niedziela, 17 czerwca 2012

81. Kiedy koszmar się spełnia


Ginny siedziała w jednym z przedziałów pociągu do Hogwartu i patrzyła na mijany krajobraz za oknem. Zdjęła ciężkie, zimowe buty, które miała na sobie i położyła stopy na siedzeniu naprzeciwko. Zamknęła oczy i oparła głowę o szybę, wsłuchując się w miarowy stukot kół pociągu.
Była sama, bo Jill i Luna przed chwilą poszły do toalety, a potem miały poszukać kobiety, która sprzedawała jedzenie w pociągu. Dzięki temu miała okazję odpłynąć myślami do dzisiejszej nocy i świtu.
Objęła się bezwiednie ramionami, wyobrażając sobie, że to Harry ją przytula, składa delikatne pocałunki na jej czole, powiekach, ustach...  czuła jego dotyk... jego zapach... Pamiętała, jak kręciło jej się w głowie i brakło jej tchu...
A potem to cudowne przebudzenie. Nie potrafiła inaczej określić dzisiejszego poranka. Harry leżał na plecach, z jedną ręką za głową, a drugą głaskał ją po włosach, oplatając je sobie wokół palców. Ona wtulona w niego, bezmyślnie rysowała palcem jakieś wzorki na jego torsie i brzuchu.
- Zdradź mi swoje myśli... – poprosił, delikatnie głaszcząc ją po policzku wierzchem dłoni.
Spojrzeli sobie w oczy. Jego zdawały się być jeszcze bardziej zielone, a jej zmieniały się w ciemną czekoladę...
- Chciałabym, żebyś pojechał ze mną do Hogwartu. Żebyś po prostu tam był. Wiesz... tak, jak kiedyś... Albo, żebyśmy uciekli przed wszystkimi, przed całym światem... by zapomnieć...
- Cii... – szepnął, palcem zasłaniając jej wargi, by już nic nie mówiła.
Sam tego pragnął, ale bał się wypowiadać swoich myśli na głos. Żeby je uciszyć, pocałował jej usta spragnione muśnięć, smakując je wolno i delikatnie... całował szyję, a ona każdy gest, każdy pocałunek, odczuwała podwójnie. Chcieli przedłużyć czas, jaki im pozostał. Tak bardzo chcieli cieszyć się tym, czego nie będą mieli szansy doświadczyć przez najbliższe miesiące...
Kilka minut później, gdy już nie mogli dłużej przeciągać tych cudownych chwil, wstali i przechodząc obok drugiego pokoju, dostrzegli bałagan, pozostawiony przez nich poprzedniego dnia.
- Co myśmy narobili? – jęknęła, spoglądając na niego. – Przecież to wygląda, jakby napadli na nas śmierciożercy!
- No, nie przesadzaj. To tylko zwykły bałagan. Wystarczy trochę posprzątać. Kiedyś bywało gorzej.
Wyciągnął różdżkę i machnął nią w kierunku walających się wszędzie papierów.
- Evanesco! – krzyknął i wszystkie śmieci zniknęły.
- Reparo! – To Ginny przyłączyła się do niego, naprawiając porozbijane naczynia i sprzęty, którymi rzucali się poprzedniego wieczoru.
Jakiś czas później w pokoju nie widać było żadnych znaków, że coś tu się działo. Tylko w kącie pozostał prezent od bliźniaków.
- I nie było czym się stresować – powiedział, oceniając ich pracę i chowając różdżkę do kieszeni.
Stanął obok niej i objął ją w talii.
- A co z łóżeczkiem? – spytała. – Nie chciałabym zdenerwować Hermiony, gdyby odwiedziła cię któregoś dnia.
- Ukryję je na razie na strychu. Tam nikt nie zagląda.
Pamiętała, jak potem przy śniadaniu, Harry zaproponował jej, żeby została. Coś było dziwnego w jego głosie, gdy mówił:
- Zostań jeszcze ten dzień. Po co masz tłuc się pociągiem, skoro mogę odprowadzić cię bezpośrednio do szkoły? Zajęcia macie dopiero od jutra, prawda?
Trzymał ją za rękę, co chwila ściskając ją mocno. Czyżby się czegoś obawiał? A może to przez ten dzień, bo znowu musieli się rozstać?
- No tak, ale wiesz, że umówiłam się z Jill – odparła.
- Jakoś się wytłumaczysz. A McGonagall napiszemy list, bo to ona ma listę wszystkich uczniów, którzy mają dziś wracać.
- List? Przecież nie mamy sowy, bo nie chciałeś kupować nowej po stracie Hedwigi.
- Masz rację, ale pomyślałem, że może wybierzemy ją razem, co? Taka rodzinna sowa, jak u was Errol. Przejdziemy się na Pokątną i...
Urwał, bo nagle z kominka w salonie usłyszeli szum. Harry poderwał się ze swojego miejsca i, wyciągając różdżkę, wybiegł z kuchni. Ginny westchnęła. Chciała zostać. Nie tylko dzisiaj, ale już zawsze. Gdy wrócił, znowu miał ten wyraz na twarzy, gdy nie był z czegoś zadowolony. Tylko ktoś od niego z Biura potrafił zepsuć mu humor.
- Zmiana planów – powiedział sucho. – Za godzinę muszę być w Southampton. Poproszę Rona, żeby odprowadził cię na pociąg.
Podszedł do niej, obejmując ją ramionami. Zaczął całować ją w szyję, ramię. Ona objęła go za kark, oddając się przyjemności, jaka płynęła z jego dotyku. Palcami musnął jej policzki, potem wargi. Rozchyliła je i zmrużyła oczy, gdy pocałował ją namiętnie i czule.
To było ich pożegnanie.
- Nie tak wyobrażałem sobie to nasze rozstanie – wymruczał, wtulając twarz w jej włosy. – Tak chciałem odprowadzić cię na dworzec...
- Nie przejmuj się – powiedziała, choć serce ściskało jej się z bólu – zostaw mnie w Dziurawym Kotle. Stamtąd nie będę miała daleko na King’s Cross. Poradzę sobie.
- Nie chcę żebyś sama błąkała się po mugolskim Londynie.
- Nie będę.
I tak, po kilku za i przeciw, ustalili, że Ron i Hermiona, jak będzie chciała, odprowadzą ją na pociąg, a na odjazd oczekiwać będzie w sklepie Freda i George’a.
Głośny śmiech i rozmowa dziewczyn wyrwał ją ze wspomnień. Rzuciła okiem na drzwi, które rozsunęły się w tej samej chwili. To śmiała się Jill. Luna, jak zwykle, opowiadała o chrapakach, albo o innych dziwnych stworzeniach wymyślonych przez nią lub jej ojca. Ginny przyjrzała się uważniej koleżankom, które usiadły w przedziale.
- Kupiłyśmy dyniowe paszteciki i trochę kociołkowych piegusków – powiedziała Jill, wysypując zawartość na siedzenie obok niej. – Jak chcesz, możesz się częstować.
- Dzięki.
Sięgnęła po jeden z pasztecików i spojrzała na nią. Czy ta dziewczyna straciła tydzień temu rodzinę, a wczoraj ich pochowała? Niemożliwe. Nikt po jej zachowaniu by się tego nie spodziewał. Zachowywała się tak swobodnie i beztrosko.
Nagle pociąg zahamował ostro, aż z półek pospadały kufry. We wszystkich wagonach pogasły światła i rozbrzmiały krzyki z sąsiednich przedziałów. To było, jak deja vu. Choć wydarzyło się to tyle lat temu, pamiętała każdy szczegół, kiedy po ucieczce Syriusza dementorzy przeszukiwali pociąg. Ale tym razem musiał być inny powód. Wsunęła stopy w buty, wyciągnęła różdżkę i wyjrzała przez okno. Bardziej wyczuła, niż zobaczyła, że obok niej Jill i Luna robią to samo.
Wtedy uświadomiła sobie, że na zewnątrz coś się dzieje, coś niepokojącego. Zobaczyła niewyraźne postacie okrążające pociąg. Tajemniczy ludzie ubrani byli w czarne szaty, a ich białe twarze lśniły w świetle kilku zaklęć „Lumos”, rzuconych z innych wagonów. Te twarze... nie, to nie były twarze, tylko maski. To mogło oznaczać tylko jedno: śmierciożercy. Ginny ogarnęło złe przeczucie.
- Musimy się stąd wydostać – wyszeptała, starając się opanować drżenie głosu. – Jesteśmy w pułapce.
- Na zewnątrz są śmierciożercy! – krzyknęła Jill.
- I dementorzy – dodała Luna.
Gdzieś daleko trzasnęły otwierane drzwi, a potem doszedł ich przerażający wrzask. Śmierciożercy byli już w środku.
- Dementorów jeszcze nie ma, ale to tylko kwestia czasu.
- Nie możemy tu zostać. Nie mamy tu żadnych szans.
- Na zewnątrz też nie.
- To co robimy?
Ginny zaczęła myśleć gorączkowo. Ekspres Hogwart zawsze był dobrze strzeżony, a maszynista miał bezpośrednie połączenie z ministerstwem i szkołą. Dotknęła bocznej kieszeni, w której miała lusterko. Tak brakowało jej męskiej decyzji. Ale nie wyciągnęła go. Jak to mówił kiedyś Harry? „Jeśli zaatakuje was śmierciożerca nie macie czasu na zastanowienie się nad formułkami zaklęć. Musicie działać instynktownie.” Tak. Spróbuje działać instynktownie. Miała nadzieję, że aurorzy też niedługo tu będą.
- Musimy działać na zwłokę, dopóki nie znajdzie nas ministerstwo – powiedziała głośnym szeptem.
- Masz na myśli...
- Mam na myśli aurorów – warknęła.
Wypadła z przedziału, rozejrzała się po korytarzu, wyjrzała przez najbliższe okno i pobiegła w jedyną stronę, która wydawała się jeszcze niezaatakowana: do tyłu pociągu. Z sąsiednich przedziałów wybiegali inni uczniowie. Głosy dorosłych mężczyzn i krzyki przerażonych uczniów dobiegały do niej zza pleców. To znaczyło, że zaatakowali lokomotywę i zmierzali w tę stronę. Tuż za nią biegły dziewczyny. Dobiegła do przedsionka i z wyciągniętą różdżką zaczęła rzucać zaklęcia.
- Drętwota!
Przez drzwi po prawej stronie wyleciał jakiś mężczyzna. Nie przejmowała się tym, co się dzieje i czy ten człowiek był śmierciożercą. Odwróciła się do dziewczyn i krzyknęła:
- Osłaniajcie mnie, tylko odsuńcie się, żebym miała czystą pozycję!
Sama też odsunęła się na bezpieczną odległość i, wskazując różdżką na drugie drzwi, machnęła nią ponownie i krzyknęła:
- Confringo!
Drzwi i najbliższa ściana rozwaliły się w drzazgi. Zimny wiatr wpadł do środka.
- Uciekajcie! – krzyknęła Luna, zagarniając przed siebie najmłodszych.
Najbliżej stojące osoby zeskoczyły na ciemne pole i pobiegły przed siebie, pozostawiając za sobą ślady na śniegu. Ginny została z tyłu, rozglądając się na boki.
- Co teraz? – usłyszała zasapany głos Jill. – Śmierciożercy są coraz bliżej.
- Będziemy walczyć – odparła.
- Hej, Weasley, co ty wyrabiasz! – warknął z boku Harper. – W ten sposób sama oddajesz się w ręce śmierciożerców!
- Nie mamy tu żadnej osłony! – dodała Bobson.
- W pociągu nie mieliśmy żadnych szans!
- Tu też nie!
Ginny zawahała się. Z daleka dochodził do nich zgiełk i krzyki.
- Ministerstwo będzie tu lada chwila – wyszeptała Luna. – Musimy grać na zwłokę – powtórzyła wcześniejsze słowa Ginny.
- Po raz pierwszy muszę zgodzić się z Harperem – stwierdziła kwaśno Jill. – Wystawiasz się śmierciożercom, jak na talerzu.
- Tutaj! Tutaj jest jakaś grupka! – wrzasnął w pobliżu czyjś ostry głos.
- Drętwota!
- Impedimenta!
- Expelliarmus!
- Protego!
- Uciekajmy! – krzyknęła Jill.
- Gdzie?
Ginny otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale nagle otoczyło ją nienaturalne zimno, wnikające do piersi. Znajomy chłód rozpaczy, samotności i strachu. Dementorzy. Podchodzili coraz bliżej, zalewając ją mieszaniną bolesnych wspomnień:
Tom Riddle wyłaniający się z dziennika... i Harry w zakrwawionej szacie, ratujący ją w Komnacie Tajemnic...
Harry leżący na podłodze pociągu, a nad nim pochylający się dementor...
- Nie mogę z tobą dłużej chodzić. Musimy przestać się widywać. Nie możemy być razem... – Jego głos, gdy rozmawiali po pogrzebie Dumbledore’a...
Nieprzytomna postać w ramionach Kingsleya przy jakichś ruinach pod Londynem...
Porwania... Śmiech Bellatriks Lestrange...
Nagle srebrny zając Luny przemknął obok niej.
- No dalej, Ginny, potrafisz wyczarować wspaniałego patronusa. Pomyśl o czymś szczęśliwym!
Zdała sobie sprawę, że klęczy na kolanach w wysokim śniegu, oddychając ciężko. Zacisnęła mocniej rękę na różdżce. Nie tylko smutne wspomnienia miała z Harrym, prawda? A zaręczyny? A ślub, tak długo przez nią oczekiwany? Podniosła się i obróciła w stronę zbliżających się postaci bez twarzy, koncentrując się silnie na tym ostatnim wydarzeniu.
- EXPECTO PATRONUM!
Z końca jej różdżki wystrzelił srebrny koń i pogalopował w stronę dementorów, którzy uciekli w popłochu. Lodowata mgła zaczęła rzednąć. Ginny westchnęła i ponownie opadła w śnieg. Cała się trzęsła, jak wtedy, półtora roku temu w Dolinie.
Ktoś pociągnął ją za ramię.
- Musimy się stąd ruszyć. Chodź.
To była Jill. Podniosła się powoli na rękach i pozwoliła koleżance się poprowadzić. Na szczęście były niedaleko wagonu, więc dojście do niego nie zabrakło im wiele czasu. Stojąc już przy rozwalonych drzwiach, usłyszały głośne trzaski oznaczające aportację.
- To aurorzy – Ginny odetchnęła z ulgą i usiadła na pobliskich schodkach przy wejściu do wagonu.
Zaskoczeni śmierciożercy zaczęli się deportować, a krzyki przerażenia zmieniały się w odgłosy radości i ulgi. Ginny opuściła głowę, ukrywając twarz w dłoniach.
Bitwa została wygrana.
--------  
Harry był wściekły. Kiedy aportował się w Southampton i spotkał się z Timem i miejscowymi czarodziejami, okazało się, że był to fałszywy alarm. Ktoś zobaczył czarny płaszcz, mignęło coś srebrnego i od razu ogarnęła ludzi panika, że to śmierciożercy.
Po kilku rozmowach upewniających ich, że był to najzwyklejszy żart jednego z mieszkańców, mogli wrócić do Londynu, by przekazać wiadomość szefowi.
- To przypomina bliźniaków Weasley z czasów szkolnych – mruknął Harry pod nosem, gdy szykowali się do teleportacji. – Choć osobiście uważam, że teraz nie zrobiliby czegoś takiego.
- Rzeczywiście. Niezłe z nich były rozrabiaki – Tim pokiwał głową.
- Ty ich znasz? – zapytał zaskoczony.
- Ja i Mike kończyliśmy Hogwart, kiedy oni przyszli na pierwszy rok.
Harry tylko się uśmiechnął. Cała ta sytuacja byłaby zabawna, gdyby nie to, że Harry’ego ogarniało złe przeczucie.
Teraz szedł korytarzem drugiego piętra i był wściekły. Nie wiedział, co jest tego przyczyną. To rozdrażnienie pojawiło się już rano, gdy rozstawał się z Ginny w Dziurawym Kotle, a pogłębiało się z każdą godziną, gdy ona oddalała się od Londynu.
Kiedy weszli do Kwatery Głównej zagarnął ich tłum aurorów i poprowadził pod gabinet Robardsa. Nie weszli tam jednak. W progu zatrzymał ich Fireburn.
- Terence, co się dzieje? – spytał Tim, wchodząc do jego gabinetu.
Starszy mężczyzna usiadł za biurkiem i spojrzał na mężczyzn, stojących w progu. Gestem zaprosił ich, aby weszli i usiedli. Zrobili to z lekkim wahaniem, cały czas obserwując aurora.
- Co się stało? – zapytał ponownie Harry.
- Pół godziny temu dostaliśmy wiadomość o kolejnym ataku.
- Gdzie? – Obaj, Harry i Tim, podskoczyli na swoich miejscach.
- Tylko spokojnie – mruknął Fireburn, podnosząc rękę w uspokajającym geście. – To Ekspres Hogwart.
- Co? – krzyknął Harry, zrywając się z krzesła. – Wiedziałem! Uprzedzałem Robardsa, że to się może stać!
Uderzył pięścią w blat biurka i zaczął kręcić się po gabinecie. Miał ochotę rozszarpać wszystko, co mu się nawinie, ale zaciskając dłonie w pięści próbował się powstrzymać. Zatrzymał się przy oknie i zacisnął powieki. Ginny. Czy u niej wszystko w porządku? Teraz już wiedział skąd miał to dziwne wrażenie i narastającą złość. Wysłali go do Southampton, aby nie mógł przyłączyć się do akcji.
- Czy już coś wiadomo? – usłyszał głos Tima.
- Jeszcze nic. Robards wysłał tam Brygadę Uderzeniową i mamy nadzieję, że kogoś złapią.
Nagle zza drzwi usłyszeli jakiś głos, który krzyczał:
- Złapali jednego! Złapali śmierciożercę!
Wszyscy trzej poderwali się ze swoich miejsc i wybiegli na zewnątrz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz