środa, 13 czerwca 2012

35. Zemsta śmierciożerców


Pojawili się w ogródku. Gdy Harry otworzył oczy ujrzał przed sobą przygarbioną sylwetkę domu Weasleyów – Nory i odetchnął. Dementorzy nie działali już na niego tak, jak kiedyś, ale nadal po spotkaniu z nimi czuł zimny pot na plecach i twarzy. Spojrzał na Ginny. Była okropnie blada i miała zamknięte oczy.
Ona sama miała wrażenie, że dementor wciąż się do niej zbliża. Słyszała jego świszczący oddech wydobywający się spod kaptura. Bała się otworzyć oczy, bo nie chciała zobaczyć najgorszego. Po chwili zdała sobie sprawę, że stoi obok Harry’ego, który delikatnie ją podtrzymuje. Nie miała pojęcia jednak gdzie są, bo nie czuła już zapachu lasu. Poczuła, że Harry przytulił ją mocniej, a potem usłyszała przy uchu jego ciepły głos:
- Ginny, jesteśmy w domu.
Otworzyła powoli oczy i spojrzała w kierunku budynku. W kuchni i salonie paliło się światło. „Pewnie wszyscy są już po kolacji” – pomyślała. Ten widok dodał jej sił. Tam jest bezpiecznie. Uwolniła się z objęć Harry’ego i próbowała sama dojść do domu, ale gdy zrobiła dwa kroki nogi odmówiły jej posłuszeństwa i ugięły się lekko. Harry natychmiast ją złapał, wziął na ręce i skierował się w stronę tylnego wejścia.
- Harry, nie... sama dojdę – oponowała.
- Nie ma mowy. – Pokręcił głową.
Harry podszedł do drzwi, postawił Ginny na nogach, jedną ręką przytrzymując ją w pasie, a drugą lekko zastukał. Po chwili dostrzegł jakiś ruch za oknem kuchni.
- Kto tam? – dobiegł ich zdenerwowany głos pani Weasley.
- To my. Harry i Ginny.
Drzwi natychmiast się otworzyły i w progu stanęła pani Weasley.
- Nareszcie! Zostawiłam dla was... – natychmiast zamilkła, gdy zobaczyła bladą twarz córki, a potem krzyknęła – wiedziałam, że to nie był dobry pomysł! Co się stało?
- Dementorzy. Było ich ze dwudziestu i Ginny zemdlała – odparł Harry.
- Ale nic mi już nie jest – mruknęła Ginny próbując uwolnić się z rąk Harry’ego, ale chwilę później znowu się zachwiała i oparła o drzwi.
- Wejdźcie do środka.
Pani Weasley cofnęła się do wnętrza kuchni przepuszczając Harry’ego, który ponownie wziął Ginny na ręce i zaniósł ją bezpośrednio do salonu kładąc na sofie.
- Dementorzy? – pani Weasley weszła za nimi.
- Tak – odparł Harry, gdy się odwrócił. Rozebrał się z płaszcza i szalika, który położył na pobliskim krześle i dodał – poszliśmy na spacer do lasu, a oni tam byli.
- A-ale skąd oni wiedzieli, że... – zaczęła drżącym głosem pani Weasley, podchodząc do Ginny i pomagając jej rozebrać się z płaszcza.
- Ktoś ich musiał tam wysłać – przerwał jej Harry.
Nastała cisza. Harry zaczął krążyć po pokoju, zastanawiając się skąd dementorzy wzięli się w Dolinie. Przecież o tym, że on i Ginny mieli tam być wiedziała tylko najbliższa rodzina, Tonks i Lupin. Zawahał się. Tonks, jej nie podejrzewał, ale przecież miała porozmawiać z aurorami, żeby ktoś poszedł sprawdzić, czy tam jest bezpiecznie. Czyżby wśród aurorów był już szpieg śmierciożerców? Pokręcił głową. To niemożliwe.
Ginny obserwowała go, leżąc na sofie. Wiedziała, że jest zdenerwowany. Chciała do niego podejść, żeby go uspokoić, ale gdy spróbowała wstać poczuła, że jest bardzo słaba. Podniosła rękę, żeby dotknąć czoła, ale miała wrażenie, że jest ciężka jak z ołowiu. Opadła na poduszki. Najchętniej leżałaby już tak bez końca.
- Powinniście zjeść czekoladę – przerwał ciszę pan Weasley, który przez cały czas siedział milcząc w fotelu przy kominku i czytał „Proroka”. – A potem powinniście iść spać.
- Co? – spytał nieprzytomnie Harry, zatrzymując się przy drzwiach, w których stali Ron i Hermiona. Spojrzał na nich, potem rozejrzał się po pokoju, a gdy spojrzał na bladą twarz Ginny pokręcił głową, otrząsając się z myśli, które go dręczyły od powrotu do Nory. Wyciągnął różdżkę i krzyknął w kierunku schodów – Accio czekoladowe żaby!
Dwa opakowania z czekoladowymi żabami przyleciały natychmiast do niego z pokoju Freda i George’a. Podszedł do Ginny, podał jej jedno, pomagając usiąść, a drugie rozerwał zębami i odgryzł żabie głowę.  Poczuł ogarniającą go falę ciepła. Od razu poczuł się lepiej.
- A teraz marsz do łóżek. – Pani Weasley pomogła wstać Ginny i podtrzymując ją pod ramię zaprowadziła do wyjścia.
- Mamo, dam sobie radę sama – mruknęła Ginny, odpychając rękę matki. – Czuję się dużo lepiej.
Hermiona z Ronem nie odzywali się przez cały czas. Patrzyli tylko na Harry’ego, który zdenerwowany wyszedł za Ginny. Spojrzał ponownie na nich i pokręcił głową. Nie chciał teraz o tym rozmawiać. Nie przy Ginny.
Weszli na górę, zatrzymując się przy jej pokoju. Pani Weasley nie wpuściła ich jednak do środka.
- Dajcie jej odpocząć. Ty też powinieneś – spojrzała na Harry’ego.
- Nie jestem zmęczony.
Ginny chwyciła rękę Harry’ego i szepnęła.
- Harry... zostań przy mnie, proszę.
Pani Weasley pokręciła głową i weszli do środka. Ginny położyła się do łóżka, a Harry przysunął krzesło i usiadł obok. Został przy niej aż zasnęła.
Pół godziny później, kiedy był już pewny, że Ginny śpi, wstał i wyszedł. Zszedł po schodach i podszedł do pokoju Freda i George’a, w którym spał od dwóch lat. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Był zaskoczony, gdy zamiast bliźniaków zobaczył twarze swoich przyjaciół.
- Gdzie Fred i George? – spytał.
- Pojechali na Pokątną. Musieli zająć się sklepem – odparł Ron.
- A co z... nią? – spytała Hermiona wskazując głową na sufit.
- Już dobrze. Teraz śpi. Wrócę do niej później.
Jego głos lekko drżał, ale starał się nie okazywać zdenerwowania, które wciąż się w nim buzowało. Zaczął chodzić tam i z powrotem  po pokoju. Ron i Hermiona siedzieli na łóżku cały czas go obserwując. 
- To rzeczywiście nie był dobry pomysł – powiedział po chwili nie przerywając krążenia po pokoju.
- Harry, co się naprawdę stało? – spytała Hermiona.
- Już mówiłem. Poszliśmy na spacer do lasu, a tam byli dementorzy.
- Ale skąd oni wiedzieli, że ty tam będziesz? – spytał Ron.
- Malfoy musiał ich wysłać – stwierdził Harry zatrzymując się przy ścianie i uderzył w nią pięścią. – To wszystko moja wina. Gdybym to odwołał nic by się nie stało.
- Przecież nie przewidzisz wszystkiego – stwierdził Ron.
- Ale to powinienem. – Odwrócił się do nich i dodał - zastanawia mnie tylko, skąd oni wiedzieli kiedy się tam pojawię. Przecież o tym, że tam idziemy wiedziała tylko twoja rodzina, Lupin i Tonks.
- Chyba nikogo z nas nie podejrzewasz? – szepnęła Hermiona wstając i podchodząc do niego.
- Nie, nie podejrzewam, ale... – urwał. Znowu zaczął krążyć tam i z powrotem po pokoju. Zastanawiał się czy powiedzieć im o swoich podejrzeniach. Myśli biegły w jego umyśle jak szalone.
- Stworek – powiedział po chwili. – Nie było go przez cały czas naszego pobytu w Dolinie, a przecież miał na moje polecenie zająć się domem.
- Ale Harry... – Hermiona wyciągnęła rękę. – Podejrzewasz Stworka?
- No tak! – Ron uderzył się ręką w czoło, jakby nagle coś sobie przypomniał. – Przecież ten stary zgred już raz zdradził nas Malfoyom, pamiętacie?
- Ron nie nazywaj go tak.
- Ale to prawda. Zdradził przecież Syriusza i Zakon.
Harry zatrzymał się i spojrzał na Rona, jakby go pierwszy raz zobaczył. Rzeczywiście Stworek już raz zdradził. Przecież to on powiedział Malfoyom, że Syriusz był dla niego jak ojciec, którego stracił, że na nim najbardziej mu zależało. To przez niego poszedł do Ministerstwa Magii w tamtą noc, gdy zginął Syriusz. Pokręcił głową. To mógł być on, przecież nikt go nie pilnował od kilku miesięcy, ale jednak było coś, co nie dawało mu spokoju.
- Harry? – szepnęła Hermiona.
- Myślę, że to może być on, ale z drugiej strony podejrzewam, że  Biuro Aurorów może być już pod obserwacją śmierciożerców, a może nawet mają w nim swojego szpiega.
- Skąd ta pewność?
- Nie mam całkowitej pewności, musiałbym najpierw porozmawiać z Tonks.

~*~*~*~

Gdzieś w oddali wybiła północ. Wąska uliczka oświetlona mdłym światłem jednej latarni stojącej pośrodku, bardziej odpychała niż przyciągała przechodniów. W żadnym oknie nie paliło się światło. Każdy kto musiał nią przejść wolał ominąć ją szybkim krokiem i wyjść na główną ulicę.
Nagle, znikąd, pojawiła się na niej jakaś tajemnicza postać w czarnej pelerynie i kapturze na głowie całkowicie zasłaniającym twarz. Postać zatrzymała się przy jakiejś bramie, wyciągnęła różdżkę i rozejrzała się, czy nikt jej nie obserwuje. Światło latarni padło na jej bladą, podłużną twarz, ukazując kilkudniowy zarost. Mężczyzna odwrócił się w drugą stronę. Gdy przekonał się, że jest sam, otworzył drzwi i wszedł w bramę. Znalazł się w ciemnym korytarzu oświetlonym tylko jedną lampką na samym końcu. Doszedł do najbliższych drzwi, przy których stał inny mężczyzna, tak samo jak on w czarnej pelerynie i powiedział:
- Witaj Nott.
Mężczyzna nazwany Nottem kiwnął lekko głową, otwierając przybyszowi drzwi i obaj weszli do środka. Pomieszczenie było jeszcze bardziej ponure, niż korytarz, który przed chwilą opuścili. Jedynym źródłem światła był ogień z kominka, który umieszczony po przeciwnej stronie od wejścia rzucał na puste ściany długie, pająkowate cienie. Na środku pokoju stał długi stół, przy którym siedziało w ciszy kilkanaście osób, ubrane, tak jak oni w czarne peleryny i spoglądali w przeciwległy kąt, w którym stał związany wysoki mężczyzna z burzą siwych włosów oparty o ścianę. Nie ruszał się. Tylko jego przerażone oczy zdradzały, że jeszcze żyje.  Mężczyzna o pociągłej, bladej twarzy i z długimi jasnymi włosami siedzący u szczytu stołu odwrócił głowę i spojrzał na wchodzących. 
- Aa... Nott i Dołohow. Siadajcie. - Wskazał im wolne miejsca pośrodku stołu. – Poznajecie naszego gościa? – spytał zdawkowo.
Nott i Dołohow przytaknęli.
- Zajmiemy się nim na końcu zebrania. Musieliśmy go unieruchomić, bo przeszkadzałby nam w zebraniu.
- Spóźniliście się – warknęła kobieta po lewej stronie od Malfoya wpatrzona w mężczyzn.
- W porządku Bellatriks. – Lucjusz Malfoy podniósł rękę, powstrzymując kobietę. – Jakie przynosicie wieści?
- Miałeś rację Lucjuszu – stwierdził Dołohow, siadając na wskazanym miejscu, patrząc na Malfoya. – Potter pojawił się w Dolinie Godryka. Obserwowałem jego spotkanie z naszymi sprzymierzeńcami. Był z tą małą Weasleyówną i wilkołakiem.
- Czy dementorzy coś im zrobili?
- Weasleyówna zemdlała, ale wilkołak i Potter ochronili się, wyczarowując patronusy.
- No tak. Patronus Potter – syknął Malfoy.
Śmierciożercy zaczęli się śmiać.
- Cisza! – krzyknął Malfoy po chwili a wszyscy zamilkli. – Musimy zastanowić się jak dopaść Pottera. Za długo już mnie denerwuje. Przez niego zginął Draco.
Kobieta siedząca po prawej stronie Malfoya opuściła głowę zalewając się łzami. Narcyza do tej pory nie pogodziła się z faktem, że jej syn nie żyje. Minęło już kilka miesięcy od tego wydarzenia, ale nadal oboje obwiniali za to Harry’ego, mimo, że Draco został zabity na ich oczach przez Czarnego Pana. Przy stole zrobił się ruch. Wszyscy spoglądali na siebie.
- Czy wiadomo gdzie Potter teraz jest? – spytała Bellatriks, rozglądając się po zebranych.
- Dobrze ukryty. W Biurze Aurorów mówią, że mieszka u byłego członka Zakonu Feniksa – odparł łysy mężczyzna o kwadratowej twarzy. – Mogę spróbować dowiedzieć się czegoś więcej.
- W porządku Yaxley. I tak dzięki tobie dowiedzieliśmy się o tym, że Potter ma się pojawić w Dolinie Godryka – stwierdził Malfoy.
- Lucjuszu – Bella odwróciła głowę i spojrzała na niego  – a co z Hogwartem?
- A właśnie. Crabbe, czy twój syn przekazał ci jakieś informacje?
Mężczyzna o tłustych brązowych włosach lekko się poruszył, podniósł głowę i spojrzał na niego.
- Z tego, co mówił mi Vincent, Potter jest dobrze strzeżony. Ta jego dziewczyna Weasleyówna też. Nigdy nie opuszczają zamku.
- Nigdy? – Bellatriks spojrzała na niego zdziwiona. – Nie wychodzą nawet do tego półolbrzyma?
- Nie. A Potter nie spuszcza tej małej z oka.
- I nie mają zajęć na zewnątrz? – Lucjusz był nieugięty.
- Mają. Z zielarstwa i quidditcha.
- No to jednak wychodzą na zewnątrz – zaśmiała się Bella.
- Ale nigdy nie są sami. Potter jest zawsze ze szlamą i Weasleyem.
- A Weasleyówna?
- Jeśli  nie ma przy niej Pottera, to zawsze kręci się z nią jakaś dziewczyna, chyba nazywa się Jill Wailey.
- To trzeba będzie pozbyć się tej dziewczyny. A potem przez tę małą dostaniemy się do niego – stwierdziła Bella mrużąc oczy. – I ja się tym zajmę.
- Powoli – rzekł Lucjusz. – Z Potterem trzeba ostrożnie. Na razie jest za bardzo czujny. Trzeba uśpić jego uwagę.
Wszyscy obecni przytaknęli. Malfoy ponownie zwrócił się do Yaxleya.
- Yaxley, mówiłeś, że masz kontakty w ministerstwie.
- Tak. Ostatnio nie chcieli nic powiedzieć, ale wykorzystałem zaklęcie Confundus i Imperius na kilku aurorach i...
- Rozumiem – przerwał mu Malfoy. – Ministerstwo jest naszym obecnym celem. Nott przysuń naszego gościa. Musimy się teraz nim zająć. Nie możemy tak niepokoić naszego drogiego ministra magii, prawda?
Wszyscy śmierciożercy wstali. Stół zniknął pozostawiając puste miejsce. Rufus Scrimgeour został postawiony na środku, a śmierciożercy otoczyli go ciasnym kołem. Lucjusz Malfoy stanął naprzeciwko mężczyzny. Wyciągnął różdżkę i celując ją w ministra krzyknął:
- Avada kedavra!
Strumień zielonego światła wystrzelił z końca różdżki godząc Scrimgeoura w piersi i rozświetlając cały pokój. Martwy minister upadł na podłogę u stóp Malfoya.
- Ministerstwo teraz już jest nasze – powiedział, opuszczając różdżkę.

8 komentarzy:

  1. Wszystko fajnie, ale dlaczego go zabili...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo chcą opanować Ministerstwo. Jak go opanują to będą mieli władze duża...

      Usuń
    2. Ta Dzisiaj zaczełam czytać bloga jest świetny! ale prawde powiedziawszy to też się zastanawiam czemu go zabili skoro mogli go użyć do swoich planów! ja na przykład gdybym była śmierciożercą to najpier bym go potorturowała a potem by zawładnęła jego umysłem! ale blog fajny bardzo mi się podoba i radze autorce napisać książkę :D /A

      Usuń
  2. Ten blog jest naprawdę świetny *_* dzisiaj rano zaczęłam czytać i od tamtej pory nie mogę przestać... To opowiadanie strasznie wciąga ! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakbym była Śmierciożercą, tobym najpierw rzucała Cruciatusa, potem Imperiusa i na koniec Avada Kedavra
    A tak w ogóle to Lucjusz i Narcyza nie zostali wtrąceni do Azkabanu!

    OdpowiedzUsuń
  4. Lucjusza żebym ja do ciebie nie przypadła i zabiła Cię inną metodą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miało być Lucjusz i przylazła zamiast przypadła

      Usuń
  5. Genialny ten blog *_*
    PS:czekam na książkę ������

    OdpowiedzUsuń