał na nią znad końców palców, złożonych razem.
- Mam dobre nowiny – oznajmił z uśmiechem. – James oczywiście jest zdrowy. Już niedługo powinny pojawić się pierwsze ząbki, to dlatego tak bardzo się ślini. Tu jest przepis na maść, którą może pani zamówić w aptece na Pokątnej. Proszę użyć jej na dziąsła, gdy James zacznie marudzić. A co do pani przypuszczeń...  To były trafne; jest pani w szóstym tygodniu ciąży.
- W szóstym? – Jak szybko ten czas płynie, pomyślała.
- Jak najbardziej. Wszystkie badania na to wskazują. Dziecko rozwija się prawidłowo. Jak pani sobie życzy, możemy usłyszeć już bicie serduszka...
- Naprawdę? Oczywiście, że chcę je usłyszeć! – wykrzyknęła.
- To proszę się tu położyć. – Wskazał na kozetkę pod ścianą.
Wstała i ułożyła się wygodnie. Uzdrowiciel dotknął różdżką jej brzucha i w pokoju rozległy się stuki, jakby ktoś bardzo szybko pukał. Żałowała, że Harry tego nie słyszy.
Uzdrowiciel odsunął się, a ona podniosła się i otarła płynącą łzę. To było takie wspaniałe.
- Gratuluję – usłyszała głos mężczyzny, który siedział już za biurkiem i coś notował w jej karcie. – Proszę pojawić się u mnie za dwa tygodnie przed świętami na kontrolę.
- Oczywiście. A co z Hermioną? – zapytała.
Uzdrowiciel spojrzał na nią.
- To jak na razie jest sprawa poufna między mną a panią Weasley, więc proszę zaprosić ją teraz do mnie. Do zobaczenia za dwa tygodnie, pani Potter.
Ginny zrozumiała, że niczego się więcej nie dowie, więc pożegnała się i wyszła.
Hermiona stała tuż za drzwiami, z trudem panując nad wierzgającym Jamesem.
- I jak?
- U mnie wszystko w porządku, teraz ty możesz wejść. Zaczekamy na ciebie. James, co ty taki niespokojny? – Wzięła synka z rąk Hermiony i spojrzała na niego. – Już jestem, skarbie. – Pocałowała go w czółko, a James wtulił się w ramiona mamy, natychmiast się uspokajając.
Długo czekali na Hermionę. James zdążył zjeść kaszkę i zasnąć, a Hermiona wciąż nie wychodziła. Ginny zaczęła obawiać się, że stało się coś poważnego, bo co jakiś czas pojawiała się pielęgniarka, niosąc różne eliksiry. W dwóch z nich rozpoznała eliksir wzmacniający i uspokajający. Gdy udało jej się zajrzeć do środka zobaczyła Hermionę siedzącą na krześle, które ona zajmowała wcześniej. Nie wyglądała źle, poza tym, że była śmiertelnie blada. Uświadomiła sobie, że Hermiona poroniła poprzednią ciążę i może istnieć obawa, że sytuacja się powtórzy. Czy to mogło być przyczyną?
Hermiona wyszła z gabinetu dopiero po godzinie. Była spokojna, choć czerwone oczy zdradzały, że wcześniej płakała. Ginny wzięła ją pod ramię i posadziła na najbliższym krześle.
- Co się stało? – zapytała.
- Och, Ginny... – Hermiona zaszlochała i zarzuciła ręce na jej szyję.
Ginny podniosła wzrok na uzdrowiciela, który stał w otwartych drzwiach.
- Obawiam się, że ciąża pani Weasley może być zagrożona – powiedział. – Ze względu, że poprzednia skończyła się przedwcześnie, wiele teraz może zależeć od najbliższych kilku dni. Powinna jak najwięcej leżeć i odpoczywać. Ma się zjawiać co tydzień u mnie na kontroli. Jakikolwiek ból w podbrzuszu, czy plamienie spowodują, że będę musiał zostawić ją na oddziale. Proszę się nią zająć, dobrze pani Potter?
- Oczywiście – Ginny kiwnęła głową. – Przekażę pana zalecenia jej mężowi.
- I dobrze by było, żeby na najbliższej wizycie pan Weasley też się u mnie zjawił.
Mężczyzna skinął głową i zamknął drzwi, pozostawiając je same.
- Czemu Ron ma też się zjawić?
- Bo jest ojcem – stwierdziła Hermiona. Ginny odetchnęła z ulgą. – I całe szczęście – dodała. – Ale to jest główną przyczyną... – urwała, krzywiąc się z bólu i łapiąc się za dół brzucha. Chwilę potem osunęła się na podłogę.
Ginny podskoczyła i z rozmachem otworzyła drzwi gabinetu.
- Pomocy! – krzyknęła. – Hermiona!
Uzdrowiciel wybiegł na zewnątrz, wyczarował nosze i przeniósł na nie nieprzytomną kobietę.
- Zemdlała – oznajmił, sprawdzając odruchy leżącej i nie odwracając od niej wzroku. – Zostawiam ją na obserwację. Proszę natychmiast sprowadzić tu pana Weasleya – rozkazał.
Ginny kiwnęła głową, zerknęła ostatni raz na przyjaciółkę, chwyciła wózek i deportowała się.
Kilkanaście minut później ona i Ron pojawili się w zatłoczonej izbie przyjęć. Na nieszczęście do informacji była długa kolejka.
Ginny miała więc czas, by powiedzieć bratu o wszystkim. Gdy wreszcie dotarli do siedzącej przy ladzie pielęgniarki, Ron był blady jak ściana.
- Zaklęcie wymiotujące? – zapytała czarownica, gdy na niego zerknęła. – Czwarte piętro.
- Niee – jęknął Ron. – Moja żona...
- Mój brat chciał powiedzieć, że jego żona, Hermiona Weasley, została przyjęta na oddział położniczy.
- Rozumiem. Parter, drugie skrzydło, pierwsze drzwi na prawo. Oddział uzdrowiciela Gaya Octopusa.
Ginny pchnęła Rona w plecy i poprowadziła na miejsce.
Kiedy dotarli do gabinetu, z sali wyszła do nich stażystka.
- Pan Ronald Weasley? – A gdy Ron kiwnął głową, powiedziała: – proszę do środka. Uzdrowiciel Octopus wszystko panu wyjaśni.
Ron nie był w stanie wykrztusić ani słowa. Ginny, widząc jego nieprzytomne spojrzenie, chciała wejść do gabinetu razem z nim, ale uzdrowiciel ją powstrzymał.
- Proszę zaczekać na zewnątrz, pani Potter.
Usiadła na wysłużonym fotelu. Nieskazitelnie białe ściany i sterylny zapach szpitala sprawił, że zaczęła myśleć o najgorszym. Przypomniała sobie okropne dwa tygodnie sprzed lat, gdy czekała na powrót Harry’ego do życia. Na szczęście Harry, który pojawił się kilka minut po tym jak Ron wszedł do gabinetu, siedział teraz obok niej i razem czekali na wiadomości. Fotel natychmiast po jego przyjściu rozciągnął się do rozmiarów kanapy.
- Gdzie James? – zapytał, gdy przysiadł obok niej i przyciągnął ją do siebie.
- Jest w Norze. Mama chętnie się nim zajęła, pod warunkiem, że natychmiast ją powiadomimy, jak coś się zmieni.
Wtuliła się mocniej w jego pierś. Nie tak planowała sobie ten wieczór. Miała zrobić uroczystą kolację, podczas której miała mu powiedzieć o kolejnym Potterze, wybierającym się na ten świat, a nie siedzieć w szpitalu i czekać na jakąkolwiek wiadomość, co z Hermioną.
Zastanawiała się przez moment, jak mimo wszystko mu o tym powiedzieć, bawiąc się nitką w jego szacie.
- Harry?
- Tak?
Poczuł jak robi się spięta. Objął ją i zaczął delikatnie masować jej ramiona.
- Miałam powiedzieć ci to dzisiaj podczas kolacji, ale nie wyszło.
- O czym?
Odsunął się na moment, by móc na nią spojrzeć. Jej brązowe oczy błyszczały, a spojrzenie było pełne miłości.
- Pamiętasz naszą wczorajszą rozmowę o dzieciach?
- Tak. Mówiłaś, że Audrey i Hermiona ich oczekują.
- A jak spytałeś o mnie, mruknęłam: „może”, pamiętasz?
- Oczywiście. To była cudowna noc, kochanie – szepnął i pocałował ją w czoło.
- Tak, ale nie o tym mówię. Byłam dziś u uzdrowiciela i...
- No tak, z Jamesem – przerwał jej. – Rozumiem, że wszystko w porządku?
- Nawet lepiej. Harry, w przyszłym roku...
 Nie zdążyła powiedzieć do końca, bo nagle otworzyły się drzwi gabinetu i ze środka wyszedł Ron. Oboje poderwali się ze swoich miejsc.
- Ron, co się dzieje? Co z Hermioną?
Ginny chwyciła brata pod ramię i posadziła na kanapie. Schował twarz w dłoniach.
- Ron...
- Hermiona jest nieprzytomna, ale żyje. Dziecko... na razie też.
- Ale to brzmi, jakby...
- Moja krew i krew Hermiony nie mają zgodności. Dodatkowo coś jest nie tak z ciążą. Tak było przy poprzedniej i tak jest teraz. Jakby organizm Hermiony nie akceptował poczętego dziecka i próbował je odrzucić. Dlatego poprzednim razem doszło do poronienia. Uzdrowiciele próbują znaleźć sposób, by utrzymać oboje przy życiu, ale to może znaczyć, że Hermiona będzie musiała tu zostać przez najbliższe miesiące. Ja zamierzam być z nią przez ten czas.
- Czy możemy do niej wejść? Coś dla was zrobić?
- Tylko najbliższa rodzina może wejść. Poza tym i tak teraz nie będzie wiedziała, że tu jesteśmy. Jest w śpiączce...
- Och, Ron! – Ginny rzuciła się bratu na szyję i rozpłakała się.
- Czy jest coś, co możemy dla was zrobić? – zapytał ponownie Harry, kładąc rękę na jej ramieniu.
Ron pokręcił przecząco głową.
- Ja sam nic nie mogę zrobić. Uzdrowiciel powiedział, że wszystko zależy od tej nocy. Jeśli dziecko przeżyje...
Ponownie zakrył twarz dłońmi.
- Na pewno będzie dobrze – powiedziała stanowczo Ginny, odsuwając się od brata i stając obok Harry’ego. – Nie dopuszczam innej możliwości i ty też nie powinieneś. Spędzisz tę noc u nas. Nie, posłuchaj mnie, Ron – warknęła, gdy ten chciał zaprotestować. – Nie możesz teraz zostać sam.
- Ty zostałaś...
- To nie jest tak samo, jak wtedy, gdy to ja czekałam na Harry’ego przed laty, więc nie porównuj – syknęła.
- Bo jesteś uparta i mama nie miała z tobą szans...
Ginny zagryzła wargi. Nie chciała się kłócić z Ronem. To nie czas i miejsce. Spojrzała błagalnie na Harry’ego, który stał za plecami Rona, szepcząc bezgłośnie: „Zrób coś”. Harry wyciągnął różdżkę z rękawa i celując nią w Rona, mruknął: „Confundo”. Mężczyzna wzdrygnął się.
- Ron, lepiej jej posłuchaj – powiedział głośno Harry, pewny, że zaklęcie działa. – Wrócisz tutaj jutro rano. Sam mówiłeś, że na razie nic nie pomożesz. Hermiona będzie cię potrzebować silnego i zdrowego, jak się obudzi.
Ron niepewnie kiwnął głową na zgodę i ruszył do wyjścia. Ginny uśmiechnęła się. Wzięła Harry’ego pod ramię i oboje ruszyli za jej bratem.
- Dzięki – szepnęła do Harry’ego. – Idźcie razem do domu. Ja wpadnę tylko na chwilę do mamy, by uwolnić ją od Jamesa i powiedzieć o wszystkim, i zaraz wrócę.
Kolacja minęła w prawie zupełnej ciszy. Ron przesuwał widelcem ziemniaki na talerzu i w końcu odrzucił go z brzękiem i wybiegł. Ginny spojrzała za bratem, ale Harry pokręcił głową. Dobrze go rozumiał.
Gdy nadszedł wieczór, po uśpieniu Jamesa przez Ginny, a Teddy’ego przez Harry’ego, oboje udali się do swojej sypialni.
- Dlaczego nie pozwoliłeś mi iść za nim? Wtedy, przy kolacji? – zapytała Ginny, układając się po swojej stronie łóżka.
- Pewnie chciał być sam. Gdy tak na niego patrzyłem zrozumiałem, że to nie był dobry pomysł, by go tu sprowadzać. On nie wytrzyma do rana.
Harry objął ją w pół i przycisnął do siebie.
- Skąd wiesz?
- Ja sam bym nie wytrzymał, gdybyś to ty była w Mungu. Na jego miejscu rzuciłbym Confundusa na nas i zostałbym z tobą. Tak jak ty zrobiłaś to dla mnie kilka lat temu. Pewnie teraz Ron myślami jest przy Hermionie.
W pokoju rozległ się suchy trzask i Harry poderwał się, celując różdżką w miejsce skąd dochodził dźwięk. Rozbłysło delikatne światło z różdżki Ginny i zobaczyli przy łóżku małego skrzata.
- Harry Potter wybaczy Zgredkowi, ale Zgredek chciał powiedzieć, że pan Ronald wyszedł pięć minut temu i deportował się sprzed domu.
- Tak późno? – zapytała Ginny, spoglądając przerażona na Harry’ego. – Harry, a jeśli coś mu się stanie?
- Na pewno jest w Świętym Mungu przy Hermionie – mruknął do niej, gładząc ją po plecach. – Tak jak mówiłem. Dziękuję Zgredku – zwrócił się do skrzata, który skłonił się nisko i zniknął.
Pchnął ją delikatnie i ułożył obok siebie na posłaniu, a sam podparł głowę na ręku i, bawiąc się jej rozsypanymi włosami, spytał:
- A o czym to chciałaś mi powiedzieć jeszcze w szpitalu, ale przeszkodził nam Ron?
Odwróciła się do niego bokiem. Trochę była zaskoczona tą zmianą tematu, ale cieszyła się z tego. Światło z leżącej na pościeli różdżki padało na jego twarz. W oczach widziała zielone ogniki, po których wiedziała, że już się wszystkiego domyślił.
- Przecież już o tym wiesz.
- To pewne?
Kiwnęła głową potwierdzająco. Harry rzucił się na nią i przygwoździł ją całym ciałem do łóżka, namiętnie ją całując. Czas się zatrzymał, gdy oboje zatracili się w sobie.

1 komentarz: