niedziela, 24 czerwca 2012

132. Rodzinny powiernik


Ginny odstawiła na stolik pustą butelkę, którą karmiła Jamesa, posadziła synka na biodrze i podeszła do okna. Odchyliła lekko firankę i wyjrzała na placyk przed domem. Pomarańczowe światło ulicznych lamp oświetlało pobliski plac. Listopad się skończył i nadszedł grudzień, przysypując ciemną i brudną ziemię białym śniegiem. W dniu swoich urodzin Teddy wymusił na babci i Harrym zabawę śnieżkami. Nieważne, że śnieg nie nadawał się do ich lepienia i zamieniał się w błoto, nieważne, że Harry był zmęczony po pracy i z chęcią by odpoczął, Teddy nie chciał słyszeć odmowy i tak długo marudził, aż Harry zgodził się na wszystko. W końcu urodziny ma się raz do roku. Ginny miała pograć razem z nimi, ale płacz Jamesa oznajmiający, że jest głodny zabronił jej wyjścia.
Pani Tonks nie brała udziału w zabawie. Twierdziła, że to nie przystoi osobie w jej wieku. Stała tylko z boku, obserwując dziecięce igraszki swojego wnuka ze swoim ojcem chrzestnym, którzy wyglądali jak ojciec i syn, bo Teddy przybrał czarne włosy takie jak Harry.
Rozległ się radosny śmiech Teddy’ego, kiedy Harry, różdżką ukrytą pod kurtką, wyczarował prawdziwy śnieg i sprawił, że z najbliższego drzewa zsunął się świeży puch i spadł za kołnierz kurtki chłopca, który starając się go uniknąć wpadł w pobliską kałużę. Zobaczyła zmarszczoną twarz starszej pani i sama pokręciła niezadowolona głową. Jeszcze Teddy się przeziębi. Będzie musiała zrugać za to Harry’ego, kiedy wrócą. I na dodatek używał różdżki na środku mugolskiego placyku. A gdyby zobaczył to jakiś mugol? Miałby problemy w pracy.
Usłyszała, jak Harry woła Teddy’ego, a po chwili chłopiec przebiegł przez ośnieżony trawnik, wskoczył Harry’emu na ręce i obaj ze śmiechem na ustach wrócili do domu.
Odsunęła się od okna i zeszła na dół. Gdy zamknęły się za nimi wejściowe drzwi zobaczyła biegnącego ku niej Teddy’ego. Był cały mokry i brudny.
- Ciocia, a wujek wyczarował prawdziwy śnieg! Było naprawdę fajnie.
- Teddy – warknęła pani Tonks, która weszła za nim – marsz na górę się przebrać! Zaraz podam ci eliksir pieprzowy, żebyś się nie przeziębił.
Włoski chłopca zmieniły kolor na czerwony, kiedy jęknął i wbiegł na górę, a za nim powolnym krokiem weszła jego babcia.
Ginny jedną ręką przycisnęła Jamesa bardziej do ramienia, a drugą dłoń oparła o biodro i spojrzała ostro na Harry’ego, po czym zeszła na dół do kuchni, a Harry podążył za nią. Dopiero na dole, poza zasięgiem słuchu reszty domowników i ułożeniu Jamesa w kojcu, odwróciła się do męża, kładąc tym razem obie dłonie na biodrach.
- Mam nadzieję, że nie było tam żadnego mugola – syknęła.
- To była tylko zabawa, Ginny – zaczął się tłumaczyć.
- A pomyślałeś, choć chwilę, że ktoś może obserwować nasz dom? Sam mi mówiłeś, że śmierciożercy dowiedzieli się kilka lat temu, gdy ministerstwo było pod ich panowaniem, że odziedziczyłeś ten dom po Syriuszu. Zapomniałeś?
- Nie, Ginny, nie zapomniałem – mruknął. – Ale to było kilka lat temu, jak sama przed chwilą zauważyłaś. Więc moim zdaniem nie ma obaw...
- Nie ma obaw? – powtórzyła sarkastycznie. – W porządku, nie będę się tym przejmować, ale chciałabym ci przypomnieć, że wraz z tobą w tym domu mieszkam ja, starsza pani i dwoje dzieci, choć czasami mam wrażenie, że ty, przebywając z Teddym, jesteś trzeci.
- Ginny, tym sposobem mam oko na Teddy’ego.
- I musisz się zniżać do jego poziomu?
Podszedł do niej bliżej i wsunął swoje ręce pod jej ramionami, obejmując ją.
- To pozwala mi się odprężyć – szepnął.
Ginny opuściła ręce.
- A co jeśli tamci w jakiś sposób połączą wszystkie kawałki układanki i dotrą do nas? A ci wszyscy ludzie, którzy tu pracowali, zanim się przeprowadziliśmy? Skąd możesz wiedzieć, że któryś z nich nie współpracuje z... – urwała, gdy zaczął kręcić głową. – No co?
- Wszyscy byli sprawdzeni wcześniej przeze mnie i Kingsleya, a po zakończonej robocie zmieniliśmy im pamięć, więc nikt obcy nie wie o tym domu.
- To jak wyjaśnisz list od Deana?
- Nie potrafię – przyznał. – Ale to był tylko list, nic więcej.
Ginny oparła głowę o jego ramię. Tylko list? Westchnęła smutno. Harry przygarnął ją do siebie, wyczuwając jej napięcie.
- Skarbie, co się dzieje? – zapytał, całując ją w czubek głowy. – Czy dzisiaj wydarzyło się coś, co cię zaniepokoiło?  Ktoś się kręcił koło domu?
Potrząsnęła głową.
- To co się dzieje?
- Po prostu się martwię – szepnęła. – Wiesz, że ten tylko list – zaakcentowała dwa ostatnie słowa – nie daje mi spokoju od kilku tygodni. A my nadal nie wiemy co dalej. Chciałabym, żeby to wszystko już się wyjaśniło.
- Wiem, skarbie, wiem. Pracuję nad tym.
- Chyba za słabo – syknęła.
Z kojca rozległ się jęk a potem płacz dziecka. Ginny odsunęła się od Harry’ego i wzięła malca na ręce. James marudził jeszcze trochę, ale gdy Harry uśmiechnął się i zagadał do niego, zaczął się śmiać i gaworzyć.
- Nie lubisz, gdy mama i tata gniewają się na siebie i się martwią, co? – zapytał, palcami łaskocząc go po brzuszku.
- Ma swoje zdanie i teraz próbuje ci je przedstawić – powiedziała Ginny. – Tak jak kiedyś, gdy był jeszcze u mnie w brzuchu, pamiętasz?
James zamachał nóżkami i pisnął radośnie, jakby to potwierdzał. Oboje się zaśmiali na tamto wspomnienie.
Nagle do kuchni wbiegł Teddy.
- Wujek! Ciocia! Jestem głodny!
Oboje odwrócili się do niego. Harry odsunął najbliższe krzesło i sam usiadł na nim, wskazując drugie krzesło obok siebie.
- To siadaj tutaj, zaraz będzie kolacja i niespodzianka.
Zgredek podał gulasz, a pani Tonks wniosła wspaniały tort i wkrótce słychać było wesołe szczebiotanie Teddy’ego, który opowiadał o całym dniu, zagłuszając trzaskanie ognia w kominku i brzęk sztućców.
-------
Harry potarł oczy pod okularami i odłożył na biurko list od Parvati. Kilka dni wcześniej wysłał do niej prośbę, a raczej pytanie, czy zna ostatnie miejsce pobytu Deana Thomasa. Jak dobrze pamiętał byli parą jeszcze przed zakończeniem Hogwartu, więc takie pytanie uważał za naturalne. Niestety dziewczyna odpisała dość ostro, że nie chce słyszeć o Thomasie i żeby więcej do niej nie pisał na ten temat. Całość listu była napisana w tak ostrym tonie, że Harry dziękował w duchu Merlinowi, że nie przysłała mu wyjca. Wolał nie mieć spopielonych dokumentów przez jej list. Jedyne co dało się wyczuć między wierszami, po przeczytaniu, to to, że ona i Dean pokłócili się kilka miesięcy temu i od tamtej pory go nie widziała.
Odchylił się na krześle w sam raz, by zobaczyć, jak na stercie papierów na jego biurku, obok rodzinnego zdjęcia ląduje ministerialny samolocik. Stuknął w niego różdżką i przed nim ukazała się krótka notka od pracownika Urzędu Łączności z Mugolami.

Proszę o szybki kontakt.
Sprawa pilna.
Dziękuję.
John Drew.

Nigdy nie dostawał wiadomości z tego działu. Ostatni kontakt z mugolami miał wiele lat temu, gdy żegnał się z Dursleyami przed... Pokręcił głową. To nie jest czas na wspominki.
Poderwał się z miejsca i ruszył do wyjścia. W drzwiach wpadł na Percy’ego. Mężczyzna był rozkojarzony i unikał wzroku Harry’ego.
- Cześć Percy. Stało się coś? – zapytał szwagra.
- Nie... Tak... Nic poważnego, ale muszę znaleźć ojca – jąkał się Percy. – Widziałeś go może?
- Pewnie jest u siebie, w drugim skrzydle.
- Och, no tak – mruknął. – A czy ty i Ginny będziecie dziś w domu wieczorem?
- Taak... – powiedział ostrożnie Harry. – Raczej nie zamierzamy...
- To dobrze – przerwał mu Percy. – Przyjdę do was dzisiaj, dobrze?
- Jasne. Ginny się ucieszy.
- To do zobaczenia.
Wyminął Harry’ego i odszedł.
Harry patrzył za szwagrem. Nigdy nie widział, by Percy się jąkał, a na dodatek by zachowywał się tak dziwnie, jak teraz. Zanotował sobie w myślach, by wysłać Ginny sowę z informacją o wizycie jej brata i ruszył dalej.
Wysiadł z windy na trzecim piętrze ministerstwa gdzie mieścił się Departament Magicznych Wypadków i Katastrof. Kilka osób pokłoniło się mu w geście powitania, kiedy ich mijał, a on odpowiedział im tym samym. Wreszcie dotarł do drzwi, do których była przybita tabliczka z wytłoczonym imieniem i nazwiskiem szefa Urzędu Łączności z Mugolami i zapukał. Usłyszał stanowcze „Proszę!” i wszedł do środka.
Mężczyzna za biurkiem oderwał wzrok od trzymanego w ręku „Proroka Codziennego” i spojrzał na Harry’ego.
- Pan Potter. Cieszę się, że tak szybko pan się zjawił. Proszę usiąść – wskazał krzesło przed biurkiem.
- Dziękuję, ale mam pilne sprawy...
- Jak najbardziej pana rozumiem – mruknął tamten, kiwając głową – ale myślę, że to pana zainteresuje.
Harry usiadł na zaoferowanym krześle i skinął głową, pozwalając mężczyźnie na kontynuowanie.
- Wczoraj byliśmy w domu pewnej mugolki.
- Nie rozumiem, co to ma wspólnego ze mną – mruknął Harry.
- Wie pan, że monitorujemy wszystkie miejsca, które mają jakikolwiek związek z czarodziejami? – zapytał Drew, a Harry kiwnął głową. – Ta kobieta mieszka w West Ham, w domu, gdzie kiedyś mieszkała ze swoim bratem, czarodziejem. Ich rodzice nie żyją od kilku lat i też byli mugolami, a ona została tam... – urwał i odchrząknął. – No, ale oddalamy się od głównego tematu. Wczoraj w jej domu ktoś użył zaklęcia oszałamiającego. Jesteśmy przekonani, że to jej brat, który od kilku lat tam nie mieszka, ale nie mogliśmy nic z niej wyciągnąć. Nie chciała z nikim rozmawiać. Przez cały czas powtarzała jedno zdanie: „Chcę rozmawiać z Harrym Potterem... Chcę rozmawiać z Harrym Potterem...”
- Ze mną? – spytał zaskoczony Harry. – Dlaczego? I skąd ta mugolka mnie zna?
- To Diana Thomas. Siostra poszukiwanego przez was Deana Thomasa.
- Co? – Harry poderwał się i stanął przed biurkiem. – Dlaczego nie powiadomiono aurorów?
- Powiadomiliśmy Urząd Niewłaściwego Użycia Czarów – zaoponował Drew. – A powiadamiając pana, traktuję sprawę jako przekazaną do Biura Aurorów. Tu jest jej adres – Drew podał Harry’emu pergamin. – Resztę pozostawiam wam.
------
Ginny zadrżała, gdy biała smuga światła wpadła przez kominek i wylądowała przed nią na podłodze, zmieniając się w jelenia, który przemówił głosem Harry’ego:
- Wrócę późno, ale wieczorem wpadnie do nas Percy.
- Percy? – spytała głośno, marszcząc brwi. – Po co?
James leżący na jej kolanach odwrócił główkę na dźwięk głosu taty i zaczął płakać, gdy jeleń skłonił swój łeb i rozpłynął się.
- To tylko wiadomość od taty – mruknęła do malca. – I będziemy mieli gościa, jednego z twoich wujków, który chyba jeszcze tu nie był – dodała do siebie.
Wstała, kładąc Jamesa na ramieniu i wyszła z pokoju. W salonie zobaczyła panią Tonks, siedzącą w fotelu i czytającą Teddy’emu jakąś książkę.
- Ciocia! – wykrzyknął chłopiec, gdy tylko ją zobaczył. Podskoczył i podbiegł do niej. – Kiedy będzie wujek?
- Wieczorem – odparła. – Ma jakąś pilną sprawę do załatwienia. Pani Andromedo, na kolację ma przyjść jeden z moich starszych braci – oznajmiła. – Właśnie dostałam wiadomość od Harry’ego.
- W porządku.
- Idę powiadomić Zgredka, że będzie nas więcej na kolacji. Nie jestem pewna czy Percy będzie sam, czy z Audrey... – zamyśliła się na chwilę. Dlaczego chce rozmawiać z nimi? Czyżby coś się stało? Wiadomość od Harry’ego tak mało wyjaśniała...
Zeszła do kuchni. Zgredek czyścił garnki i naczynia.
- Czy Zgredek może w czymś pani pomóc, pani Potter? – zapytał, odkładając na miejsce talerz i odwracając się do niej.
- Zgredku, dziś ma przyjść mój brat, Percy... – urwała, bo nagle rozległ się dzwonek do drzwi.
James rozpłakał się, a skrzat zniknął z cichym pyknięciem. Usiadła na najbliższym krześle, tuląc do siebie synka i próbując go uspokoić. Wkrótce usłyszała kroki na schodach i zaraz potem do kuchni wszedł wysoki rudowłosy mężczyzna prowadzony przez Zgredka.
- Percy! – wykrzyknęła. – Nie spodziewałam się ciebie tak wcześnie!
- Witaj siostrzyczko – przywitał się, podchodząc do niej i całując ją w policzek. – Przepraszam, że przyszedłem teraz, ale wieczorem idę jeszcze do rodziców na kolację, więc...
- Do rodziców? Percy, czy coś się stało?
Zgredek postawił na stole ciasteczka i kubki z herbatą, po czym zniknął. Percy usiadł naprzeciwko Ginny, milcząc. Miała wrażenie, że brat ocenia pomieszczenie, gdy rozglądał się wokoło.
- To dom śmierciożerców? – wypalił w końcu.
- To stary dom Blacków. Popierali Sam-Wiesz-Kogo i byli maniakami czystości krwi, ale nie byli śmierciożercami. Harry odziedziczył go po Syriuszu... Myślałam, że o tym wiesz... – szepnęła. – Kiedyś była tu Kwatera Zakonu Feniksa...
- Och... No tak, pamiętam.
Zamilkł. Ginny wstała i położyła śpiącego Jamesa do kojca. Wróciła na swoje miejsce i przyjrzała się bratu. Bawił się swoim kubkiem z herbatą, bezmyślnie przesuwając go po stole w tę i z powrotem, palcem obrysowując jego krawędź. Zawsze uważała go za sztywniaka aż za bardzo trzymającego się reguł i regulaminów, ale teraz widziała w nim zwykłego człowieka z niepokojem na twarzy, gdy obserwował ją i Jamesa.
- Percy, widzę, że coś ukrywasz – powiedziała.
- Nie... – wymamrotał, opuszczając głowę tak nisko, że czołem dotykał blatu. – Choć nie wiem, jak na to zareaguje mama – mruknął stłumionym głosem.
- Mama? Percy, o co chodzi? – zapytała.
Czekała cierpliwie, aż zbierze się w sobie i powie, co mu leży na sercu. Mężczyzna potrząsnął głową.
- Właściwie... – zaczął. – Niech to szlag! – Przeklął głośno i uderzył pięścią w stół.
Ginny zszokowała reakcja brata. Nigdy nie słyszała, by przeklinał.
- Wiesz, że mama nie aprobuje wspólnego mieszkania przed ślubem, prawda? – zapytał, nie oczekując odpowiedzi. – Ja i Audrey zamieszkaliśmy jednak razem, wbrew protestom rodziców i teraz... ponoszę... Oboje ponosimy konsekwencje tej decyzji.
Ginny wciągnęła powietrze zaskoczona. To chyba pierwszy raz, gdy Percy tak się zachował, nie stosując się do zasad ustalonych przez ich rodziców. I domyśliła się od razu, o jakich konsekwencjach może mówić.
- Audrey jest w ciąży – wyznał. – Rozmawiałem z jej rodzicami i ledwo uniknąłem kilku klątw posłanych przez jej ojca. Nic dziwnego, gdyby to była moja córka...  w dodatku jedynaczka... też wyzwałbym swojego przyszłego zięcia od najgorszych – westchnął.
- To co zamierzacie?
- Jej rodzice oczekują od nas szybkiego ślubu. Myślimy o najbliższych świętach.
- To przecież za trzy tygodnie!
- Wiem. Tak naprawdę ożeniłbym się z Audrey choćby jutro, ale wiesz, że mama by tego nie zniosła. Lubi mieć wszystko zaplanowane.
Ginny kiwnęła głową.
- Pamiętam – mruknęła, wspominając przygotowania do wszystkich poprzednich ślubów w rodzinie. – Rozumiem, że dzisiejsza kolacja z rodzicami, to pretekst, by jej o tym powiedzieć?
- Tak – przyznał. – I cholernie się boję. Ojciec już o tym wie i ma ją przygotować na to, co powiem.
- A dlaczego przyszedłeś z tym do mnie? A nie, na przykład, do Billa? Jest przecież ode mnie starszy...
- Nie wiem. Może chodziło mi bardziej o Audrey. Jest przerażona wielością członków naszej rodziny. Ona zawsze była sama. Zresztą pamiętasz ją, gdy przyszliśmy do was po narodzinach twojego synka, kilka miesięcy temu. Bała się zostać choć na chwilę beze mnie. Ale ciebie bardzo polubiła. „Masz wspaniałą siostrę”, tak mi powiedziała, gdy wróciliśmy do domu. Potrzebuje teraz wsparcia i pomyślałem, że jej w tym pomożesz.
Ginny westchnęła i ujęła jego dłonie.
- Postaram się.
Percy odetchnął. Wziął jedną z jej dłoni i pocałował.
- Dziękuję, Ginny.
Nagle na schodach rozległy się kroki i do środka weszła Hermiona. Miała czerwone oczy od płaczu i była cała roztrzęsiona.
- Ginny – zaszlochała.
Ginny wstała i podeszła do przyjaciółki. Percy też się podniósł, tłumacząc się przygotowaniami do kolacji, pożegnał się z obiema kobietami i wyszedł.
Ginny objęła Hermionę i podprowadziła do stołu.
- Co się stało? Znowu pokłóciłaś się z Ronem?
Hermiona potrząsnęła głową.
- To co się stało?
Przyjrzała się jej uważniej. Hermiona płakała, ale jej twarz nie wyrażała smutku, raczej lęk, a na jej ustach błądził delikatny uśmiech.
- Jestem w ciąży – szepnęła Hermiona, podnosząc na nią wzrok.
Ginny odrzuciła głowę do tyłu i zaczęła się śmiać. Najpierw Percy to znaczy Audrey, teraz Hermiona. Jeszcze się okaże, że ona sama jest w ciąży, co jest wielce prawdopodobne, bo od kilku dni odczuwała niepohamowany głód i coraz częściej chodziła do łazienki. Obiecała sobie w myślach, że jutro zrobi sobie test.
- To wcale nie jest śmieszne – zauważyła niezadowolona Hermiona. – Nie jestem pewna czyje to dziecko...
Ginny przestała się śmiać i zakryła usta dłonią.
- Jak to?... O mój Boże! – wykrzyknęła, gdy zrozumiała. – Byłaś u uzdrowiciela?
- Jeszcze nie. Zrobiłam tylko domowy test...
- W takim razie pójdziemy do niego razem. Jutro mam wyznaczoną kolejną wizytę kontrolną Jamesa, więc przy okazji możesz dać się zbadać. Ja może też to zrobię, bo jestem ostatnio jakaś zmęczona...

4 komentarze:

  1. Omg super rozdział. Mam nadzieje ze to dziecko Rona.

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział jest super! Tyle się dzieje xD Ale jest Super!! :***

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniale, jak zawsze....^ ^
    Mam nadzieję, że to dziecko Rona xd

    OdpowiedzUsuń
  4. Oby to było dziecko Wiktora Kruma.

    OdpowiedzUsuń