poniedziałek, 18 czerwca 2012

92. Czy to koniec?


Ginny wyjrzała ponad ramieniem aurora. Naokoło walczyło mnóstwo ludzi i trudno było określić, kto przyjaciel a kto wróg. Harry zniknął gdzieś w tym tłumie. Chciała pobiec za nim i walczyć. Wierzgnęła nogami, szarpnęła się, ale mężczyzna wzmocnił uścisk i nie zważając na walczących, przemknął do wyjścia.
- Puść mnie! – krzyknęła. – Ja chcę tam wrócić!
- Oszalałaś, dziewczyno? Ledwo trzymasz się na nogach!
- Nic mi nie jest! Proszę mnie puścić!
Kopnęła nogami w powietrzu, wyrwała się z jego objęć, zeskakując na ziemię, pozostawiła koc w ręku Newtona, wyszarpnęła różdżkę z jego ręki i pobiegła w walczący tłum.
Za plecami usłyszała krzyk:
- Potter mnie zabije, jeśli coś ci się stanie!
- To mi pomóż! – odkrzyknęła – drętwota! – I zaklęcie trafiło dokładnie w to, co miało trafić, w śmierciożercę.
Przeskoczyła nad nim, złapała różdżkę, poprzednią odrzuciła do aurora i pobiegła przed siebie, rzucając zaklęciami.
Newton złapał swoją różdżkę i pobiegł za Ginny.
- Wracaj! Impedimento! – Zaklęcie przeleciało tuż nad ramieniem Ginny i trafiło w śmierciożercę.
Zrobiła unik, bo kolejna klątwa nadleciała z boku.
- Petrificus Totalus! – rzuciła zaklęciem w tamtą stronę i odwróciła się. – Co ty wyprawiasz? – krzyknęła ze złością. – Po której jesteś stronie?
- Po twojej. To miejsce nie jest dla ciebie, musisz się stąd wydostać! – zawołał. – Drętwota! – Czerwony promień trafił w końcu w plecy dziewczyny, a ta osunęła się na podłogę. Złapał ją wpół i przerzucił ją sobie przez ramię. – To dla twojego dobra – mruknął.
I osłaniając ją zaklęciem tarczy i co chwila rzucając klątwy w śmierciożerców, wyniósł ją na zewnątrz, skąd deportował się do Hogwartu.
Harry był spokojniejszy, bo Ginny już tu nie było, choć nie był pewny, czy Mark naprawdę chciał pomóc. Zdrada Tima była niczym nóż w plecy i teraz każdy mógł być dla nich wrogiem. Nie miał czasu na zastanawianie się nad tym, oraz skąd aurorzy wiedzieli gdzie mają iść i jak tu trafili. I to w dodatku tak szybko. Na te pytania przyjdzie czas później. Od samego początku zaskoczyła go jednak ich obecność w tym miejscu. Tak trudno było wyciągnąć od kogokolwiek informacje na temat Wężowego Wzgórza, a teraz walczyli u jego boku. Słowa, które mówił wcześniej Ginny: „wszystko będzie dobrze” były wówczas tylko pustymi słowami. Sam w nie wtedy nie wierzył. Bo niby jak mieli się stąd wydostać?
Pierwszą osobą, na którą wpadł, był Tim. Wściekłość jaka w nim wezbrała, gdy go zobaczył, osiągnęła niepokojący poziom.
- I co teraz, Potter? Chcesz się pobawić? Drętwota! – krzyknął Tim.
Harry zrobił unik przed zaklęciem i wycelował w niego. Zaczęli krążyć wokół siebie.
- Od kiedy z nimi grasz? – warknął.
- Jak już się pewnie domyśliłeś, od samego początku. To było zabawne patrzeć na twoją naiwność, gdy opowiadałem ci wszystko.
- Czyli to wszystko było ukartowane?
- Oczywiście. A jak myślisz, dlaczego nie mogłeś nic znaleźć na temat tego miejsca? – Wyciągnął pustą rękę i wskazał po całym pomieszczeniu. – To ja zmusiłem Robardsa, Fireburna i Laughtera, by pozwolili nam się dostać do tych dokumentów sprzed lat. I to ja sprawiłem, że wszystkie wiadomości zniknęły.
- A Snakes?
- No cóż... – Crosby zawahał się. – Nie mogłem ukrywać tego w nieskończoność. Spodziewałem się, że już niedługo Knight sprowadzi tu Ginny, a ponieważ Snakes jest tropicielem i zna to miejsce, prędzej czy później i tak byś do niego trafił.
Harry czuł, jak wściekłość spływa mu z głowy do różdżki. Wiedział, że wokół nich aurorzy walczą ze śmierciożercami, że gdzieś niedaleko jest Malfoy i Lestrange, którzy tylko czekają, by coś mu zrobić, ale on musiał się dowiedzieć wszystkiego.
- I w ten sposób trafiłeś w moje ręce – kontynuował Tim. – U Morrigan znalazłem odpowiednie miejsce na kryjówkę.
- Więc ona też jest...
- Nie. Podporządkowałem ją sobie zaklęciem Imperius i działała według moich poleceń. A teraz...
Harry zacisnął mocniej rękę na różdżce, Tim zrobił to samo, a chwilę potem krzyknęli jednocześnie:
- Drętwota!
- Impedimento!
Różnokolorowe zaklęcia pomknęły w przeciwników. Harry uniknął oszałamiacza w ostatniej chwili, choć na twarzy poczuł szarpnięcie, jakby ktoś przejechał mu drutem po policzku, ale Tim nie miał tyle szczęścia i trafiło go zaklęcie spowalniające. Zamarł na moment, co wykorzystał Harry, strzelił w niego oszałamiaczem i zdrajca upadł na ziemię.
Harry zrobił kolejny unik, bo dostrzegł czerwony promień i pochylony umknął w bok przed następnymi zaklęciami. Nie patrzył pod nogi, starając się unikać klątw i nagle potknął się o coś leżącego na ziemi. Ze strachem spojrzał w dół. Zobaczył białe włosy okalające twarz starszego mężczyzny. Paul Laughter. Harry schylił się, by sprawdzić, czy żyje i wtedy zielony promień prawie musnął jego plecy. Gdyby zrobił to sekundę później, klątwa, jak nic, trafiłaby w niego. Natychmiast się odwrócił. Po drugiej stronie komnaty dostrzegł Malfoya, który celował w niego różdżką. Obok stała Bellatriks, śmiejąc się szaleńczo, a z jej różdżki strzelały iskry. Za nią po ścianie osuwał się bardzo znajomy mężczyzna – czy to Fireburn?
Protego! – wrzasnął, blokując lecące w jego stronę zaklęcie.
- Koniec zabawy, Potter! – krzyknął Malfoy. – Trzeba było dopilnować ucieczkę najdroższej żonki – wycedził. – Teraz nie masz żadnych szans. Widzisz ilu już z was pokonaliśmy?
Nie chciał w to wierzyć. Powstrzymał się przed wybuchem, kierując różdżkę w mężczyznę.
- Expelliarmus!
Malfoy zablokował zaklęcie.
- Tylko na tyle cię stać? – W głosie Malfoya pobrzmiewała kpina. – Myślisz, że tym zdołasz mnie pokonać? Avada...
Nie zdążył wypowiedzieć formuły do końca, bo trafiło go zaklęcie oszałamiające. Harry spojrzał w bok. Ku nim biegła jakaś blondynka. Bellatriks parsknęła śmiechem.
- Kolejna osoba gotowa się poświęcić dla ciebie, Potter? – prychnęła. – Avada Kedavra!
Dziewczyna ledwo uniknęła klątwy i pobiegła dalej, a Harry wycelował różdżkę w Bellatriks.
- Drętwota!
Moc zaklęcia była tak silna, że kobieta została pchnięta na ścianę i osunęła się po niej. W tym samym momencie Harry’ego uderzył potężny Cruciatus. Zwinął się z bólu i upadł na ziemię.
- Jak śmiesz! – warknął śmierciożerca, który pojawił się tuż obok. Przerwał klątwę i podszedł bliżej. – Bolało, co? To jeszcze nic – syknął i kopniakiem wytrącił Harry’emu różdżkę z ręki. – Zobaczymy, co powiesz na to! – Wykonał dość skomplikowany ruch ręką, a Harry poczuł, że łamie mu się nos, jakby mężczyzna kopnął go okutym butem w twarz. Oczy zaszły mu mgłą. – Wiesz, dobrze się bawiłem z twoją żoneczką przez te kilka dni – powiedział. Zamknął oczy, jakby chciał to sobie przypomnieć. –  Szkoda, że tak szybko uciekła, bo inni też mieli na nią ochotę...
Harry’emu krew zawrzała w żyłach, gdy to usłyszał. Czuł, że gorącą falą napływa mu do mózgu. Ostrożnie sięgnął po różdżkę i korzystając z tego, że tamten nadal ma zamknięte oczy, wstał.
- Drętwota!
- Impedimento!
- Expelliarmus!
Ze wszystkich stron świsnęły zaklęcia, godząc w stojącego mężczyznę. Huk był tak potężny, jakby wystrzeliło z armaty. Najbliższej ściany, przy której leżeli nieprzytomni śmierciożercy, już nie było. Widać było teraz las, a ponad nim jaśniało niebo, zbliżał się świt.
Harry rozejrzał się. Nie tylko on użył różdżki. W tej samej chwili zrobiło to jeszcze troje ludzi: dwóch mężczyzn i kobieta.
- Dzięki – mruknął w ich stronę. Podszedł do leżącego śmierciożercy i kopniakiem przewrócił go na plecy. – Kim jesteś? – warknął, przyglądając się twarzy mężczyzny. – To ty jesteś Knight, pieprzony zdrajca! To przez takich jak ty nie mamy spokoju! Crucio!
Siła klątwy podrzuciła śmierciożercę do góry. Miotał się w powietrzu, wyjąc z bólu, dopóki ktoś nie złapał Harry’ego za rękę.
- Potter, uspokój się! Wystarczy.
- Zapłaci za wszystko – syknął, opuszczając różdżkę.
- Tak, zapłaci, jak każdy obecny tu śmierciożerca – powiedział spokojnie Williamson.
- Nic ci nie jest? – zapytała kobieta, patrząc z niepokojem na Harry’ego, który miał głęboką ranę nad brwią, a po twarzy i z nosa ciekła mu krew.
- Nie – odparł, nie odwracając się. – A co z resztą? Co z Paulem?
Dwóch aurorów wynosiło na niewidzialnych noszach nieprzytomnych mężczyzn.
- Nic mu nie będzie – powiedziała kobieta. – Jest nieprzytomny, ale wyjdzie z tego. Z Terencem również – dodała. – Co z twoją twarzą? Pokaż. – Odwrócił się do niej i zamknął oczy. – Episkey.
Harry poczuł ciepło w okolicy nosa, a potem stwierdził, że nic już go nie boli. Dopiero teraz rozejrzał się dokładniej. Po drugiej stronie kilku aurorów spędzało wszystkich śmierciożerców na środek komnaty. Wśród nich dostrzegł Malfoya, Lestrange i Tima Crosby’ego. Wszyscy, aurorzy i śmierciożercy, byli pokryci pyłem i kurzem z rozwalonej ściany, niektórzy mieli zranienia na twarzach. Jego wzrok padł na kobietę stojącą obok niego, jakby dopiero teraz ją zobaczył.
- Morrigan? – spytał zaskoczony. – A-ale przecież t-ty... jesteś...
- Domyślam się, że Tim powiedział ci, że jestem uzdrowicielką? – spytała, a gdy przytaknął niepewnie, dodała: – to nie do końca prawda. Przykro mi, że nie mogłam ci powiedzieć wcześniej, ale...
- Koniec tych pogaduszek! – Podszedł do nich Mark Newton, auror, który wyprowadzał stąd Ginny. – Na to będziecie mieli czas później.
Harry spojrzał na niego.
- Mark, ty tutaj? A gdzie jest...
- Ginny jest bezpieczna w Hogwarcie – powiedział uspokajająco. – Pomfrey już się nią zajęła. A ja wróciłem, żeby wam pomóc. A propos Ginny. Nie wiedziałem, że jest taka uparta. Chciała tu zostać i walczyć i gdybym nie użył zaklęcia oszałamiającego, to...
- Coś ty zrobił?! – krzyknął Harry, mierząc w niego różdżką. – Użyłeś oszałamiacza na moją żonę?
- To był jedyny sposób, żeby ją stąd wyprowadzić!
- Ale ona teraz myśli, że jesteś zdrajcą!
- Hej, chłopcy, nie bić się – powiedziała Morrigan, śmiejąc się. – Tylko brać się do roboty. Na resztę przyjdzie czas, gdy tu zrobimy porządek – powtórzyła wcześniejsze słowa Marka.
- Nie mogę – mruknął Harry. – Chciałbym być przy Ginny, kiedy się obudzi...
- Ale chyba nie w tym stroju? – przerwała mu Morrigan, dźgając go palcem w pierś. – Jak się pojawisz tak w Hogsmeade czy w Hogwarcie, wszyscy pomyślą, że śmierciożercy atakują. Poza tym Robards chce z tobą rozmawiać.
- Robards? – zapytał zaskoczony. Przeczuwał, że nie będzie to miła rozmowa. – A co z nimi? – Wskazał na związanych śmierciożerców.
- Zabieramy ich do Azkabanu – odparł Williamson, który podszedł do nich. – Tam będą czekać na proces. A to – sięgnął do kieszeni i wyciągnął dłoń w stronę Harry’ego – chyba należy do ciebie.
Harry spojrzał na otwartą dłoń aurora i kiwnął głową. To był naszyjnik Ginny.
- Bardziej do Ginny – mruknął, odbierając go od niego. – Skąd...? – spojrzał pytająco.
- Przeszukaliśmy wszystkich i zabraliśmy im różdżki, a Crosby miał to w kieszeni.
- Dzięki – mruknął Harry, ściskając w dłoni srebrny łańcuszek. – Skąd wiedzieliście, gdzie szukać? – zadał cicho pytanie, które gryzło go od samego początku. – I tak szybko tu się pojawiliście?
Popatrzył po wszystkich. W końcu odezwał się Williamson.
- To wcale nie było takie proste. Tim dobrze wiedział jak rzucić Imperiusa. Okazało się, że on i Mike Underwood nie są po naszej stronie od dawna. Od kilku miesięcy wykonywali rozkazy Malfoya i całej reszty. Obaj mieli ciebie pilnować, a kiedy nadarzy się okazja... mieli sprowadzić cię tutaj.
- Tak. Tim mi to powiedział pół godziny temu – powiedział Harry z przekąsem.
- I szybko wcale nie jesteśmy – dodał Mark. – Mike w poniedziałek miał zdać raport, co wydarzyło się w Egipcie i wymsknęło mu się, że skonfundował tę dziewczynę, która się do ciebie przystawiała, tę... jak jej tam... – zająknął się.
- Cho – syknął Harry.
- Tak, no właśnie, potem ona się przyznała, że działała pod wpływem zaklęcia, które minęło następnego dnia po waszym powrocie, a później Mike zaczął się śmiać, gdy usłyszał, że porwali Ginewrę i ty tu poszedłeś. I wtedy palnął, że to pewnie zasługa Tima i, że pewnie już stąd nie wrócicie. Przycisnęliśmy go i wyznał wszystko. Dwa dni później skontaktowała się z Biurem Morrigan – spojrzał na nią, kiwając głową – no i tak... dostaliśmy się tutaj.
- Dwa dni? – Harry był zaskoczony. – Zaraz... to znaczy, że... – urwał, a głos mu nieco zadrżał – dzisiaj minęło pięć dni, odkąd Ginny... – Z trudem przełknął ślinę, gdy sobie uświadomił, jak długo ją więzili.
- Tak – powiedziała smutno Morrigan, klepiąc go po ramieniu. – Odezwałabym się wcześniej, ale ten... – wskazała głową na grupę śmierciożerców – ...Crosby mnie pilnował. Miałam cię wyleczyć, ale jednocześnie sprawić byś obudził się dopiero na to tajemne zebranie dziś w nocy.
- Rozumiem – mruknął Harry. – I dziękuję wam. Za wszystko.
Ktoś obok klasnął w dłonie i wszyscy aż podskoczyli.
- Przepraszam, że przerywam tę pogadankę, ale czas nagli. Potter, ty chyba masz coś do zrobienia, prawda?
- Tak – mruknął. – Robards czeka.

Takiej wściekłości u Robardsa Harry nie widział jeszcze nigdy. Mężczyzna kręcił się po gabinecie, chodząc przed nim tam i z powrotem, wyrzucając z siebie kąśliwe uwagi.
Harry siedział skulony na krześle i patrzył otępiały w magiczne okno, za którym szalał huragan. Ciężkie krople deszczu uderzały w szybę i za każdym razem, gdy Robards odwracał się do niego i uderzał pięścią w dłoń, następował grzmot.
- Czy ja nie mówiłem, że masz się do tego nie mieszać, Potter? – zapytał wściekłym głosem.
- Tak, ale...
- Ale ty musiałeś wytoczyć własną wendettę przeciwko wszystkim, tak? – przerwał mu ostro.
- To nie tak...
Robards go nie słuchał. Wyciągnął rękę, wskazując na drzwi.
- Dwóch starszych rangą aurorów leży w tej chwili w Szpitalu Świętego Munga z ciężkimi obrażeniami, bo ty sobie wymyśliłeś, że sam pójdziesz i wejdziesz do paszczy lwa! Czy do ciebie nic nie dociera? Wielki Harry Potter ma wszystko w nosie, choć wszyscy starają się pomóc jemu i jego rodzinie!
Harry milczał. Opuścił głowę i wpatrzył się tępo w podłogę.
- Szefie, ale przecież... – zaczęła Morrigan, która siedziała obok Harry’ego.
- Cisza! Teraz ja mówię! – warknął Robards. – Wszyscy jesteście bezmyślni. Któregoś dnia pozabijacie siebie nawzajem i na tym się skończy.
Odwrócił się od nich i przez chwilę patrzył w szalejącą burzę. Przetarł dłonią twarz i gdy obrócił się do nich z powrotem, wyglądało na to, że udało mu się nieco uspokoić.
- Czy poza tym wszystko się udało? – zapytał, a kilka osób kiwnęło głowami.
- Śmierciożercy są w Azkabanie, a żona Harry’ego w Hogwarcie – powiedział Mark.
- A Crosby i Underwood czekają na dole w sali rozpraw – dodał Williamson.
- W porządku. Możecie odejść.
Zrobiło się zamieszanie, gdy wszyscy zaczęli wstawać i wychodzić z gabinetu. Harry też wstał i z opuszczoną głową skierował się do wyjścia.
- Potter – Robards zwrócił się do Harry’ego, który zatrzymał się przy drzwiach, podniósł powoli głowę i spojrzał na niego – wiem, że ostatnio dużo przeżyłeś, ale... – zawahał się, zastanawiając czy dobrze robi, aż w końcu westchnął i powiedział: – nie mogę cię zwalniać z obowiązków, więc wysyłam cię do Hogwartu i Hogsmeade. Będziesz odpowiedzialny za dodatkowe bezpieczeństwo uczniów. Razem z tobą będą tam Williamson i Proudfoot. Ale zanim to się stanie, daję ci kilka dni wolnego, choć i tak wiem, że – uśmiechnął się do niego – pierwsze kroki skierujesz właśnie tam.
- Tak, to prawda. – Harry kiwnął głową.
- Więc idź. Spotkaj się z rodziną, przyjaciółmi... – Harry dostrzegł linie zmęczenia na twarzy aurora. – I spróbujcie o tym zapomnieć, choć wiem, że to nie będzie takie proste...
Korytarze Hogwartu były zaskakująco puste. Wszędzie panowała cisza i spokój, jakby nie był w szkole, gdzie zawsze mógł dostrzec jakichś uczniów knujących po kątach jakieś figle.
Nie mógł powstrzymać uśmiechu, gdy rozglądał się wokoło. Wracał do Hogwartu. Będzie znowu mógł chodzić tymi korytarzami, zejść zboczem do jeziora, a co najważniejsze być blisko Ginny.
Pchnął drzwi do skrzydła szpitalnego i wszedł do środka. Ginny leżała nieruchomo na ostatnim łóżku osłonięta parawanem.
Podszedł bliżej, z trudem powstrzymując rosnącą gulę w gardle. W tej samej chwili ze swojego gabinetu wyszła Pomfrey.
- Nic jej nie jest – odpowiedziała na jego nieme pytanie. – Śpi. Teraz potrzebuje spokoju.
- Mogę posiedzieć przy niej aż się obudzi?
Pomfrey obrzuciła go badawczym spojrzeniem, kiwnęła głową i odeszła. Przesunął krzesło bliżej łóżka i usiadł. Wziął ją za rękę, splótł palce i przesunął do ust.
- Mój ty uparciuszku – szepnął. – Nigdy więcej mi tego nie rób...
Zamknął oczy, marząc o spokojnej przyszłości.
Ginny nie chciała otworzyć oczu, choć przed chwilą śniło jej się, że była w wielkiej komnacie otoczona przez śmierciożerców. Malfoy mówił jakieś szyderstwa o niej i Harrym, a potem, gdy już była gotowa na kolejne tortury pojawił się Harry i osłonił ją przed Cruciatusem. Później pojawili się aurorzy i zaczęła się walka. Reszta już się zacierała, choć nie do końca. Pamiętała jeszcze pocałunek Harry’ego, który dodał jej sił. To było coś cudownego.
Zastanawiała się, gdzie jest. Wiedziała, że leży na czymś miękkim i było jej ciepło i wygodnie. To na pewno nie była cela, w której ją trzymali i chyba nie była związana, choć czuła jakiś dziwny ucisk na lewym ramieniu, coś ostrego wbijało się w jej ramię, a wokół brzucha i prawego nadgarstka zaciskała się jakaś dziwna obręcz, która krępowała jej ruchy. Ktoś obok cicho mamrotał.
Otworzyła oczy.
W pomieszczeniu było szaro, nie wiedziała czy to świt czy zmierzch. Ostrożnie rozejrzała się wokoło. Była w skrzydle szpitalnym. Obok jej łóżka, na krześle siedział Harry z głową na jej ramieniu i spał, okulary miał przekrzywione i to ich oprawka wbijała się w jej ramię. Lewą ręką obejmował ją w pół, trzymając ją za przegub. Uwolniła rękę z tego uścisku i przeczesała mu włosy palcami.
Harry chrząknął cicho, poruszył się i otworzył oczy. Ginny zachichotała, bo na policzku odcisnęła mu się jej piżama, a on potoczył nieprzytomnie oczami i dopiero, gdy spojrzał na nią, rozbudził się całkowicie.
- Obudziłaś się! – wykrzyknął, zrywając się na równe nogi.
Ginny zaśmiała się, siadając i wyciągając rękę do niego.
- Jak widać. Długo tu jesteś? – spytała, gdy usiadł przy niej, tym razem na łóżku.
- Kilka godzin.
Objęła go i położyła brodę na jego ramieniu.
- Nie przeżyłabym tego bez ciebie... – szepnęła mu do ucha.
Chwycił jej dłonie i zaczął bawić się jej palcami. Wiele myśli przelatywało mu przez umysł, ale nie był pewny, czy chce, aby ona o nich wiedziała. Odwrócił się do niej najbardziej jak mógł, ujął jej twarz w swoje dłonie i szepnął:
- Kocham cię.
Byli niesamowicie blisko siebie. Harry musnął jej wargi swoimi, by w następnym momencie zamknąć jej usta głębokim pocałunkiem. Zapomnieli się, chcąc nadrobić stracony czas, kiedy się nie widzieli.
Nie trwało to jednak długo. Ginny przypomniała sobie, co było wcześniej i gdy oderwali się od siebie, odsunęła się i spojrzała w bok.
- Co się stało? – zapytał. Chwycił ją za podbródek i odwrócił jej twarz do siebie. – Gniewasz się na mnie? Za co?
- A jak myślisz? – syknęła. – Uważasz, że było mi przyjemnie zobaczyć cię w ramionach innej i przeczytać ten wspaniały artykuł o tobie i reszcie dziewczyn?
Tym razem to on się odwrócił. Pochylił się, opierając łokcie na kolanach i chowając twarz w dłoniach.
- „Czarownica” – warknął.
- Co?
- Czytałaś artykuł Skeeter w „Czarownicy”. – powiedział, spoglądając na nią. – Ta baba potrafi wszystko zepsuć – warknął cicho. – Czy już zapomniałaś, że Skeeter potrafi napisać o mnie różne kłamstwa? A co było w zeszłym roku?
Ginny zadrżała i zwinęła się w kłębek. Rzeczywiście zapomniała. A przecież Luna mówiła jej wtedy, żeby w to nie wierzyła.
Harry drgnął i wyciągnął dłoń, by przeciągnąć drżącym palcem po linii jej szczęki. Był za ostry.
- Przepraszam cię, że musiałaś to oglądać – szepnął. – Wiem, co musiałaś wtedy czuć – westchnął i opuścił rękę. – Ale to wszystko było wymierzone przeciwko nam. Dowiedziałem się tego właśnie dzisiaj. Dzięki temu, że odciągnęli mnie jak najdalej od ciebie, Knight i Jill zrealizowali swój plan tutaj, pilnując, a potem porywając ciebie. A jeśli chodzi o Cho, to ona była tylko częścią pomysłu Mike’a i Tima, którzy pilnowali mnie w ministerstwie.
Ginny przysunęła się do niego i zaczęła głaskać go po plecach. Ostatnie tygodnie nie były łaskawe ani dla niej ani dla niego. Dość już oboje wycierpieli i teraz nie chciała słuchać o przeszłości, tylko, jeśli to możliwe o przyszłości. Gdy nie reagował, wcisnęła się pod jego ramię i wtuliła się w niego.
- Nie mów już nic, proszę... – szepnęła, przykładając głowę do piersi. – Chcę posłuchać, jak bije twoje serce. – By wierzyć, że bije dla mnie – dodała w myślach, czując spływającą po policzku łzę.
Harry objął ją ramionami.
- Mam nadzieję, że to koniec – mruknął w jej włosy. – Mam nadzieję.

12 komentarzy:

  1. Weź napisz książkę co ? :D

    OdpowiedzUsuń
  2. ssssssuuuuuuupppppeeeeerrrr!!!!!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. To jest niesamowite

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzwonić. Do rowling że kolejna część Harry'ego Pottera jest w Internecie na tej stronie...

    OdpowiedzUsuń
  5. :'(:'(:'(:'(:'(:'(:'(:'(:'( To są łzy szczęścia :'(:'(:'(:'(:'(:'(:'(:'(:'(:'(:'(:'( ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zgadzam się z Wami wszystkimi i we wszystkim. Nie wiem czy ktoś zauważył ale nazwisko "Proudfoot" pochodzi z pierwszej części ''Władcy Pierścieni"... Chociaż to chyba tylko ja zwracam uwagę na takie szczegóły ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nazwisko hobbitów, ciesze się że nie tylko ja tak uważnie czytam WP :-)

      Usuń
  7. Nie przepadam za HP, wolę Władcę Pierścieni, ale ten blog jest wspaniały! Według mnie piszesz lepiej niż Rowling.
    Swoją drogą, Harry mógłby użyć "Crucio" na Malfoyu i Bellatriks

    OdpowiedzUsuń