sobota, 23 czerwca 2012

122. Niemiła rozmowa


Przez resztę dnia aurorzy obeszli okolicę wokół miasta, w którym znaleziono zabitych mugoli, jednak nic więcej niepokojącego nie odnaleźli, jakby czarnoksiężnicy rozpłynęli się w powietrzu. Samo miasto, a raczej miasteczko, sprawiało wrażenie opustoszałego, bo wokół rozwalającego się teraz budynku i w pobliskich uliczkach nie kręcił się żaden człowiek, czarodziej czy mugol.
Nagle po ulicy przebiegło jakieś małe zwierzę, kot... a może szczur, potrącając pustą butelkę, która z brzękiem potoczyła się w zaułku, rozpraszając ciszę. Rozbłysło niebieskobiałe światło i zwierzę wyleciało z piskiem w powietrze, by po chwili spaść na ulicę i umknąć do pobliskiego ścieku.
- To tylko szczur – mruknął Mark, rozglądając się wokoło. – Pewnie dużo tu ich w okolicy. I nie ma się czego dziwić. To miejsce to koszmar.
Harry opuścił powoli różdżkę, obserwując ulicę, w której zniknął gryzoń.
- Nie mówiłbyś tak, gdyby to był jakiś śmierciożerca – warknął.
- Wśród śmierciożerców nie ma żadnych animagów. Sprawdzałem w rejestrze...
- Skąd możesz wiedzieć, czy wśród nich nie ma jakiś niezarejestrowanych? Sam znałem kilku... Na przykład taki Pettigrew... – syknął, wypluwając nazwisko zdrajcy.
Mark przewrócił oczami.
- Mówił ci już ktoś, że jesteś przewrażliwiony?
Harry udał, że nie usłyszał tego pytania. Odwrócił się, bo nie chciał pokazać, że wciąż był zdenerwowany po tajemniczym spotkaniu. Cały czas brzmiały mu w głowie słowa tamtego mężczyzny: „Uważaj na syna, swoją rodzinę i przyjaciół”. Kim on jest? Śmierciożerca, który próbuje mu pomóc? Jakoś mu to do nikogo z nich nie pasowało.
Z drugiej strony ulicy rozległy się kroki. Zmierzał ku nim Williamson.
- Macie coś? – krzyknął, podchodząc.
- Nic – odparł Harry, kręcąc głową.
- Choć Potter nawet w szczurach widzi śmierciożerców – dodał Mark ze śmiechem.
Auror zatrzymał się przy nich. Teraz wszyscy trzej lustrowali okoliczne domy.
- I ma rację – mruknął Williamson. – Nigdy nic nie wiadomo.
Markowi śmiech ugrzązł w gardle i spojrzał zaskoczony na Harry’ego, który wzruszył ramionami.
- Poza tym mamy wracać do Biura – powiedział Williamson. – Tutaj raczej nie ma już czego szukać, a wszystko jest zabezpieczone jak należy.
Wszyscy trzej okręcili się w miejscu i po chwili już ich nie było.
------
Ron przebiegł przez salon Potterów i wbiegł na schody. Był pewny, że Hermiona nie wyszła na zewnątrz, tylko wzięła Teddy’ego na górę, bo deszcz dość mocno zacinał, a jego wielkie krople uderzały o szyby. Wszędzie panował półmrok.
Gdy wszedł na podest pierwszego piętra usłyszał z najbliższego pokoju spokojny głos Hermiony, która czytała chłopcu jedną z baśni Beedle’a.
- „...Dziewczyna słuchała go zdumiona, aż w końcu powiedziała: „Piękne to słowa miły czarodzieju, i radowałaby mnie twoja ku mnie skłonność, gdybym tylko wiedziała, że masz serce!
Czarodziej uśmiechnął się i odpowiedział, że może łatwo zaspokoić jej ciekawość i uśmierzyć obawy. Powstał, wyciągnął do niej rękę i poprosił, by z nim poszła. Poprowadził ją do lochu, gdzie trzymał swój najcenniejszy skarb.
Tutaj, w kryształowej szkatułce, spoczywało bijące serce czarodzieja...
Ron stanął jak wryty w progu, wsłuchując się w słowa bajki o „Włochatym sercu czarodzieja”. Pochłaniał wzrokiem siedzącą w fotelu Hermionę i skulonego na jej kolanach chłopca. Poczuł lekkie ukłucie w sercu. Ona tego właśnie pragnie. Od lat marzy o tym, by w przyszłości siedzieć tak z ich własnymi dziećmi.
Hermiona czytała dalej.
„Och, nieszczęsny, cóżeś uczynił! – zawołała. – Błagam cię włóż je z powrotem tam, gdzie jego miejsce!”
Ostatni raz, gdy czytała to jego matka, miał może z dziesięć lat i często wzdrygał się na makabryczność tej historii. Przerażała go. Nie mógł sobie wyobrazić jak można być tak nieczułym. Teraz uświadomił sobie, że on jest takim draniem bez serca.
- „...I oto na oczach struchlałych ze zgrozy gości czarodziej odrzucił różdżkę i chwycił srebrny sztylet. Wołając, iż nigdy się nie zgodzi, by rządziło nim jego własne serce, wyciął je sobie z piersi.
Przez chwilę klęczał z wyrazem triumfu na twarzy, ściskając po jednym sercu w każdej dłoni, a potem padł na ciało dziewczyny i wyzionął ducha.”*
Hermiona skończyła czytać i zamknęła książkę. Przez kilka długich minut w pokoiku panowała cisza.
- Ciociu, myślisz, że wujek Ron też wyjął sobie serce, tak jak tamten czarodziej? – zapytał Teddy.
Ron wzdrygnął się. Na Merlina! Skąd temu chłopcu przyszły do głowy takie myśli?
Hermiona potrząsnęła głową. Dostrzegł, że w oczach ma łzy.
- Nie... – usłyszał jej cichy głos.
- To dlaczego...
Ron zrobił dwa kroki do środka, stwierdzając, że trzeba ukrócić te pytania.
- Teddy, zejdź na dół. Ciocia Ginny właśnie smaży dla ciebie naleśniki – powiedział stanowczo.
Chłopiec poderwał główkę i spojrzał z radością na wujka.
- Naprawdę? – A gdy Ron pokiwał głową twierdząco, zeskoczył z kolan Hermiony i wybiegł na korytarz, krzycząc: – Nareszcie!
Hermiona uśmiechnęła się krótko przez łzy, po czym otarła twarz, wstała i podeszła do małej biblioteczki znajdującej się w kącie. Po odłożeniu na miejsce książeczki z bajkami, odwróciła się i ruszyła do wyjścia. Jednak Ron zagrodził jej drogę.
- Hermiono, zaczekaj – szepnął. – Chciałbym z tobą porozmawiać.
- Nie mamy o czym – syknęła.
Z niemałym trudem starała się go odsunąć, lecz Ron zaparł się, chwycił ją za ramiona i przysunął ją do siebie. Objął ją mocno i przytulił.
- Przepraszam...
Hermiona chciała coś powiedzieć, ale on położył dłoń na jej ustach. Przez chwilę wpatrywał się w jej oczy i zbierał się w sobie, by znaleźć odwagę do wypowiedzenia dalszych słów.
- Harry powiedział mi wczoraj, że jestem idiotą... Zresztą mówił mi to wiele razy i zawsze miał rację. Jestem idiotą i kretynem – oświadczył bez ogródek. – Od tylu lat wmawiałem sobie, że jestem szczęśliwy, bo mam ciebie, że jesteś wreszcie blisko mnie... Gdy straciłaś dziecko... poczułem jak świat wali mi się na głowę. Przez pewien czas cierpiałem, nie powiem, ale w końcu powiedziałem sobie, że to może nawet lepiej, bo znowu mam tylko ciebie. – Hermiona po tych słowach chciała go odepchnąć i uderzyć w twarz, ale on nie pozwolił jej na jakikolwiek ruch, bo przyciągnął ją mocniej do siebie, unieruchamiając jej ręce. – Pozwól mi dokończyć – poprosił – potem zdecydujesz, jak mnie potraktować, dobrze? I znowu miałem tylko ciebie. Jednak w każde święta, czy spotkania rodzinne, gdy pojawiały się w naszej rodzinie dzieci, uciekałem od nich. Zauważyłaś? Nieważne, czy to był Teddy, czy Victoire, odpychałem od siebie myśl, że w przyszłości u nas też mogą pojawić się takie małe ludziki i wejdą między nas... A wczoraj... dostałem po głowie jeszcze mocniej, kiedy przyszłaś do domu z tymi kwiatami. „Jak ktoś śmiał ci je dać?” Tłukło mi się po głowie. Dla mnie to znaczyło tylko jedno – zdradzasz mnie. Jednak dziś w nocy miałem sporo czasu, by nad tym wszystkim pomyśleć. Gdy widziałem jak Harry troszczy się o Teddy’ego i swojego synka... Powiedziałem sobie: „chłopie, ten facet nie miał nigdy prawdziwej rodziny i nie miał z kogo brać przykładu, a zobacz jak się o nich troszczy! Z jaką troską i miłością patrzy na swoją żonę a twoją siostrę. Czemu ty tego nie potrafisz?”
Opuścił ręce, uwalniając z uścisku Hermionę, i podszedł do okna. Burza odsunęła się za las i nad doliną pojawiło się znowu słońce, a nad wioską rozpostarła się tęcza, niczym kolorowa wstążka.
- Ja tego nie potrafię, bo jestem cholernym egoistą – powiedział po dłuższej chwili drżącym głosem. – I ta prawda nie pozwoliła mi spać, a może to płacz Jamesa na górze... – zawahał się.
Odwrócił się. Hermiona stała oparta o ścianę z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Spod ramienia wystawała różdżka.
- Skoro powiedziałeś wszystko, to teraz moja kolej – warknęła. – Wiesz, jak bardzo mnie zraniłeś? Jak mogłeś pomyśleć, że cię zdradzam?
- Hermiono...
- Jeszcze nie skończyłam, Ronald. Całą noc walczyłam ze sobą, żeby nie pobiec za tobą! Potem zastanawiałam się, czy nie wyprowadzić się do rodziców...
Ron podszedł do niej bliżej. Podniósł drżącą rękę do jej twarzy i czule ją pogładził.
- Nie patrz tak na mnie Hermiono. Proszę. Wiem, że na ciebie nie zasługuję i zapewne nigdy nie będę ciebie wart, ale kocham cię i mogę to powtarzać każdego dnia, jeśli chcesz... Tylko wróćmy razem do domu i sprawmy sobie dzieci, których pragniesz...
Hermiona przygryzła wargę i zaczęła nerwowo tupać nogą. Z trudem powstrzymywała się przed przytuleniem policzka do jego dłoni wciąż leżącej na jej twarzy. Strząsnęła jego ręce i odeszła na drugi koniec pomieszczenia.
- I co ja mam z tobą zrobić, Ronaldzie Weasley? – syknęła, nie patrząc na niego. – Jeszcze wczoraj potraktowałeś mnie jak ostatniego śmiecia, a dzisiaj jesteś taki czuły i miły! Zachowujesz się jak nie ty! – wykrzyknęła. – I jak śmiesz mówić o dzieciach?! – Odwróciła się z wyciągniętą w jego stronę różdżką, jakby zamierzała rzucić na niego urok. – Wiesz, że mnie to nadal boli? Ale ty tego nie rozumiesz, bo twój mały móżdżek nie zniósłby takiego wysiłku!
- Hermiono...
- Daj mi dokończyć! – warknęła. – Sam jesteś dzieckiem! Nie dałeś mi nic powiedzieć i wyjaśnić, tylko od razu oskarżyłeś! A to było tylko podziękowanie od dawnego znajomego, który wczoraj przyjechał do Londynu.
Ron zrobił kilka kroków, by znaleźć się bliżej niej.
- Dawnego znajomego? – spytał zaskoczony. – Znam go?
- Wszyscy go znają – odparła takim tonem, jakby to było oczywiste.
- Wszyscy go znają? – powtórzył. – Kto to jest?
Hermiona przestąpiła z nogi na nogę.
- Wiktor – wyszeptała w końcu, a jej policzki pokryły się szkarłatem. – Pomogłam mu w ministerstwie odnaleźć Departament Magicznych Gier i Sportów i Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów.
Ron zacisnął zęby i poczuł jak jego uszy płoną.
- Krum? Nie wystarczyłaby mu mapa? – warknął ironicznie – potrzebował do tego ciebie?
- Wpadliśmy na siebie w atrium i zaprowadziłam go tam. Jest na wymianie międzyministerialnej. Potem chciał zaprosić mnie za to na kolację... – mruknęła.
- On... chciał... zaprosić... cię... na... kolację? – powtórzył głosem pełnym oburzenia. – Zgodziłaś się?!
- Oczywiście, że nie. Powiedziałam, że jestem mężatką, więc tylko dał mi te kwiaty. I to wszystko.
Ron potrząsnął głową.
- Nie wierzę, że sobie odpuścił – powiedział jadowitym tonem. – Już ja tam swoje wiem – wymamrotał pod nosem. – Będę go miał na oku.
- Ronaldzie Weasley, ani mi się waż! – krzyknęła Hermiona.
- Ciocia Ginny zaprasza was na naleśniki! – zawołał zdyszany Teddy, który pojawił się w progu. – Są przepyszne!
Jego buźka była cała ubabrana w powidłach truskawkowych, nawet na rączkach i koszulce widniały ślady. Hermiona stłumiła śmiech. Podeszła do niego i szybkim „Chłoszczyść” wyczyściła mu bluzkę.
- I każdy w innym kształcie! – wyjaśnił podekscytowany chłopiec, nie zważając na ciocię i podskakując przy każdym słowie. – Są serduszka, miotełki i zwierzątka! Nawet smoki! – wykrzyknął. – Jeden to nawet zionie ogniem! Naprawdę! Chodźcie zobaczyć!
Chwycił ciocię za rękę, drugą wyciągnął do Rona i pociągnął ich za sobą.
-----
Ginny podśpiewywała usłyszaną w radiu piosenkę i ustawiała na stole dodatkowe talerze dla Rona i Hermiony. Kręcąc się naokoło stołu, co pewien czas zaglądała do kojca, w którym spał James. Maluszek mógł niedługo się obudzić, bo ostatnia zmiana pieluchy była już dawno.
Na blacie obok kuchenki stał kolejny talerz, na którym piętrzyła się góra świeżo usmażonych naleśników. Od matki nauczyła się pewnych czarów, dzięki którym potrafiła wyczarować przeróżne kształty i wzorki, by dziecku, takiemu jak Teddy, sprawić radość.
Przed chwilą wysłała go na górę, by sprowadził do kuchni Rona i Hermionę. Miała pewne podejrzenia, co do tajemniczego „wielbiciela” jej bratowej, bo w dzisiejszym „Proroku” była wzmianka o przyjeździe grupy czarodziejów z Bułgarii, i wśród nich był Wiktor Krum. Obawiała się, że Ron, gdy o tym usłyszy będzie wściekły. I nie myliła się.
Usłyszała tupot nóg Teddy’ego, a chwilę potem Rona i Hermionę.
Wystarczyło jej jedno zerknięcie na brata i bratową, by stwierdzić, że prawda wyszła na jaw. Oboje mieli pochmurne miny i unikali siebie jak tylko mogli.
- Siadajcie, siadajcie. – Wskazała im krzesła, udając, że tego nie widzi. – Tu są powidła, a tu, jeśli chcecie, jest krem czekoladowy i bita śmietana.
Hermiona zatrzymała się przy kojcu i pogłaskała Jamesa po główce. Teddy natychmiast usiadł i złapał za naleśnika na swoim talerzyku, a rączkę wsadził do miski z bitą śmietaną.
- Teddy! – krzyknęła przerażona Ginny. Podbiegła do niego i ściereczką wytarła mu paluszki. – Ciocia ci nałoży.
- Ale ja chciałem sam – jęknął chłopiec.
- Od tego jest łyżeczka. Widzisz? – Nałożyła mu porcję. – Wystarczyło tylko poprosić.
Odwróciła się.
- Ron, a ty co? No chodź. Nie daj się prosić. – Ginny zwróciła się do niego, gdy nadal stał w progu. – Wiem, że je uwielbiasz. Pamiętam, jak pochłaniałeś je za każdym razem, gdy to mama je robiła.
- Dzięki, siostrzyczko, ale muszę już iść. Fred i George nie dadzą mi spokoju, gdy się spóźnię.
- To weź chociaż na potem. Możesz dać też chłopakom. No masz. – Podała mu małą paczuszkę.
Ron przewrócił oczami.
- Zachowujesz się jak mama – westchnął. – Ale dobrze. Dzięki.
Pocałował ją w policzek i już miał zamiar wyjść, gdy odwracając się spojrzał na Hermionę.
- A ty? Idziesz? – zapytał.
- Ja jeszcze chwilę zostanę – mruknęła Hermiona.
- W porządku. To na razie.
Pogłaskał Teddy’ego po głowie i wyszedł. Ginny wyjrzała przez okno.
- Deportował się – oznajmiła. – I wreszcie przestało padać. Teddy, chcesz polatać? – zapytała, odwracając się do niego.
- Jasne! – wykrzyknął. – Z tobą i ciocią Hermioną?
- Nie. – Ginny uśmiechnęła się do niego. – Polatasz sam na podwórku, a my będziemy siedziały na ganku i patrzyły jak ci idzie, dobrze?
Chłopiec kiwnął główką i zeskoczył z krzesła.
- To biegnij po miotełkę. Ja wezmę Jamesa i zaraz za tobą wyjdziemy.
Tak też się stało. Ginny przywołała z piętra kołyskę, w której ułożyła Jamesa, i ustawiła ją w cieniu. Na pobliskim stoliku Hermiona postawiła dzbanek z zimnym sokiem dyniowym i szklanki, po czym obie usiadły. Przez pewien czas obserwowały Teddy’ego, śmigającego naokoło drzew i między grządkami w całkowitej ciszy. Słychać było tylko śpiew ptaków i okrzyki radości, kiedy Teddy’emu udało się wyminąć jakąś przeszkodę.
- Powiedziałaś Ronowi o Wiktorze, prawda? – zapytała cicho Ginny.
- Skąd ty wiesz o... – Przyjaciółka spojrzała na nią zaskoczona.
- Dzisiejszy „Prorok” – wyjaśniła. – No i poznaję tę jego minę. Zawsze, jak coś było nie po jego myśli, to się wściekał. Nawet jak byliśmy dziećmi. I z tego co pamiętam, to podczas Turnieju Trójmagicznego, też taką miał, gdy zobaczył cię z Krumem.
- To było tak dawno... – westchnęła Hermiona.
- Pewnych rzeczy się nie zapomina...
Z kołyski rozległ się płacz i Ginny wstała, by zajrzeć do synka. Wzięła go na ręce i zaczęła kołysać, mówiąc do niego cichutko:
- No już dobrze, maluszku. Mamusia jest blisko. Chcesz jeść?
Usiadła z powrotem i ułożyła go w pozycji do karmienia. James kwilił jeszcze chwilę, ale gdy Ginny wsunęła mu pierś do buzi, natychmiast zaczął ssać.
- Jak ty wytrzymujesz z moim bratem? – zapytała, nie podnosząc wzroku. – Ja już dawno bym miała go dość.
- Wiesz jak to jest... – Hermiona oderwała spojrzenie od Teddy’ego. – Kiedy bierzesz ślub, uważasz, że go kochasz, potem przychodzi kwestia przyzwyczajenia... – powiedziała, a Ginny spojrzała na nią ze szczerym niedowierzaniem na twarzy. – To prawda – potwierdziła, kiwając głową. – Choć ostatnio doprowadza mnie do szału. Pewnie ja jego też – dodała.
- A zamierzasz spotkać się jeszcze z Wiktorem?
- Nie wiem. Wiesz, że zaprosił mnie na kolację?
- Mam nadzieję, że mu odmówiłaś – stwierdziła Ginny sucho.
- Tak, zrobiłam to, ale po tej wczorajszej kłótni z Ronem... – zawahała się, po czym dodała cicho – żałuję, że to zrobiłam.
- Hermiono! – krzyknęła Ginny, aż James oderwał się od jej piersi i zaczął płakać. – Chcesz jeszcze bardziej wściec Rona? Przepraszam, kochanie – szepnęła do Jamesa i poprawiła mu dostęp do jedzenia.
- Już sama nie wiem – mruknęła Hermiona. – Kocham twojego brata, ale czasami tak mam serdecznie wszystkiego dość, że...
- Przychodzą ci głupie pomysły. – Ginny kiwnęła głową ze zrozumieniem.
Przez jakiś czas siedziały w ciszy, zajęte własnymi myślami.
Nagle pojawił się przy nich Stworek.
- Czy pani Ginewra życzy sobie, by przygotować obiad dla niej i gości? – zapytał.
- Dziękuję Stworku. My jedliśmy przed chwilą... Ale jak wróci Harry pewnie będzie głodny... – mruknęła zamyślona.
- A która to godzina? – zapytała Hermiona, zerkając na zegarek. – Na Merlina! Toż to już czwarta! A ja miałam zajrzeć do ministerstwa! – wykrzyknęła. – Nawet nie wiem, kiedy ten czas przeleciał. Nie wstawaj – powstrzymała Ginny ręką, gdy ta zaczęła się podnosić. – Dzięki za wszystko.
Nachyliła się do niej, pocałowała przyjaciółkę w policzek, Jamesa pogłaskała po rączce, którą trzymał na piersi mamy, i po przejściu przez furtkę deportowała się.
Ginny spojrzała na skrzata, który stał, oczekując na jej decyzję.
- Stworku, to przygotuj dla nas jakiś posiłek i może zjemy go tutaj.
- Oczywiście, proszę pani.
Skłonił się nisko i zniknął, a w zamian na ganek wskoczył Teddy.
- Ciocia, a wujek, kiedy wróci? Miał ze mną polatać – mruknął niezadowolony.
- Pewnie niedługo. Idź się jeszcze pobaw. Zawołam cię na obiad, jak będzie gotowy.
Chłopiec zeskoczył niepocieszony na trawę i ze spuszczoną główką odleciał na miotełce na drugą stronę ogródka.
-----
Harry po wyjściu z ministerstwa długo włóczył się ulicami Londynu, obserwując mijanych ludzi, którzy pragnęli uciec przed zbliżającym się deszczem.
Przy składaniu raportu Robardsowi nie wspomniał o „Informatorze”. Stwierdził, że nie będzie robił z siebie idioty, za którego większość i tak go uważa, odkąd powiedział pół roku temu, po ataku na Nokturnie, że powinni wzmocnić straże w Azkabanie. Miał nadzieję, że w przyszłości nie będzie musiał powiedzieć im wszystkim: „A nie mówiłem?” Czuł bowiem, że coś niepokojącego wisi w powietrzu. I nie była to tylko nadciągająca burza.
„Ktoś w Biurze Aurorów z nimi współpracuje i na ich polecenie obserwuje każdy twój ruch”. Jedno zdanie nieznajomego, a sprawiło, że poczuł się, jak dawniej, gdy to całe ministerstwo było pod władzą Voldemorta i jego sługusów. I ten „Dzień Sądu”. O czym on mówił? Obawiał się, że jeśli to prawda, nie tylko on będzie w niebezpieczeństwie, ale i wielu czarodziejów i mugoli.
Tak przeszedł kilka przecznic, by znaleźć się na jakimś moście nad Tamizą. Niebo pociemniało, bo chmury zgęstniały i jakby się obniżyły. Zaczął padać deszcz. Harry’ego owionął zimny wiatr od rzeki i poczuł niemiły dreszcz, jakby gdzieś obok czyhali na niego dementorzy. Zacisnął mocniej rękę na różdżce w kieszeni kurtki, rozejrzał się, czy nie ma w pobliżu jakiegoś mugola i deportował się.
Aportował się dokładnie tam, gdzie zamierzał – przy furtce w Dolinie Godryka. W ciepłym powietrzu czuć było wilgoć po niedawnej burzy, a mokry podjazd lśnił w świetle zachodzącego słońca. Podniósł wzrok i na ganku zobaczył trzy ukochane osoby: Ginny siedziała w wiklinowym, bujanym fotelu i kołysała w ramionach Jamesa, a obok niej siedział Teddy i podrzucał miniaturowego kafla służącego do zabawy. Odetchnął. Był wreszcie w domu.
Teddy pierwszy go zobaczył i krzyknął: „Wujek!, a przynajmniej tak mu się wydawało, dopóki nie zobaczył jak Ginny się uśmiecha na widok chłopca, ktory biegł ku niemu.
- Teddy! Daj wujkowi odetchnąć.
Harry wziął go na ręce i wszedł na ganek. Złożył na ustach żony i główce synka pocałunek i usiadł na krześle obok.
- Ciężki dzień? – spytała.
Wyciągnęła rękę i chwyciła jego dłoń.
- Bardzo. A twój? Ron i Hermiona długo marudzili?
- Ron wyszedł w południe, a Hermiona z godzinę temu, ale nie narzekam. Miałam trochę czasu na przemyślenia i niestety mam co do nich złe przeczucie. Coś się między nimi psuje i nie wiem jak im pomóc.
Teddy chwycił Harry’ego obiema rączkami za twarz i odwrócił do siebie.
- Wujek, a kiedy polatamy? Obiecałeś – zaczął jęczeć.
- A przyniosłeś mi miotłę? – zapytał Harry. Teddy pokręcił główką. – To na czym mam latać? Jak przyniesiesz, to zobaczymy, dobrze?
Chłopczyk zsunął się z jego kolan i pobiegł do komórki.
- Co się stało, Harry? – Ginny puściła jego rękę i położyła dłoń na jego policzku. – Jesteś strasznie poważny.
Harry starał się unikać jej wzroku, ale wiedział, że długo tak się nie da.
- Bo i sprawa jest poważna – powiedział. – Porozmawiamy o tym wieczorem, dobrze? Jak maluchy będą spać.
- Może być? – Teddy przybiegł i stuknął rączką miotły o słupek przy wejściu na ganek.
Harry uśmiechnął się na widok Błyskawicy.
- W porządku.
Wstał i razem z chłopcem odlecieli na drugą stronę domu.

~~~~~~~~  
* fragmenty bajki „Włochate Serce Czarodzieja” J.K. Rowling przełożone z run na język angielski przez Hermionę Granger a z języka angielskiego na polski przez Andrzeja Polkowskiego.

3 komentarze:

  1. dziewczyno jesteś genialna!!!!!! Napisz więcej
    Proszę!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Asiu, nie wiem co powiedzieć, bo to, że jesteś genialna, niesamowita, wspaniała, cudowna to za mało powiedziane...

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja sama pisze bloga od nie dawna ,,Hinny jak potoczą się ich losy" ale nie idzie mi tak dobrze jak tobie świetny!

    OdpowiedzUsuń