sobota, 16 czerwca 2012

68. Początki "samotności"


Harry odwrócił się powoli. Nie mógł zrozumieć, dlaczego Bellatriks nic nie zrobiła i o co tak naprawdę jej chodziło. Chciała go nastraszyć, czy ostrzec? I dlaczego nikt nie zwrócił uwagi? Przecież jest jedną z najbardziej poszukiwanych osób w całej Anglii i nikt jej nie widział? Coś tu było nie tak i on nie wiedział co. Może użyła zaklęcia zwodzącego? Otrząsnął się z tych myśli i spojrzał na stojącego przed nim mężczyznę. To był Tim, auror, o którym mówił Artur poprzedniego dnia.
- Wszystko w porządku, Harry? – spytał, gdy podszedł bliżej. – Jesteś strasznie blady.
- Właśnie miałem bliskie spotkanie z Bellatriks Lestrange – odparł pustym głosem.
- Co? Teraz? – Tim wyciągnął różdżkę i zaczął się rozglądać.
- Deportowała się, gdy usłyszała twój głos – burknął Harry, wyciągając rękę, żeby się przywitać. – Chodźmy stąd. Podobno chciałeś ze mną porozmawiać.
- Tak.
Wyszli z dworca na hałaśliwą ulicę. Kilka metrów dalej znaleźli jakiś obskurny mugolski pub i weszli do niego. Zamówili dwa piwa i usiedli przy stoliku pod oknem.
Harry rozejrzał się po dość pustym pomieszczeniu, żeby upewnić się czy nikt ich nie podsłucha. Byli tylko oni i barman. Wyciągnął różdżkę, wycelował ją w niego i mruknął: „Muffliato!”, żeby przypadkiem nie usłyszał ich rozmowy. Potem schował ją z powrotem pod kurtkę.
- Jak to się stało, że Lestrange nic ci nie zrobiła? – spytał Tim, pociągając łyk ze szklanki.
- Dzięki za wsparcie – mruknął Harry, wzruszając ramionami. – Sądzę, że na razie nie miała mi nic zrobić, tylko ostrzec, albo nastraszyć. – Pokręcił głową i westchnął. Nadal miał w pamięci jej ostatnie słowa: „uważaj na tę swoją małą”. – Nieważne. A ty możesz mi powiedzieć, dlaczego Biuro nic nie zrobiło z tym śmierciożercą, który był u Weasleyów?
Tim zakrztusił się piwem.
- Skąd wiesz?
- Bo tę noc spędziłem u nich, uwalniając ich kilka godzin wcześniej od nieproszonego gościa – stwierdził.
- Co? A więc to ty użyłeś Zaklęcia Imperius? – spytał zaskoczony.
- Tak, ja – przyznał Harry. – Ale chyba nie o tym chciałeś ze mną rozmawiać, prawda? I nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
- Prawda – przytaknął. Wypił jednym haustem resztę piwa i odchrząknął. – Muszę zacząć od początku. Gdy w dniu twojego ślubu śmierciożercy zaatakowali mieszkańców Nory, była tam, jak pamiętasz, grupa aurorów. – Harry kiwnął głową. – Niestety śmierciożercy mieli przewagę, a ponieważ zwykle nie biorą zakładników, większość naszych zginęła.
- Zwykle?
- Tak, bo od tamtej pory zniknął Mike. Przypuszczamy, że wzięli go na zakładnika. Niestety do tej pory nie wiemy, gdzie go trzymają.
- I czego oczekujecie ode mnie? Przecież nie wiem, gdzie jest kryjówka śmierciożerców. I od kiedy wiedzieliście, że w Norze był śmierciożerca, a nie prawdziwy Mike?
- Od samego początku – mruknął, odwracając głowę, jakby chciał uniknąć kontaktu wzrokowego z Harrym. – Obserwowałem całą sytuację...
- I nic nie zrobiłeś?! – Harry rzucił się na niego przez stół i chwycił go za koszulę.
- Wiem jak to wygląda, ale zrozum, gdybym wtedy się ujawnił, dzisiaj bym z tobą nie rozmawiał. Proszę, daj mi się wytłumaczyć. – Spojrzał na niego błagalnym wzrokiem.
Harry puścił go, usiadł z powrotem na swoim miejscu i z założonymi rękami i wściekłą miną czekał na wyjaśnienia.
- Skąd mogę mieć pewność, że nie chcesz mnie wydać śmierciożercom? – zapytał. – Może masz mnie omamić tą bajeczką, a potem skonfundować i zaprowadzić do Malfoya, co? – warknął.
- Nie! – krzyknął. – Rozumiem dlaczego jesteś wściekły i czemu mi nie ufasz. – Tim kiwnął głową.
Rozejrzał się po pubie. Barman za ladą wycierał szklanki, nie zwracając na nich uwagi. Za oknem zaczął padać deszcz. Tim sięgnął pod szatę i wyciągnął różdżkę.
- Trzymaj. To moja różdżka. Jestem teraz bezbronny i całkowicie w twoich rękach.
Harry wziął ją, przetoczył chwilę między palcami i schował ją pod kurtkę. Po czym znowu skrzyżował ręce na piersi.
- Dobrze. Słucham.
- Po pierwsze jestem po twojej stronie. Po drugie, gdybym miał cię wydać już dawno bym to zrobił. Od momentu, gdy się spotkaliśmy na dworcu, miałem mnóstwo okazji, by coś ci zrobić.
Harry kiwnął głową. To, co mówił Tim, miało sens. Rzeczywiście po drodze było dużo małych wąskich uliczek, gdzie mógł zrobić wszystko.
- Po waszej ucieczce – kontynuował swoje opowiadanie Tim – śmierciożercy rozdzielili się na kilka grup. Największa przesłuchiwała wszystkich waszych gości, inni przeszukali dom, a reszta – podniósł obie ręce, robiąc palcami cudzysłów – posprzątała po sobie i deportowała się, zabierając ze sobą nieprzytomnego Mike’a.
- Skąd wiesz, że był nieprzytomny, a nie... martwy? – spytał Harry.
- Bo chwilę wcześniej próbował jeszcze walczyć. Pozostali aurorzy dostali Avadą prosto w twarz, a on... – opuścił głowę, przymykając na chwilę oczy – dostał jednocześnie Cruciatusem i Drętwotą. Tuż przed deportacją jeden ze śmierciożerców wyrwał mu włosy i wrzucił je do piersiówki. Napił się z niej i nie minęła minuta, zmienił się w Mike’a. Potem kazał reszcie się stamtąd wynosić. I od tej pory wiedziałem. Potrzebowali go do eliksiru wielosokowego. Najszybciej jak mogłem teleportowałem się do ministerstwa i powiadomiłem o całej sytuacji Robardsa. To on kazał nic nie robić, tylko czekać na rozwój sytuacji. Trochę mnie to zaskoczyło, ale wolałem się z nim nie spierać. W końcu to szef. Następnego dnia nawiązałem kontakt z Arturem Weasleyem i od niego dowiedziałem się, co działo się dalej. Wszyscy musieli udawać, że nic się nie wydarzyło, choć męczyli ich prawie całą noc.
Harry tylko kiwał głową. Aurorzy odcięli się od całej sprawy? A ci, których znał? Kingsley, Tonks? Czyżby miał z tym znowu zostać sam?
- A kontaktowałeś się z kimś z Zakonu Feniksa?
Tim pokręcił głową.
- Wiesz, że w Zakonie było mało aurorów. Od twojej ostatniej rozmowy w Kwaterze wiele się zmieniło. Kingsley Shacklebolt został doradcą ministra, a Tonks... znaczy się Nimfadora Lupin, jest w ciąży i woli nie ryzykować ze względu na dziecko. Tak naprawdę o naszym spotkaniu wiesz tylko ty i ja...
- I Artur Weasley – wpadł mu w słowo Harry.
- No tak.
Nastała chwila ciszy. Harry wyjrzał przez okno na mokrą ulicę. Co jakiś czas ktoś przebiegał chodnikiem, ukryty pod parasolką; deszcz rozpadał się na dobre, bębniąc o szyby. Myślami daleko był od tego, co działo się na zewnątrz. Zastanawiał się, co dalej. Nie tego się spodziewał. Gdy kilka tygodni temu rozmawiał z Robardsem miał zapewniony powrót. Na ochronę nie liczył. Jakoś sobie radził do tej pory, bez żadnej pomocy aurorów. Ale w tej sytuacji? Jeśli Bellatriks dotarła do niego tak blisko? To teraz przecież każdy może dostać się w taki czy inny sposób do Ginny, by przez nią dorwać jego. Kiedyś, gdy przez Voldemorta zagrożeni byli wszyscy, wyznaczyli aurorów do pilnowania szkoły i pobliskiej wioski, a teraz?
- A co z Hogwartem? – zapytał, spoglądając z powrotem na Tima.
- Nie wiem. Jak chcesz mogę cię zaprowadzić do ministerstwa, tam wszystkiego się dowiesz.
- Dobry pomysł. I tak miałem dzisiaj porozmawiać z Robardsem – powiedział, wstając.
- Mam wrażenie, że nadal mi nie ufasz – mruknął Tim, obserwując Harry’ego.
- Nie do końca. – Harry sięgnął pod kurtkę, wyciągnął różdżkę Tima i oddał mu ją, kładąc ją na stoliku. – Jestem ostrożny. Już dawno przestałem komukolwiek ufać, oprócz najbliższych, choć wiem, że śmierciożercy to ich mogą wykorzystać w pierwszej kolejności. I nie myśl, że oddając ci różdżkę w pełni ci zaufałem...
Tim wziął różdżkę, kiwnął głową i też wstał.
- Wiem i rozumiem. To co? W drogę? – spytał, klepiąc Harry’ego po ramieniu.
- Tak. Najwyższy czas.
--------  
Ginny przez jakiś czas stała wpatrzona w dal, z ręką nadal wystawioną za oknem, tak, jak  puścił ją Harry. Nawet nie zauważyła kiedy zaczął padać deszcz. „Cztery miesiące...” Tylko te słowa dudniły jej w głowie, jak stukot kół pociągu, coraz bardziej oddalającego się od Londynu i Harry’ego.
Już za nim tęskniła. Za ciepłym spojrzeniem jego zielonych oczu, za czułym dotykiem dłoni na policzku, ramionami obejmującymi ją, gdy chciał ją pocieszyć i być blisko... Musi przyzwyczaić się do samotności i do tego, że nie poczuje aż do świąt jego ust na swoich wargach, że ich palce nie splotą się ze sobą... Westchnęła. Naprawdę za nim tęskniła. Duszą i ciałem.
Zacisnęła mocno lewą dłoń na otwartym oknie i spojrzała na obrączkę i pierścionek.
- Wytrzymam – szepnęła, opierając się ustami na dłoni i przymykając oczy. – Przecież od czerwca oboje wiedzieliśmy, że dzisiaj się rozstaniemy. Czas pędzi nieubłaganie i my nie mamy na to wpływu. Oby teraz ten czas nas nie zawiódł.
Odwróciła się od okna, chwyciła rączkę kufra i powolnym krokiem ruszyła korytarzem w kierunku, gdzie odeszła Jill. Z każdego przedziału, który mijała, wiele osób patrzyło na nią z zainteresowaniem, niektórzy szturchali swoich kolegów i pokazywali ją palcem. Nie zwracała uwagi na wpatrzone w nią twarze mijanych ludzi. Nie obchodziło ją, czy myślą o niej dobrze czy źle. Domyślała się, że większość jest zaskoczona, widząc ją tutaj, szczególnie po tych ostatnich informacjach zamieszczonych w „Proroku”. Od razu pojawiła jej się twarz Harry’ego sprzed kilku lat. Przypomniała sobie, jak wtedy on też miał rzeszę gapiów po plotkach i kłamstwach, które się tam pojawiły i nie był tym zachwycony. Czuła, że tym razem to ona będzie na językach wszystkich.
W końcu doszła do przedziału, w którym siedziały Luna i Jill. Przez szybę zajrzała do środka. Były same. Luna siedziała po lewej stronie i tak, jak zawsze czytała najnowszy numer „Żonglera”, trzymając go do góry nogami, a Jill po prawej, z „Czarownicą” w ręku, bo dostrzegła duże zdjęcie lidera Fatalnych Jędz. Uśmiechnęła się. Nie ma się czym przejmować. Co ma być to będzie. Otworzyła drzwi i wciągnęła kufer do środka. Dziewczyny natychmiast poderwały się ze swoich miejsc i rzuciły się na nią.
- Ginny!
- Nareszcie!
Ginny uwolniła się z ich objęć. Razem z Jill wsadziła na półkę kufer i usiadła pod oknem.
- Co tak długo? – spytała Jill. – Z Londynu wyjechaliśmy ponad pół godziny temu!
- Chciałam chwilę pobyć sama – mruknęła Ginny. – Zaczynam przyzwyczajać się do samotności.
- Do jakiej samotności? – spytała Jill, wymieniając porozumiewawcze spojrzenie z Luną. – A my?
- Wiesz, że nie chodzi o was – szepnęła, odwracając głowę.
- Dobrze rozumiem o co ci chodzi – mruknęła Jill, przysuwając się bliżej i przytulając ją do siebie. – A raczej o kogo.
- Dlatego pomożemy ci jakoś przez to przejść – dodała Luna, wciskając się na miejsce obok niej z drugiej strony.
- Dziękuję wam dziewczyny. Nie wiem, co bym bez was zrobiła.
Wyciągnęła ramiona i objęła nimi siedzące przy niej koleżanki.
Pociąg mknął nieubłaganie. Za oknem robiło się już szaro, a krajobraz stawał się coraz bardziej dziki. Jednak one nie zwracały uwagi, co dzieje się za oknem. Luna i Jill opowiedziały Ginny co się z nimi działo, gdy po ślubie zaatakowali śmierciożercy. Ktoś, najprawdopodobniej Tonks, jak stwierdziła Ginny, bo była to jakaś kobieta w ciąży, chwyciła je za ręce i deportowała się wraz z nimi do domu Luny. Potem zniknęła, prosząc jeszcze, żeby się stąd nie ruszały. Tak więc resztę wakacji spędziły razem, czytając co kilka dni nowiny z „Proroka”, z których tylko się śmiały.
Kiedy Ekspres Hogwart zajechał na stację w Hogsmeade, było już bardzo ciemno i nadal padał drobny deszcz. Stacja, oświetlona kilkoma pochodniami, sprawiała wrażenie ponurej. Nawet gwar wysiadających uczniów nie pomógł rozwiać tej posępnej atmosfery.
Szykując się do opuszczenia pociągu, Ginny zawahała się. Co by było, gdyby nie wysiadła i wróciła do Londynu? Harry by się zdenerwował? Chyba nie. Kiedyś powiedział, że nie potrafi się na nią gniewać. Ale na pewno byłby zawiedziony. Był pewny, że tu będzie dużo bardziej bezpieczniejsza, niż z nim. Tylko gdzie to bezpieczeństwo? Przecież nie ma tu żadnego aurora!
Na końcu peronu Hagrid nawoływał pierwszorocznych, żeby przeprawić ich przez jezioro. Pomachała mu ręką na powitanie i poszła razem z dziewczynami do powozów.
Droga ze stacji minęła im prawie w zupełnej ciszy. Słychać tylko było stukot kół uderzających co jakiś czas o leżące na drodze kamienie. Ginny wyglądała przez jedno z okienek na smutny krajobraz na zewnątrz.
W końcu powóz zatrzymał się przed dębowymi drzwiami zamku. Ginny pierwsza wysiadła, zabierając z tylnej części powozu swój kufer.
Gdy szła powoli kamiennymi schodami do sali wejściowej spojrzała na ciemne błonia. „Tyle tu wspomnień...” Przecież w zeszłym roku, po drugiej stronie jeziora często spędzali razem przerwy i wieczory, kiedy Harry nie musiał sprawdzać prac domowych młodszych klas z obrony przed czarną magią.
Miała już wejść za Jill do Wielkiej Sali, gdy usłyszała, że ktoś woła ją po imieniu.
- Ginny, McGonagall chce cię widzieć przed ucztą – podbiegła do niej Demelza, ścigająca z drużyny. – Czeka na ciebie w tej sali obok.
- Teraz?
- Tak.
- No dobrze – jęknęła. – Jill, zajmij mi miejsce. Zaraz wrócę, w końcu McGonagall jest dyrektorką i musi być na uczcie.
- W porządku.
Ginny podeszła do bocznej salki i zapukała. Gdy usłyszała stanowcze „proszę”, nacisnęła mosiężną klamkę i weszła do środka. McGonagall stała z założonymi rękami i patrzyła na nią. 
- Panna... – McGonagall odchrząknęła, próbując ukryć zakłopotanie. – Pani Ginewra Potter.
Ginny uśmiechnęła się, przypominając sobie cudowne chwile, gdy Harry szeptał jej do ucha: „pani Potter”, a potem całował ją...
- Nie mamy zbyt wiele czasu, więc przejdę od razu do rzeczy. – Dyrektorka ponownie odchrząknęła, wyrywając ją ze wspomnień. – Mam do ciebie dwie sprawy. O tym, co wydarzyło się w sierpniu wiedzą tylko nauczyciele i garstka waszych przyjaciół, dlatego też dla twojego bezpieczeństwa, na lekcjach nadal będziesz Weasley, w porządku?
- Tak. – Ginny kiwnęła głową. – Rozumiem.
- Z tym wiąże się też druga sprawa. – McGonagall westchnęła. – Jak pewnie zauważyłaś, w tym roku szkoła nie ma zapewnionej ochrony ze strony aurorów, tak jak w poprzednim roku. Także Hogsmeade nie jest chronione. Nie mogę cię zmuszać, ani kazać, bo jesteś już dorosła, ale ze względu na to, co wydarzyło się w sierpniu proszę cię o ostrożność. Nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć.
Ginny kiwnęła głową. Przecież o to samo prosił ją Harry.
- W porządku. Nie będę się ruszać sama po zamku. A jeśli chodzi o Hogsmeade, to czy mam przez to rozumieć, że będziemy mogli w tym roku tam chodzić? – spytała. „Może mogłabym przekonać Harry’ego, żebyśmy spotkali się w wiosce?” pomyślała z nadzieją.
- Tego jeszcze nie wiem – mruknęła McGonagall, zerkając na zegarek. – Nie podjęłam jeszcze decyzji. – Podeszła do drzwi. – A teraz na nas już czas. Zaraz zacznie się uczta.
Otworzyła drzwi i razem z Ginny opuściła salę.
Przechodząc przez Wielką Salę Ginny widziała wiele rozdziawionych gąb, gdy szła w stronę stołu Gryfonów. Słyszała szepty typu:
- Czy to nie ta dziewczyna Pottera?
- Ale przecież on ją porwał, więc skąd ona się tutaj wzięła?
Opadła na ławkę obok Jill i odetchnęła.
- I co ona chciała? – spytała Jill, lecz, gdy spojrzała na jej twarz dodała: – wszystko w porządku?
- Tak, choć nie wiem, jak Harry to wytrzymywał. A McGonagall? Prosiła mnie o ostrożność. Opowiem ci wszystko w dormitorium – ucięła rozmowę, bo najbliżej siedzące osoby próbowały podsłuchać o czym mówi.
Chwilę potem wszedł Flitwick z pierwszorocznymi i rozpoczęła się uroczystość.
Nie słuchała piosenki tiary. Po co jej historia szkoły? Znała ją na pamięć, nie wyłączając legendy o Komnacie Tajemnic, którą przeżyła na własnej skórze. Tak naprawdę dzięki Harry’emu historia szkoły powiększyła się o nowe strony, o których chętnie by posłuchała zamiast tego, co działo się tysiąc lat temu.
Rozejrzała się po siedzących wokół niej Gryfonach. Teraz, gdy nie ma nikogo z rocznika Harry'ego zrobiło się tu strasznie pusto. Tak naprawdę przy ich stole było najciszej.  Zawsze było ciekawiej, gdy pojawiał się Harry. Kiedyś, przed jej sumami pojawił się cały zakrwawiony. Nie pamiętała tylko dlaczego. Miało to chyba jakiś związek z Draco Malfoyem, bo tamten przez całą ucztę się śmiał. Wszyscy mieli wrażenie, że Harry znowu miał jakieś spotkanie z ciemną stroną, a to mogła być tylko bójka dwóch wrogów. A w zeszłym roku? Pamiętała zdziwienie wielu osób, gdy zobaczyli Harry’ego przy stole nauczycielskim.
Po środku stołu dostrzegła Dennisa Creeveya. Siedział przygarbiony, jak nie ten człowiek, co kiedyś. Był załamany po śmierci brata. To pewne. I co ona mogłaby mu w tej chwili  powiedzieć? "Przepraszam, to wina moja i Harry'ego, że twój brat nie jest już wśród nas. Przykro mi."? Nie. Tu żadne słowa nie pomogą.
- Widziałaś tego mężczyznę przy stole nauczycielskim? – syknęła Jill, klepiąc ją w ramię i wyrywając z zamyślenia.
-  Co mówiłaś? – Ginny spojrzała na przyjaciółkę nieprzytomnym wzrokiem.
-  No, ten facet obok Flitwicka. Cały czas patrzy się w twoją stronę. Trochę to dziwne, nie uważasz?
Ginny zerknęła w tamtym kierunku. Przy stole siedział mężczyzna w średnim wieku, z ciemnymi włosami obciętymi „na jeżyka”. Gdy zauważył jej spojrzenie, odwrócił głowę. Coś w jego sposobie bycia zaniepokoiło ją, ale na razie nie chciała zdradzać swoich obaw przed Jill.  Miała złe przeczucie. Mruknęła tylko:
- To pewnie nowy nauczyciel obrony przed czarną magią.
- To dlaczego tak uważnie cię obserwuje?
- Nie wiem, ale mam wrażenie, że to będzie dla mnie naprawdę bardzo długi rok.

7 komentarzy:

  1. I LOVE YOUR BLOG

    OdpowiedzUsuń
  2. Ginny za dużo wspomina Harry'ego. Co wydaje mi się najgłupsze - oni wcale nie rozmawiają, tylko się całują...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no cos tam rozmawiają ale troche sie z toba zgodze . A poza tym swietny blog :)

      Usuń
  3. Brakuje mi w tym blogu innego bohatera, takiego który by na zawsze zmienił pojęcie magii i stał się najpotężniejszym czarodziejem świata. W połączeniu z Harrym Potterem na zawsze uwolnili by świat od śmierciożerców i ich sojuszników. ALE TO TYLKO MOJA OPINIA

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wprowadzenie nowego glownego bohatera wydaje mi sie strasznie glupie.

      Usuń