niedziela, 24 czerwca 2012

148. Przemyślenia pani Potter


Ginny, leżąc w szpitalu, miała mnóstwo czasu na rozmyślania. Po tych dwóch dniach od zbudzenia się ze śpiączki zobaczyła, jak bardzo wszyscy się zmienili, a najbardziej Harry. 
Wiedziała już od uzdrowiciela i pielęgniarek, że siedział przy niej całe dnie, od rana do nocy, sam, trzymając ją za rękę, albo zabawiając Jamesa na rozłożonym w kącie kocu.
Nie czuła już złości, gdy o nim myślała, bardziej troskę. Wyglądał paskudnie. Kilkudniowy zarost... podkrążone i zaczerwienione oczy... Jakby naprawdę nie spał od kilku dni. Nie. On nie tyle, że nie spał, on musiał płakać... Czy stało się coś jeszcze o czym nie wiedziała?
Czy rzeczywiście przez ten czas zajmował się Jamesem, tak jak mówiła mama? 
Gdzie mieszkali? Sami, na Grimmauld Place, czy pod okiem mamy, w Norze?
Była pewna, że Harry nie chciał przyznać się nikomu, że nie umie zaopiekować się własnym synem, dlatego wciąż był tutaj i spał na Grimmauld Place. A może jednak wiedział? James dobrze wyglądał i był szczęśliwy, gdy Harry trzymał go na rękach.
Westchnęła. 
Czemu tak się od siebie oddaliliśmy?, pomyślała. Przecież zawsze wiedziałam, że Harry nie będzie szczęśliwy dopóki śmierciożercy są na wolności. Kiedyś był Voldemort, a teraz... To wszyscy ci, którzy stoją za Malfoyem i Lestrange. 
Hermiona miała rację. Zawsze się rozumieliśmy. Nawzajem dawaliśmy sobie wsparcie, ciepło i bezpieczeństwo, choć nie zawsze było to proste, gdy wiedzieliśmy, że gdzieś blisko są śmierciożercy. Może ta sytuacja, to także moja wina? W czasie kłótni nakrzyczałam na niego, że zapomniał o moich uczuciach, ale czy ja pamiętałam o jego? Niestety nie. 
A przecież tuż po narodzinach powiedział mi, że się boi, że ich może spotkać to samo co jego rodziców... i James zostanie sam... tak jak on...
Czy nadal tak myślał? Potrząsnęła głową. Miała nadzieję, że nie.
No właśnie, James... Odkąd się pojawił nasze życie całkowicie się zmieniło. Mama mówiła mi, że wraz z narodzeniem dziecka wszystko wywróci się do góry nogami, ale nie chciałam tego słuchać, a teraz? Proszę.
Z upływem dni czuła się coraz lepiej. Uzdrowiciel Octopus powiedział, że prawdopodobnie w weekend będzie mogła wrócić do domu. Tylko, do którego? Najchętniej wróciłaby z Harrym do Doliny Godryka, ale czy on tego chciał? Tego nie była pewna.
Serce jej pękało, gdy na niego patrzyła, jednak starała się tego nie okazywać. Codziennie go obserwowała, gdy przychodził, jednak ich stosunki były sztywne i bardzo zimne. Harry na każde jej pytanie opowiadał chłodno i oschle. W jego głosie, spojrzeniu i dotyku wyczuwała, że ta kłótnia wiele w nim zmieniła. Jego twarz była jak maska, której nie widziała od lat. Bała się nawet pomyśleć, czy... między nimi jest jeszcze ta dawna miłość. 
Czy kiedykolwiek dojdą jeszcze do porozumienia?
Dni mijały. W czwartek dowiedziała się, że w sobotę Harry zamierza udać się do Hogsmeade i Hogwartu. Nie chciała uwierzyć, że to prośba McGonagall. Nie po tym, co przeczytała w jednym z numerów „Proroka”, że w jakiejś małej miejscowości na północy kraju był atak śmierciożerców. On po prostu musiał być w centrum wydarzeń i wiedzieć wszystko. 
To bolało. Dla niego ważniejsze było to, czy Hogwartowi coś zagraża, a nie własna rodzina. Wiedziała, że to był jego pierwszy prawdziwy dom, ale to było tak dawno... Teraz jego domem powinna być ona i James...
A ona właśnie w sobotę miała wreszcie wrócić do domu.
------ 
Harry przyszedł do niej w sobotę rano. Przy oknie ustawił wózek, w którym spał James.
Ginny zmrużyła oczy, spoglądając na niego. 
- Przyszedłeś, żeby mnie stąd zabrać? – zapytała. 
Z trudem panowała nad głosem, by nie dostrzegł w nim nawet cienia nadziei. Wstała i podeszła do wózka, by popatrzeć na śpiącego synka.
Harry potrząsnął głową. 
- Przyszedłem zostawić Jamesa pod twoją opieką. Wiesz, że w południe idę do Hogwartu i nie mogę...
Ginny wywróciła oczami. No tak. Nie zrezygnował.
- Tak, wiem – przyznała cicho. – A mały byłby dla ciebie dodatkowym balastem – syknęła.
Odwróciła się i splotła ramiona na piersi, opierając się lekko o wózek.
- Wiesz, że James nigdy nie był... – westchnął, po czym dodał sucho: – zresztą nie jadę tam dla przyjemności.
- To dziwne. Myślałam, że powrót do Hogwartu to dla ciebie przyjemność.
- To się myliłaś.
Przez dłuższą chwilę mierzyli się spojrzeniami. To Harry pierwszy odwrócił od niej wzrok.
- Przyszedłem tu także w innej sprawie – oznajmił.
- Tak?
- Długo o tym myślałem i chciałbym z tobą porozmawiać.
Ginny potrząsnęła głową.
- A jeśli ja nie chcę z tobą rozmawiać? – spytała. – Poza tym nie wiem czy jest o czym. 
- Ja myślę, że jest. Chodzi mi... o nas... 
- O nas? – prychnęła. – Ostatnio wydaje mi się, że nie ma żadnych „nas”! Jesteś tylko ty i śmierciożercy. Nie zauważasz mnie i Jamesa...
- To nieprawda – próbował zaprotestować. – A kto się nim zajmował przez ostatnie dwa tygodnie? Kto prawie tu zamieszkał, żeby być blisko ciebie? – wykrzyknął.
Z wózka rozległ się płacz Jamesa.
- Bardzo ci dziękuję – Ginny warknęła do Harry’ego. Odwróciła się i wzięła malca na ręce. – Co się stało maluszku? Tatuś nie dał ci spać?
Harry pokręcił głową i podszedł do drzwi.
- Jasne. Zwal wszystko na mnie! To ja jestem ten zły. 
- A kto? Ja? Mówisz, że martwiłeś się o nas przez ostatnie dwa tygodnie, tak? – Pokiwał głową. – A gdzie byłeś wcześniej? No gdzie? Twoim domem było ministerstwo!
- Dobrze! Chcesz rozwodu, to nie ma sprawy! Jak wrócę z Hogwartu mogę wszystko załatwić! – wykrzyknął. 
- Świetnie! Nareszcie znajdę sobie męża, który nie będzie pakował w kłopoty własnej rodziny! 
Harry przeklął, gdy nagle drzwi się otworzyły i do środka weszła Hermiona. 
- Co tu się dzieje? – zawołała. – Słychać was chyba w całym Mungu!
- Nie twoja sprawa – burknął.
- Jaki jesteś miły – zauważyła cierpko Hermiona.
Harry przewrócił oczami, kręcąc głową. Podszedł do drzwi, by wyjść, jednak w ostatniej chwili zawahał się i spojrzał na Ginny.
- Wrócę wieczorem i jeśli będziesz chciała ze mną jeszcze rozmawiać, to będę na ciebie czekał w Dolinie Godryka.
Odwrócił się i wyszedł.
Ginny usiadła na łóżku, tuląc Jamesa do siebie i chowając twarz w jego włoskach. Wciąż płakał przestraszony krzykami rodziców. Łzy wypełniły jej oczy.
- Przepraszam synku – wyszeptała.
- Wychodzimy stąd – zarządziła Hermiona – zanim cała ta afera dojdzie do Skeeter i „Proroka”. Jesteś gotowa? 
Wyciągnęła do niej rękę, czekając.
James zakwilił cichutko, już spokojny. Ginny niepewnie kiwnęła głową i wstała. 
- Chciałabym pójść do Doliny – oznajmiła.
- Jesteś pewna? 
- Tak. 
- To chodź. Tam będziemy mogły w spokoju porozmawiać.
Ginny przełknęła z trudem ślinę i wytarła niecierpliwie oczy. Usadziła Jamesa do wózka i opuściły szpital.
------- 
- Nie spodziewałam się tego po was – stwierdziła sucho Hermiona. 
Siedziała na kanapie w salonie Potterów. Ginny posadziła Jamesa w kojcu w kącie pokoju i usiadła w fotelu, w ciszy obserwując synka potrząsającego jedną z grzechotek.
- Czego ty oczekujesz od Harry’ego? – zapytała Hermiona.
Ginny spojrzała na nią bykiem. 
- A jak myślisz? Dobrze wiesz, że nie tak łatwo wymazać z pamięci, to co się stało...
- A co dokładnie się stało? – zapytała Hermiona, sama odpowiadając na pytanie. – To, że po prostu wziął sobie głęboko do serca pracę aurora? Odkąd pamiętam to było jego marzenie, które się spełniło! Rozumiem, że zrobił błąd, ale w tych ostatnich dniach starał się to naprawić! Spójrz na Jamesa! Przypomnij sobie jaki był szczęśliwy, gdy Harry trzymał go na rękach, gdy przychodzili do ciebie! Przypomnij sobie ten dzień, w którym się obudziłaś. To Harry był pierwszy przy tobie! 
- To mógł być przypadek! – wpadła jej w słowo Ginny. 
Poderwała się z miejsca ze łzami w oczach i podeszła do kojca. James zagruchał z radości, wyciągając do niej rączkę z Dziobkiem. 
Wyjęła różdżkę i zaklęciem lewitującym sprawiła, że inne zabawki zaczęły wirować wokół malca, wywołując u niego radosny śmiech.
- Najgorsze jest to, że ciągle słyszę „Harry to”, „Harry tamto...” – zauważyła z goryczą – ale nikt nie pamięta, że ja też jestem w tej rodzinie. To ja zajmowałam się przez ten czas domem, to ja musiałam podejmować wszystkie decyzje, bo jego nie było. – Pociągnęła nosem i przetarła oczy. Wyjęła Jamesa z kojca i usiadła z nim na dywanie, by mały miał większe pole manewru do nauki raczkowania. – Mam coraz większe przeczucie, że rozwód to będzie najlepsze wyjście.
- Ginny! – zbeształa ją Hermiona – czy ty w ogóle słyszysz to, co mówisz? Nie mogę zrozumieć, że po tym wszystkim, co przeżyliście przez tyle lat, ty tak po prostu go odrzucasz! Pomyśl, gdzie byście teraz byli, gdyby nie on? Ten człowiek od lat ochrania tych, których kocha. A kogo ma poza wami? Nikogo.
- Tylko, że dziwnie to okazuje – mruknęła, obserwując leżącego na brzuszku synka.
- Ginny, nie zapominaj, że całe jego życie to jedna wielka walka o miłość, której nigdy nie poznał. Nie miał nikogo, kto mógłby mu pokazać jak kochać. To dopiero twoi rodzice i bracia pokazali mu jak powinna wyglądać prawdziwa rodzina. To ty pomogłaś mu wytrwać w najgorszych chwilach, bo zawsze o tobie myślał. Nawet gdy stawał przed Voldemortem! 
Ginny potrząsnęła głową. 
- Nie wierzę ci, ale mogę zrozumieć, dlaczego stajesz po jego stronie. W końcu znasz go dłużej ode mnie. I wybacz Hermiono, ale zrobię to co uważam za słuszne i nikomu, ani tobie ani komukolwiek innemu nic do tego. 
Hermiona pokręciła głową, nic nie mówiąc.
Nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi i obie podskoczyły. James przestraszył się i zaczął płakać, więc Ginny podniosła go i przytuliła. Hermiona podeszła ostrożnie z wyciągniętą różdżką.
- Ginny? Wiem, że tu jesteś! – rozległ się głos Rona zza drzwi. – Słyszę płacz Jamesa!
Ginny westchnęła i ruchem głowy pozwoliła Hermionie otworzyć drzwi. Ron wpadł do środka, oddychając ciężko.
- Chwała Merlinowi, wszystko z wami w porządku – powiedział i opadł na kanapę. – Mama już się martwiła. Czemu nikogo nie powiadomiliście, że wracacie tutaj, a nie na Grimmauld Place? I gdzie jest Harry? – zapytał, odwracając się i spoglądając na siostrę.
- Harry poszedł do Hogwartu, a ja... Gdzie miałabym pójść? Nienawidzę tamtego domu, a nie chcę być ciężarem dla mamy. Póki Harry’ego nie ma, będę tutaj, a potem... – zamyśliła się – zobaczymy.
- O czym ty mówisz? 
- Harry zaproponował rozwód – mruknęła Hermiona.
- Co? – Ron poderwał się z miejsca. – Niech no tylko wróci... – W jego głosie można było wyczuć groźbę.
- Ron, nie – powiedziała stanowczo Ginny. – To sprawa między mną a nim. A może ja też tego chcę? – wyrzuciła. – Zresztą nieważne. – Pokręciła głową. – Wracajcie do domu a ja w spokoju zrobię obiad dla Jamesa i go uśpię, bo zrobił się marudny.
Wstała z Jamesem, czekając na reakcję brata i bratowej. Oboje patrzyli na nią trochę niepewnie, ale w końcu zrezygnowali. 
Hermiona przytuliła ją do siebie. 
- Ginny, wiem, że to nie wystarczy, ale jeśli będziesz czegoś potrzebować, zawsze możesz do nas przyjść. 
- Dzięki, ale poradzę sobie – mruknęła Ginny i odsunęła się, bo James zaczął się kręcić przyciśnięty z dwóch stron. 
- Mieliśmy zrobić parapetówkę po waszym wyjściu z Munga – zauważył Ron, pokazując na Hermionę i Ginny – ale teraz...
- Nie mam teraz do tego głowy – stwierdziła Ginny, podchodząc do niego i całując go w policzek na pożegnanie. – Mimo wszystko, dzięki.
Podeszła z nimi do drzwi. 
- Przemyśl jeszcze to, co ci powiedziałam – powiedziała Hermiona, wychodząc – i nie rób nic pochopnie, aż z nim nie porozmawiasz.
- Wezmę to pod uwagę, ale nie rób sobie nadziei. 
Hermiona zatrzymała się u szczytu schodów prowadzących na podjazd i spojrzała na nią.
- Kogo kochasz najbardziej? – zapytała.
- Co?
- Kogo kochasz najbardziej? – powtórzyła. – Oczywiście, nie licząc twoich rodziców.
- Jamesa i Harry’ego – odparła bez zastanowienia.
- I zrobiłabyś dla nich wszystko?
- Naturalnie.
Hermiona odetchnęła i przytuliła ją ponownie. Dopiero teraz dotarło do Ginny, co właśnie powiedziała.
- Wszystko to piękne Hermiono, ale nie jestem pewna czy w drugą stronę to też tak działa – mruknęła sceptycznie, odsuwając się.
- Wierzę, że tak. Ginny, kocham waszą trójeczkę i chcę, żebyście byli szczęśliwi. – Uśmiechnęła się i pogładziła, przytulone do matki, dziecko po główce. – James, choć może tego nie rozumie, wie, że coś jest między wami nie tak – stwierdziła.
To powiedziawszy odwróciła się i zeszła po schodach, by dołączyć do Rona. Chwilę potem oboje deportowali się spod furtki.
Ginny odetchnęła i weszła z powrotem do środka, otrząsając się z zimna.
- Brr, ale zimno! Wreszcie zostaliśmy sami – powiedziała do skulonego w jej ramionach Jamesa i weszła do kuchni. – Zjemy obiadek i pójdziesz spać, maluszku, tak?
James zagruchał z radości.
Im bliżej wieczora, Ginny robiła się coraz bardziej zdenerwowana; zbliżał się czas powrotu Harry’ego. Co powiedzą sobie wzajemnie? Nadal będą na siebie warczeć, czy... dojdą do porozumienia?
Kręciła się po domu, poznając nowe pomieszczenia i wspominając wszystkie chwile spędzone w pozostałych. James spał w łóżeczku w salonie. Zaglądała do niego co jakiś czas. Tak bardzo przypominał swojego ojca i modliła się, by w przyszłości nie był tak uparty jak on. Maleństwo włożyło sobie kciuk do buzi i ssało go przez sen. Drugą rączkę zaciskał w piąstkę.
Do okna zapukała jakaś sowa, wyrywając ją z ponurych rozmyślań. Podeszła do okna i otworzyła, wpuszczając ją do środka. Płomykówka zrzuciła list do jej rąk, zrobiła kółko w salonie i wyleciała z powrotem. 
Ginny zatrzasnęła okno i usiadła w fotelu. Rozwinęła pergamin i zobaczyła odręczne pismo Harry’ego. Była to bardzo krótka wiadomość.

McGonagall poprosiła, żebym został do poniedziałku. 
Jak wrócę, to porozmawiamy.

Harry

Zmięła list w ręku i wrzuciła do kominka. To było do przewidzenia. Dla niego ważniejsze było wszystko inne, a nie rodzina. Miała już tego dość. Poderwała się z miejsca i wbiegła na górę, do sypialni. Jednym ruchem różdżki przywołała stary kufer Harry’ego i zaczęła wrzucać do niego wszystkie jego rzeczy. Z wściekłością rzucała zaklęcia przywołujące i wkrótce wokół niej zaroiło się od ubrań i wielu przedmiotów Harry’ego. 
Nagle usłyszała suchy trzask dobiegający z dołu i rozdzierający płacz Jamesa.
Wstała w pośpiechu i zbiegła po schodach, ściskając różdżkę w ręku. James siedział w łóżeczku, trzymając się sztachetek, z jedną rączką wyciągniętą w jej stronę. Łzy, wielkie jak grochy, spływały po jego policzkach. Dobiegła do niego i wzięła na ręce.
- Cii... Mama już jest przy tobie, skarbie. Nigdzie nie poszłam – mówiła, rozglądając się dokoła, szukając źródła tamtego dźwięku. 
Posadziła Jamesa na biodrze, wyciągając różdżkę przed siebie. James, jakby wyczuwając zdenerwowanie mamy, ucichł, opierając policzek o jej pierś. 
Ginny zobaczyła otwarte drzwi po drugiej stronie schodów. Skierowała w tamtą stronę różdżkę i szepnęła: 
- Homenum revelio.
Nic się nie wydarzyło. 
Powoli i ostrożnie podeszła do drzwi i zajrzała do środka. W centrum pokoju, przy oknie, stało wielkie dębowe biurko, a przy ścianach stały wysokie regały pełne książek. Od razu domyśliła się, gdzie się znalazła. To był gabinet Harry’ego.
Zrobiła kilka kroków, wchodząc głębiej i na ścianach zapłonęły gazowe lampy, rzucając migocące światło na cały pokój. 
Podeszła do biurka. Z boku, przy lampce, stało jakieś pudełko. Obok niego dostrzegła ich wspólne zdjęcie. „Wspólne”, prychnęła pod nosem, widząc siebie stojącą na nim bokiem i obserwującą z wściekłą miną znikającego za ramką Harry’ego.
Usiadła na krześle, sadzając Jamesa na kolanach. Chłopiec wyciągnął rączki do fotografii.
- A-o, aaa! – zagadał.
Ginny przywołała zdjęcie i pokazała synkowi.
- Tak, to tata i mama – powiedziała, pokazując palcem jedną i drugą postać.
Odstawiła je z powrotem, zainteresowana książką w kolorowej okładce, leżącą przed nią, pośrodku biurka. James zaczął marudzić, gdy pochyliła się, by po nią sięgnąć i przygniatając go do swoich kolan.
Wzięła ją do ręki. Od razu poznała, że to pamiętnik. Harry’ego? Raczej nie. On o wielu sprawach wolałby zapomnieć, a nie rozpisywać się o własnych przeżyciach. W takim razie czyj?
James wyciągnął rączkę, by też jej dotknąć. 
Ginny w ostatniej chwili odsunęła rękę z pamiętnikiem z dala od malca.
- Nie wolno! – syknęła. – Chcesz, żeby tata jeszcze bardziej się na nas gniewał?
James skrzywił się i zaczął płakać.
- Ktoś tu chyba nadal jest śpiący – zauważyła, odkładając tajemniczą książkę z powrotem na biurko i wstając. 
Przywołała z salonu łóżeczko i postawiła je blisko siebie, potem przywołała jeszcze garnuszek z obiadkiem. James krzywił się i marudził, dopóki Ginny nie ułożyła go z powrotem w łóżeczku i uśpiła. 
Chwilę stała wpatrzona w śpiącego malca, po czym wróciła do biurka i zajrzała do tajemniczego pamiętnika.
Harry zaznaczył kilka stron i ona otworzyła pierwszą z nich - z datą 31 lipca 1980. 
Przecież to data jego urodzin! Przeczytała zapisek pod datą i uśmiechnęła się. To były wspomnienia i myśli jego matki. 
Przeszedł ją dreszcz. Nie była pewna czy może je czytać. W końcu to bardziej jego życie, jego rodziców... 
Była jednak ciekawa jak Lily przeżywała chwile ciąży, okres oczekiwania na pojawienie się nowego członka rodziny. I jaki był James senior? Taki, jakiego zawsze sobie wyobrażała, widząc Syriusza przed laty? Nadal miał ochotę na żarty, czy stał się odpowiedzialnym mężczyzną, gdy został ojcem? I oczywiście jaki był Harry jako dziecko? 
Przełknęła z trudem ślinę, bawiąc się kartkami pamiętnika. Wiedziała, że tu jest odpowiedź. Tylko od czego zacząć? 
Najlepiej od początku. Ale nie od pierwszej strony. Przekartkowała zeszyt wstecz, aż dotarła do pierwszej daty, w której Lily napisała o ciąży – 24 grudnia 1979. 

Na Merlina! Jak ciężko to wszystko utrzymać w tajemnicy! Wiem o ciąży od tygodnia, ale dopiero dzisiaj powiem o tym Jamesowi. Może i jestem okrutna, ale chciałam, żeby miał prezent na te święta. Pierwsze święta odkąd jesteśmy razem na wieczność...  
Ciekawa jestem jak zareaguje na to, że nasza rodzina się powiększy...

25 stycznia 1980

Nie spałam całą noc, czekając na Jamesa i Syriusza. Dumbledore zwołał Zakon, bo miał ważne informacje do przekazania. Ja zostałam w domu, bo od kilku dni męczą mnie mdłości. Nie działają na to żadne eliksiry. No cóż... Podobno przy większości ciąży zdarzają się mdłości. Muszą mi wystarczyć krakersy i woda... 
Pocieszam się tym, że Alicja też je ma.
Tak się boję o Jamesa... Wiem, że z Syriuszem patrolują okolicę i miejsca, w których ostatnio byli widziani śmierciożercy, ale to takie niebezpieczne...

15 lutego 1980 

Ciągle płaczę. Bo mi zimno, bo za ciepło, bo James musi wyjść na zebranie Zakonu, bo mi się nudzi, bo jestem zmęczona... 
Wiem, jestem okropna, ale to wina hormonów w ciąży... 
James zaczyna marudzić, że nie wie co ma zrobić, bym przestała, ale ja nie potrafię... 

15 kwietnia 1980

Pokłóciłam się z Jamesem. Wiem, sprawy Zakonu są teraz najważniejsze, ale on ostatnio zapomina, że ma rodzinę. 
Już nie płaczę, tak jak wcześniej, to mi przeszło, ale teraz złoszczę się na niego o wszystko. O to, że zostawił miotłę na środku salonu i prawie się o nią zabiłam, że w kuchni znowu jest bałagan, bo on razem z Syriuszem przeglądali jakieś papiery otrzymane od Dumbledore’a, a przecież przed chwilą sprzątałam.
Że zostawia mnie samą na wiele godzin, a nawet dni, a potem jak wraca to twierdzi, że to była niezła zabawa, gdy mógł ustrzelić jakiegoś śmierciożercę. 
Podziwiam go za to, że mimo wszystko wytrzymuje ze mną. Uśmiecha się tylko pobłażliwie. Nawet Syriusz obraca wszystko w żart.
Potem mam wyrzuty sumienia i za każdym razem po takim wybuchu obiecuję, że się zmienię, ale wytrzymuję tylko do czasu. 
I zaczyna się wszystko od początku. Od płaczu, przez euforię po złość. Nie potrafię tego kontrolować. 
Wiem, James stara się jak może, by wszyscy byli bezpieczni, a zwłaszcza ja i nasze nienarodzone maleństwo. 
Żeby nasz syn albo córka miał spokojną przyszłość.
I za to go kocham.

2 komentarze: