sobota, 23 czerwca 2012

118. Nieproszony gość


Harry przeszedł przez furtkę, zastanawiając się, co tak naprawdę napisali w „Proroku” i czy Ginny już go czytała. Jeśli tak, to trudno, najwyżej zrzuci winę na bliźniaków, bo to przecież oni zaciągnęli go do Dziurawego Kotła. Wchodząc na ganek zamknął oczy i pomasował skronie. Głowa nadal pękała mu z bólu, a w żołądku czuł śmietnik – eliksir podany przez Hannę nie wywołał pożądanego efektu.
Nagle ze środka usłyszał krzyk i warknięcie Ginny.
- Harry!
To było do niego? Przecież jeszcze go nie widziała. Chwilę potem usłyszał z salonu swój własny głos:
- Wiem... Masz całkowitą rację, Ginny... Jestem kretynem.
Podbiegł do okna. W salonie na kanapie siedział on, a raczej ktoś, kto wyglądał jak on. Zimny dreszcz przebiegł mu po karku. Co się stało w trakcie tej nocy? Kim był ten człowiek w jego własnym domu? I dlaczego?
 Z góry rozległ się płacz dziecka. James... Miał nadzieję, że Molly nadal się nim zajmuje. Ginny westchnęła.
- Masz szczęście, że James się obudził, bo nie wiem, co bym ci jeszcze zrobiła – syknęła i poszła na górę.
Harry spojrzał za nią, intensywnie zastanawiając się, co robić. Wejść do środka i zaatakować? Pokręcił głową. Jeśli Ginny usłyszałaby hałas i zeszła w tym czasie na dół, zobaczyłaby ich obu i pomyślałaby, że to jakiś głupi żart, albo co gorsza czarna magia. Może by próbowała rzucić zaklęcie, ale raczej nie wiedziałaby w kogo strzelać. Poza tym nie powinna się denerwować. Wiedział, że powinien ją ostrzec, ale teraz mu nie uwierzy, bo dla niej prawdziwy Harry to tamten mężczyzna. Pozostało mu więc tylko czekać na odpowiedni moment i bacznie obserwować swojego sobowtóra.
Mężczyzna rozsiadł się wygodniej. Na kanapie obok niego leżał dzisiejszy „Prorok”. Sięgnął po niego i zaśmiał się cicho. Gdyby tylko mógł odczytać jego myśli...
Po kilku chwilach tamten wstał, rozglądając się po pomieszczeniu. Zatrzymał się przy kominku i zdjął z gzymsu jedno ze zdjęć.
- Nie dotykaj tego! – warknął Harry.
Mężczyzna odstawił ramkę na miejsce, sięgnął po następną i następną. Gdy odstawił ostatnią z nich, poszedł do kuchni. Przechodząc przez próg, natychmiast podbiegł do niego Zgredek.
- Harry Potter, sir! – zapiszczał skrzat. – Czy Zgredek mógłby w czymś pomóc Harry’emu Potterowi?
- Czemu nie – odparł tamten. – Spakuj mi najpotrzebniejsze rzeczy i ustaw kufer przed drzwiami – rozkazał, a Zgredek kiwnął głową i zniknął.
Harry zmarszczył brwi. Co on zamierza? Przesunął się do okna kuchennego. Zobaczył jak jego sobowtór siada na jednym z krzeseł przy stole i przywołuje butelkę z mlekiem. Wypił duszkiem całą zawartość i wytarł usta rękawem. Czeka na coś?
- Stworek – szepnął.
Skrzat natychmiast się przy nim pojawił.
- Pan Harry jest w dwóch miejscach – zakrakał, patrząc w okno i na niego. – Stworek nie wie kogo powinien słuchać, tego czy tamtego.
- Mnie! – warknął Harry. – To ja cię wezwałem a nie on! – Wskazał ręką na kuchnię. – A teraz słuchaj. Tamten człowiek to nieprzyjaciel. Musisz ostrzec panią Ginewrę. A potem zaopiekujesz się nią i dzieckiem, aż do mojego powrotu. Ale najpierw przynieś mi pelerynę-niewidkę, która jest u mnie w gabinecie. Rozumiesz? Tylko, żeby nikt cię nie zobaczył – warknął.
Skrzat skłonił się nisko i zniknął, by pojawić się chwilę potem wraz ze śliskim materiałem w ręku.
- Dzięki Stworku, a teraz szybko idź do pokoiku dziecięcego i... – urwał, bo do kuchni wbiegła Ginny. – Nie! – krzyknął do niej, niestety ona go nie usłyszała. Wyrwał Stworkowi pelerynę, narzucił ją na siebie i warknął do niego: – a ty, na co czekasz? Znikaj stąd i wykorzystaj wszystkie skrzacie zaklęcia, by James był bezpieczny i jego babcia też.
- Jak pan sobie życzy – zakrakał Stworek i zniknął ponownie.
Harry zajrzał do kuchni.
- Co Zgredek robi z twoimi rzeczami? – usłyszał pytanie Ginny.
- Pakuje je – odparł tamten spokojnie.
- Po co?
Nie odpowiedział. Odesłał z powrotem butelkę po mleku do spiżarni i wstał. Harry zauważył, że zza jego pleców wystawała różdżka, którą celował w Ginny. On sam wyciągnął własną.
- Co ty robisz? – krzyknęła. Chwyciła go za ramiona i mocno nim potrząsnęła. Harry obserwujący to przez okno skrzywił się na ten gest. Był pewny, że ona nic nie widzi. – Odbiło ci? Czy to Ognista Whisky wypaliła ci część mózgu, że zapomniałeś, że właśnie urodził ci się syn?! Masz rodzinę do cholery! A może uciekasz przed obowiązkami?!
- Ani jedno ani drugie – mruknął.
- To co ci strzeliło do głowy? Dlaczego?
- Bo to, co się wydarzyło wczoraj, uświadomiło mi, że przynoszę wstyd własnemu synowi i tobie. Miałaś rację. Jestem idiotą...
„Co on pieprzy?”, przeszło Harry’emu przez myśl.
- Jak wyjdziesz to będziesz idiotą! – warknęła.
Puściła go i zaczęła okładać go pięściami po klatce piersiowej. Strząsnął jej ręce i wyszedł do salonu. W ostatniej chwili Harry zobaczył jak tamten porusza ustami, rzucając w Ginny jakieś zaklęcie, a kiedy stał tyłem do niej, uśmiechnął się ironicznie.
- Harry! – zawołała, gdy otworzył wejściowe drzwi i chwycił za rączkę kufra. – Jeśli teraz wyjdziesz, nie będziesz miał po co tu wracać!
Harry, gdy to usłyszał, zamarł na chwilę, pokręcił głową i zrobił kilka kroków, by znaleźć się na ganku. Drzwi były otwarte. Słyszał wszystko wyraźnie i głośno.
- Nie jesteś tchórzem! – wrzasnęła.
Głos łamał się jej po każdym słowie, a łzy płynęły małymi strumyczkami po jej policzkach. Harry chciał chwycić ją w ramiona i przytulić, jednak teraz miał inne sprawy na głowie – musi wykryć, kim jest jego sobowtór i czego od nich chce.
- Odchodząc od nas udowodnisz wszystkim, że boisz się odpowiedzialności, a wcale tak nie jest! – krzyknęła Ginny. – To ty pokonałeś... V-voldemorta, to dzięki tobie Malfoy, Lestrange i śmierciożercy są w Azkabanie, to dzięki tobie żyję ja! A James? Czy James nic dla ciebie nie znaczy?
Harry poczuł gulę w gardle. Jak mogła to powiedzieć? Oddałby życie za nią i za Jamesa. I wtedy do niego dotarło. A więc tego chciał tamten. Skłócić ich ze sobą. W takim razie, kim on jest? Komu może na tym zależeć? Miał wrażenie, że wściekłość rozsadzi mu wnętrzności. Odwrócił wzrok od Ginny i spojrzał na sobowtóra, który schodził z ganku.
Rozległ się ostatni krzyk Ginny:
- Złożę pozew o rozwód, bo nie wychodziłam za mąż za tchórza, tylko za wspaniałego człowieka!
Drzwi trzasnęły za nią z hukiem. W pierwszej chwili chciał pobiec za nią, ale po podjeździe szedł ktoś, kto bardziej zasłużył na jego gniew. Wycelował w niego różdżką i mruknął:
- Drętwota!
Rozbłysło czerwone światło i mężczyzna upadł na ziemię nieprzytomny. Harry podbiegł do niego, chwycił za szatę, użył Zaklęcia Swobodnego Zwisu, by przerzucić go przez ramię, i deportował się do ministerstwa.
-------  
Ginny zatrzasnęła drzwi i wbiegła na schody. W progu pokoiku Jamesa stała Molly z niemym pytaniem w oczach.
- Nic nie mów! – warknęła, wyciągając do niej rękę, by powstrzymać ją przed zadaniem pytań, na które nie chciała teraz odpowiadać. – Lepiej będzie, gdy wrócisz do domu. Tata na pewno się martwi.
- Czy to był Harry?
- Mamo, proszę – jęknęła. – Chcę zostać sama z Jamesem – powiedziała stanowczo.
Molly kiwnęła głową. W ciszy obserwowała, jak Ginny wyciąga dziecko z kołyski i siada w fotelu, kołysząc je i tuląc do siebie.
Ginny poczuła dotyk dłoni na głowie, a potem zobaczyła rękę mamy na Jamesie.
- Wszystko będzie dobrze... – szepnęła Molly.
- Idź już – poprosiła Ginny.
- Stworek zostanie z wami...
- Mamo... proszę... nie potrzebuję żadnej opieki...
Kiedy zamknęły się za nią drzwi, załamała się zupełnie.
------  
Harry zaniósł mężczyznę bezpośrednio do Biura Aurorów. Godzina niedługo minie, eliksir wielosokowy przestanie działać i wtedy okaże się, kto to jest. Przekraczając próg sali otoczyła go grupa zaciekawionych współpracowników. W końcu niósł samego siebie, a dzisiaj znowu gazety rozpisywały się na jego temat. Podszedł do niego Paul Laughter.
- Potter? Co ty robisz? Kto to jest?
- Ten człowiek był właśnie w moim domu i, jak widać podszywał się pode mnie. Przez niego Ginny nie chce mnie widzieć, ale to już moja sprawa.
Paul kiwnął głową.
- A to co wydarzyło się wczoraj... – zaczął auror – ta sprawa opisana dzisiaj w „Proroku Codziennym”... to byłeś ty, czy on?
- Niestety ja, ale nie jestem pewny, czy on też nie mieszał w tym palców. Czy mogę skorzystać z twojego gabinetu? Jak zmieni postać i odzyska przytomność, chcę z nim porozmawiać na osobności.
- Jesteś pewien, że chcesz być tam sam?
- Jak będę potrzebował pomocy, to poproszę. I żeby nikt mi nie przeszkadzał – dodał.
Paul kiwnął ponownie głową ze zrozumieniem i dał mu znać gestem, gdzie ma się udać.
Harry wszedł do gabinetu, zatrzaskując za sobą drzwi, aż opadły żaluzje, i zablokował je zaklęciem. Zrzucił mężczyznę na najbliższe krzesło i przywiązał mocno do niego. Przestawił sobie drugie krzesło naprzeciwko i usiadł na nim. Zerknął na zegarek. Godzina minęła i mężczyzna zaczął się zmieniać. Jego włosy skróciły i skręciły się, pozostawiając na głowie afro, ręce i nogi wydłużyły, skóra na twarzy i rękach ściemniała.
Harry poderwał się z miejsca, rozpoznając osobę, z którą nie miał kontaktu od lat – Deana Thomasa.
- Rennervate!
Dean poruszył się i otworzył oczy. Wzrok miał błędny, gdy dostrzegł Harry’ego.
- O, Potter... Cześć. Co słychać? – zapytał ironicznie i zaśmiał się dziko. – Pewnie widziałeś moje przedstawienie, bo nie byłbyś taki wściekły i nie sprowadził mnie tutaj.
Harry nie wiedział co powiedzieć. Poczuł się zbity z tropu na widok Deana. Jego dawny kolega z Gryffindoru i były chłopak Ginny (aż wzdrygnął się na samą myśl) chciał ich skłócić? Spodziewałby się wszystkiego, powrotu śmierciożerców, choć ci od lat byli w Azkabanie, ewentualnie naśladowców, którzy dali o sobie znać kilka miesięcy temu na Nokturnie, ale Dean? Musiał jednak zachować chłodny umysł, po tym, co się wydarzyło.
- Dean... – warknął. – Co cię napadło?
- Nie podobało ci się?
- Nigdy bym się nie spodziewał tego po tobie...
- Nie wiesz, że ludzie się zmieniają?
- Ale nie aż tak...
Harry zamknął oczy. Właśnie uświadomił sobie, że był kiedyś taki człowiek, który zmienił się nie do poznania, a którego wszyscy uważali w Hogwarcie za wspaniałego chłopca, a potem... Ale tak nie może stać się z Deanem! Co prawda po szkole kontakt się urwał, ale myślał, że Dean założył Magiczną Agencję Reklamową i zajął się własną firmą.
Przez te myśli dotarł do niego głos Deana:
- Pewnie zastanawiasz się skąd wziąłem twoje włosy, co? Już ci mówię. Byłem wczoraj w Dziurawym Kotle, kiedy ty zabawiałeś się z innymi, zamiast zajmować się swoją żoną i nowonarodzonym dzieckiem. Brawo, Harry, brawo. Zaklaskałbym, gdybym nie był związany. Kilka sprawnych Imperiusów na niezdającej sobie sprawy Hannie, trochę eliksiru słodkiego snu i zapomnienia wlanego przez nią do butelek z Ognistą Whisky i Cudowny Chłopiec jest na językach wszystkich. I w ten sposób bez problemu wszedłem do pokoju, w którym spałeś i zdobyłem to, co chciałem.
- O co ci chodzi, Dean? – przerwał mu Harry. Ledwo powstrzymywał się przed rzuceniem w niego jakimś zaklęciem.
- Wiesz, obserwowałem was od szkoły... Ciebie i Ginny. Czego to się nie znajdzie w gazetach... Te twoje pożałowania godne sposoby odnalezienia śmierciożerców... Ginny tyle razy była porywana... Przez ciebie! Przez tyle lat małżeństwa, ile spędziliście razem, co? Z pięciu wspólnych lat może uzbiera się kilka miesięcy, prawda?
- Troszczyłem się o nią!
- A powiedziała ci kiedykolwiek, że jest z tobą szczęśliwa? Wspaniały Potter, uratował świat czarodziejów bla, bla, bla, a jeszcze nie tak dawno opisywali twoje miłosne podboje! I to ma być szczęście? Gdyby była ze mną nic by jej się nie działo, wiodłaby normalne życie u mego boku...
Harry nie wytrzymał i kilka iskier wyleciało z jego różdżki.
- Co ty chrzanisz? – warknął.
- Jeśli rzeczywiście dzisiaj widziałeś moje przedstawienie, to pewnie słyszałeś jej krzyki. – Harry przytaknął, zaciskając palce mocniej na różdżce. – Chętnie się z tobą rozwiedzie, a wtedy pojawię się ja.
- Zmusiłeś ją do tego! – wykrzyknął. – Widziałem jak wcześniej rzucałeś na nią jakieś zaklęcie...
- Może tak... a może nie...  Ale popamiętasz moje słowa Potter. Kocham ją i będę o nią walczyć, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu.
- Oszalałeś, Thomas!
- Jeszcze się przekonasz. Nic mnie nie powstrzyma!
Harry machnął różdżką i Dean stracił przytomność.

Godzinę później Harry pojawił się przed furtką w Dolinie Godryka. Jego kufer, zapakowany przez Zgredka nadal stał na podjeździe, tak jak zostawił go Dean. Wciąż i wciąż rozbrzmiewały mu w głowie jego słowa. „Czy kiedykolwiek Ginny powiedziała ci, że jest z tobą szczęśliwa?” „Kocham ją i będę o nią walczyć...”. Ile było w tym prawdy? Miał nadzieję, że to jednak był urok lub błędnie zrobiony eliksir, który Dean wypił przez przypadek. Uzdrowiciele ze Świętego Munga, do którego trafił Dean, zapewnili go, że zostanie o wszystkim poinformowany, gdy tylko czegoś się dowiedzą, albo stan Deana się zmieni.
Zrobił kilka kroków, po drodze zmniejszył kufer i schował go do kieszeni, i wszedł na ganek. Otwierając drzwi i wchodząc do środka czuł się trochę jak intruz. Nie wiedział jak wytłumaczyć Ginny to, co się wydarzyło. Czy mu uwierzy, że wcześniej w domu to nie był on, tylko Dean po wielosokowym?
W domu panowała cisza. W salonie i w kuchni nie było nikogo. Na kanapie nadal leżał „Prorok”. Sięgnął z niechęcią po niego i skrzywił się, gdy przeczytał tytuł i zobaczył ruchomą fotografię. Na zdjęciu Hanna Abbott ciągnęła go wraz z Ronem w stronę schodów prowadzących na górę. Głowa kiwała mu się z boku na bok, co wskazywało na to, że był nieprzytomny. Nie pamiętał tego zdarzenia. Próbował skupić myśli, ale ostatnie co pamiętał, to śmiechy bliźniaków przy kolejnym toaście. Odrzucił gazetę od siebie i powoli wspiął się na górę.
Zajrzał do sypialni. Panował tu półmrok, bo zasłony były zasłonięte i nie przepuszczały słońca. Dostrzegł jednak, że na łóżku leży Ginny i śpi. Westchnął. Naszły go dziwne pytania. Czy Dean kontaktował się z nią przez te lata odkąd ze sobą zerwali? Nawet wtedy, gdy byli już małżeństwem? Czy jest taka możliwość, że nadal coś do niego czuła? I czy rzeczywiście była nieszczęśliwa? Nie chciał w to wierzyć. Nie wszedł jednak głębiej, by się o tym przekonać. Wyjął tylko z kieszeni kufer, postawił go pod ścianą, uprzednio go powiększając i odwrócił się.
Przeszedł z powrotem korytarzem i zatrzymał się przy łóżeczku dziecięcym. James kręcił się w nim i cicho kwilił. Ostrożnie, by nic maleństwu nie zrobić, wsunął ręce pod jego główkę i plecki i podniósł do góry.
Maluch otworzył ślepka i spojrzał na ojca. Mieli jedyną okazję, by być z sobą sam na sam, dopóki Ginny nie wstanie, bo potem może już nie być tak kolorowo.
Harry nie odrywał od malca wzroku, gdy kręcił się w tę i z powrotem po pokoiku. Po kolejnej rundce usiadł w fotelu z małym w ramionach i cicho zaczął mówić do Jamesa.
- Twoja mama powiedziała dzisiaj, że ty nic dla mnie nie znaczysz. Jak mogła w ogóle tak pomyśleć? Przecież mnie zna. Może to efekt zaklęcia, rzuconego przez Deana? Nie wiem. Czyżby już zapomniała, jak cieszyłem się, gdy powiedziała mi, że jest w ciąży? Gdy rosłeś u niej pod sercem, a wczoraj trzymałem cię tak jak teraz? Oddałbym życie za ciebie i twoją mamę. Tak jak zrobili to twoi dziadkowie, ratując mnie. Kiedyś ci o tym opowiem, bo na razie jesteś zbyt malutki, byś mógł to zrozumieć. Dla ciebie teraz najważniejsza jest świeża pielucha, mleko od mamy i bezpieczne ręce, które cię trzymają, prawda? – Przerwał na chwilę, by chwycić małą piąstkę, która dotykała jego twarzy, i przycisnąć do ust. – Nie wiem, czy będę dobrym ojcem, bo ja nie miałem nikogo, a przynajmniej tego nie pamiętam, z kogo mógłbym brać przykład, a wuj Vernon mnie nienawidził. Dopiero, gdy poznałem twojego drugiego dziadka, Artura, poznałem, co to znaczy ojciec. No, może nie tak do końca, ale zrozumiałem, że dobry ojciec to taki, który dba, żeby mama była szczęśliwa i nie denerwowała się na własne dzieci. Czy twoja mama jest szczęśliwa? Codziennie zadaję sobie to pytanie, gdy budzę się u jej boku. A po dzisiejszym dniu... – zawahał się. – Wiem, że czasami nie myślę o konsekwencjach, tak jak wczoraj, i zachowuję się jak kretyn, ale kocham twoją mamę i ciebie...
----- 
Ginny uniosła się na łokciach i zerknęła na stojący na bocznej szafce zegar. Udało jej się przespać dwie godziny, bo ani zaklęcie monitorujące, rzucone na łóżeczko Jamesa, ani żaden ze skrzatów nie powiadomił jej o zagrożeniu. Była więc pewna, że z małym wszystko jest w porządku.
Wstała i zamierzała pójść na chwilę do łazienki, gdy przy ścianie zobaczyła kufer Harry’ego. Cofnęła się zdziwiona, uklękła przy nim i uchyliła wieko. W środku było mnóstwo mugolskich ubrań Harry’ego i czarodziejskich szat. Skąd to się tu wzięło?
- Stworek! – zawołała.
Rozległ się suchy trzask i tuż przy jej nogach pojawił się stary skrzat.
- Tak, pani?
- Co tu robi kufer Harry’ego?
- Nie wiem, pani, ale pan Harry jest w pokoiku dziecięcym.
- Co? – krzyknęła zaskoczona, chwyciła różdżkę i wybiegła z sypialni.
Drzwi były lekko uchylone. Zajrzała tam i zobaczyła Harry’ego siedzącego w fotelu z Jamesem na rękach i całującego małą rączkę. Chwilę potem usłyszała:
- Nie wiem, czy będę dobrym ojcem, bo ja nie miałem nikogo, a przynajmniej tego nie pamiętam, z kogo mógłbym brać przykład...
Oparła się ciężko o najbliższą ścianę i osunęła się po niej na podłogę, w sam raz by usłyszeć:
- ...zrozumiałem, że dobry ojciec to taki, który dba, żeby mama była szczęśliwa i nie denerwowała się na własne dzieci. Czy twoja mama jest ze mną szczęśliwa? Codziennie zadaję sobie to pytanie, gdy rano budzę się u jej boku. A po dzisiejszym dniu... – Przez chwilę nic nie słyszała, oprócz kwilenia Jamesa. – Wiem, że czasami nie myślę o konsekwencjach, tak jak wczoraj, i zachowuję się jak kretyn, ale kocham twoją mamę i ciebie... Nigdy bym was nie opuścił z premedytacją... A jeśli kiedyś przyjdzie taki czas, że będę musiał o was walczyć, to nie cofnę się przed niczym. I nikt i nic nas nie rozdzieli.
Ginny wstała. Ze łzami w oczach otworzyła szerzej drzwi i weszła do środka. Harry podskoczył nieznacznie i podniósł głowę.
- Ginny?
Wyjęła Jamesa z jego rąk i ułożyła z powrotem w łóżeczku.
- To prawda? – spytała, stojąc do niego tyłem i przykrywając małego kocykiem. – Nigdy byś nas nie opuścił? To dlaczego...
Harry wstał i stanął obok.
- Dlaczego chciałem to zrobić jeszcze kilka godzin temu? – dokończył za nią. – Bo to nie byłem ja. Ktoś... – zawahał się, czy powinien jej mówić, kto to był – podszył się pode mnie i chciał nas skłócić.
- Kto to był? – Odwróciła się do niego i skrzyżowała ręce na piersi. – Wiem, że wiesz.
- To był Dean.
- Dean? Dean Thomas? On chciał nas skłócić? Dlaczego?
- Twierdził, że nadal cię kocha...
- Zwariował? Przecież on był... Harry, wybacz, że ujmę to w ten sposób, ale Dean był dla mnie takim „towarem zastępczym” za ciebie... I myślałam, że zrozumiał, gdy zrywaliśmy ze sobą.
- Nie słyszałaś go... Mówił jak szaleniec, któremu zabrano ukochaną. I boję się, że nie odpuści...
Ginny chciała coś jeszcze powiedzieć, ale usłyszeli za drzwiami szybki stukot stóp i do pokoju wpadł Teddy.
- Wujek! Ciocia! Mogę zobaczyć dzidziusia? – krzyknął, wskakując Harry’emu na ręce.
- Ciii – mruknęła Ginny, zasłaniając palcem usta. – James właśnie usnął.
- Jest tutaj – wyszeptał mu Harry do ucha, wychylając Teddy’ego nad łóżeczko.
- To on? Ale glizda...
- Teddy! Jak możesz?!
W progu pojawiła się zdyszana Andromeda.
- No bo on jest taki mały i łysy...

2 komentarze:

  1. " - To on? Ale glizda...
    - Teddy! Jak możesz?!
    W progu pojawiła się zdyszana Andromeda.
    - No bo on jest taki mały i łysy..."
    Rozwaliło mnie to kompletnie :D
    ~Mrs.Potter

    OdpowiedzUsuń
  2. teddy jest super hiper

    OdpowiedzUsuń