niedziela, 17 czerwca 2012

74. "Słomiany wdowiec"


Było późne popołudnie, gdy Harry dotarł do domu. Odblokował zaklęcia zabezpieczające i ochronne, rozejrzał się po okolicy, a gdy był już pewny, że nic mu nie grozi, wszedł do środka. Powitała go cisza i pustka. „Kiedy przywita go tutaj radosny głos?”, pomyślał i natychmiast w odpowiedzi zabrzmiał cichy głos w jego głowie: „Jeszcze przynajmniej kilka miesięcy”.
Wszedł do salonu i podszedł do kominka, wyciągając różdżkę.
- Incendio! – mruknął i w kominku zapłonął wesoło ogień.
Chociaż był zmęczony, nie myślał jeszcze o pójściu do łóżka. Usiadł na sofie i wpatrzył się w zdjęcia ustawione na gzymsie. Nie było tam już zdjęć jego rodziców. Od kilku miesięcy stały inne: Ginny w białej sukni, a obok niej on w szacie wyjściowej – pamiątka z ich ślubu. To miał być szczęśliwy dzień, a zamienił się w koszmar. Zakończył się przecież ich ucieczką i śmiercią Colina.
Podniósł głowę wyżej i spojrzał na zegar. Przyzwyczaił się do tego ustawienia wskazówek: jego na domu, a Ginny na szkole. „Mam dość tajemnic, strachu, samotności...” Słowa Ginny, tak pełne bólu i smutku powróciły do niego, gdy patrzył na zegar. Rozumiał jej uczucia. Ile razy on też miał tego dość?
Nadal słyszał jej głos z dzisiejszego dnia: „Pojawiasz się na kilka godzin... a potem zostawiasz, prawiąc mi kazania o ostrożności!” Miała rację, mówiąc mu te słowa. Wtedy przekonał się, że prawda boli. Tak, to bolało, ale on zasłużył na jej złość. Za dużo mówił jej o bezpieczeństwie, a tak mało mówił, że jest dla niego najważniejsza, że ją kocha...
Wyciągnął z kieszeni lusterko, które otrzymał od Aberfortha. Kilka razy obrócił je w ręku, przyglądając się swojemu odbiciu. Czy będzie mógł w nim zobaczyć ją? To prawda, że wiedział gdzie jest drugie takie lusterko, ale czy zadziała? Przecież po śmierci Syriusza je rozbił. Jego kawałki leżą teraz na dnie jego kufra.
Zerwał się z kanapy i pobiegł na górę. Całkowicie odechciało mu się spać. Stanął na podeście górnego piętra z podniesioną różdżką i mruknął: „descendo”. W suficie pojawiło się tajne wejście na strych, z którego opuściły się drewniane schody. Wspiął się po nich na górę i zapalił różdżkę.
Jego szkolny kufer stał pod ścianą. Od powrotu z Hogwartu pół roku temu, nie zaglądał do niego, więc obawiał się, co może tam zobaczyć. Otworzył wieko i zajrzał do środka. Pełno było w nim śmieci i starych wydań „Proroka”, które uzbierały się przez te wszystkie lata.
Uklęknął na podłodze i po wyciągnięciu sterty gazet, zanurzył rękę w śmieciach. Natychmiast ją jednak wyciągnął, głośno przeklinając. Ze środkowego palca sączyła się krew. Czemu nie użył zaklęcia przywołującego? Byłoby prościej. Ale nie. Musiał sprawdzić, czy jest jeszcze po co, pomyślał sarkastycznie. Dotknął różdżką palca, aby zatamować krwawienie, a potem zajrzał z powrotem do środka. Na wierzchu, oprócz starych skarpetek, wysuszonych składników do eliksirów i połamanych przyrządów leżały dwa kawałki szkiełka. Jeden większy, drugi mniejszy. Sięgnął po nie ręką. Były niewielkie, dwucalowe z poszarpanymi brzegami. Wycelował różdżką w leżące na dłoni szczątki lusterka i mruknął:
- Reparo.
Większy fragment połączył się z drugim. Obrócił lusterko kilka razy w palcach, jednak po chwili znowu przełamało się na dwoje. Przesunął palcem po wyszczerbionych krawędziach. Nie pasowały do siebie, bo brakowało niewielkiej cząstki, z której pozostał tylko gruboziarnisty piasek na dnie kufra. Przydałby mu się ktoś, kto byłby w stanie to naprawić, a potem pomógł mu je sprawdzić. I wtedy wpadł na pewien pomysł. Ron. W najbliższej przyszłości poprosi go o pomoc. Pracuje przecież u bliźniaków. Może znajdą na to jakiś sposób. A potem będzie mógł kontaktować się z Ginny.
------
Ginny nie pamiętała, jak dotarła z powrotem do zamku i pokoju wspólnego. Wydawało jej się, że słyszała uspokajające słowa Harry’ego, a potem jego rozmowę z Jill, gdy odprowadził ją do Trzech Mioteł. Cała droga, od wioski do głównego wejścia do szkoły, była pasmem potknięć o wystające kamienie, poślizgnięć na rozmoczonej przez deszcz ścieżce i dziwnych komentarzy Jill, która ją prowadziła. Wnioski, do jakich doszła poprzedniej nocy, spełniły się. Harry’ego od jutra tu nie będzie. Ten weekend to był dla nich dar od losu. I choć nie spędzili ze sobą zbyt dużo czasu, to były to najwspanialsze dwa dni. Miała też wyrzuty sumienia. Nie powinna wylewać swoich żalów na ludzi, którzy są jej najbliżsi. Harry nie zasłużył na to, jak go potraktowała i na jej krzyk. Przecież to nie jest jego wina.
Kolejne dni i tygodnie nie obfitowały w wydarzenia, choć co jakiś czas czytała o niepokojących atakach na niewinnych mugoli i czarodziejów, którzy starali się ochronić swoich sąsiadów. Za mgłą roztaczaną przez dementorów, niczym echo, pojawiali się śmierciożercy.
Każdego dnia z niepokojem wyczekiwała wieści i odnajdywała fragmenty, w których pojawiał się Harry. Cieszyła się, że nie jest w centrum wydarzeń, choć był jednym z aurorów, którzy starali się opanować wzrastającą panikę wśród czarodziejów.
Wierzyła, że kiedyś przyjdą dla nich lepsze dni. „Musimy być silni, przetrwamy”, ostatnie słowa Harry’ego, które pamiętała z tamtego dnia w Hogsmeade, często do niej wracały i powtarzała je sobie za każdym razem, gdy traciła nadzieję.

Zima tego roku nadeszła dość wcześnie i wszystko wokół zmieniło kolor z brudnego błota na biel śniegu. Ginny teraz często chodziła po błoniach, które pokryły się białym puchem. Czasami dołączała do niej Jill, czasami Luna, ale najbardziej lubiła być wtedy sama. Mogła wtedy pomyśleć, powspominać. Niekiedy spotykała Hagrida i razem wracali myślami do starych czasów. Pewnego dnia, podczas jednego z takich spacerów, Hagrid zaprosił ją do siebie. Przez jedną, krótką chwilę chciała mu odmówić. Jednak, gdy Kieł polizał ją po dłoni, jakby też ją prosił, uśmiechnęła się, kiwając głową i weszła do środka.
Ciepło bijące z rozpalonego ognia w kominku cudownie ją rozgrzało. Hagrid powiesił czajnik nad ogniem i usiadł za stołem. Ginny opadła na wielki fotel, a Kieł ułożył się przy jej nogach, kładąc łeb na kolanach. Podrapała go odruchowo za uchem.
Hagrid uśmiechnął się.
- Harry też nie mógł się uwolnić od niego. – Wskazał głową na swojego psa i westchnął. – Strasznie pusto się tu zrobiło w tym roku, co nie?
- Myślałam, że tylko ja to tak odczuwam – powiedziała Ginny, spoglądając na brodatą twarz półolbrzyma. Nie przeszkadzało jej, że Hagrid wspomina Harry’ego.
- Nie tylko ty. Od dawna nie miałem odwiedzin. Tylko ich trójka lubiła do mnie przychodzić. Kiedyś przychodził twój brat Charlie, gdy się uczył i opowiadał o swoich marzeniach i przyszłej pracy wśród smoków. A teraz? Nikt.
- A ja to co? Sklątka? – zaprotestowała.
Hagrid spojrzał na nią zaskoczony, a potem głośno się roześmiał.
- Masz rację, ale przesadziłaś z tą sklątką, choć to bardzo milusie zwierzątka.
Ginny parsknęła śmiechem, gdy zobaczyła poważną minę Hagrida.
- Chyba żartujesz.
Hagrid pokręcił przecząco głową.
-----
Na początku grudnia Harry’ego obudziło czyjeś natarczywe pukanie do drzwi. Nie. To nie było tylko pukanie. Ktoś zwyczajnie walił w drzwi. Wyskoczył z łóżka, jak oparzony, obawiając się najgorszego. Był wściekły i zmęczony, bo z ostatniej akcji wrócił dopiero nad ranem. Założył okulary i chwycił różdżkę. Zbiegł po schodach, przeskakując po dwa stopnie. Po drodze uświadomił sobie, że śmierciożercy nie waliliby w drzwi, tylko po prostu by je rozwalili i wpadli do środka. Kto, więc do cholery wpadałby w odwiedziny o tak wczesnej porze?!
Otworzył z rozmachem drzwi i jego oczom ukazały się dwie osoby, których w tej chwili najmniej się spodziewał.
- Hermiona? Ron? Co wy tu robicie? – spytał, wyglądając na zewnątrz. Było zimno i sypał śnieg, ale w okolicy nie dostrzegł nic podejrzanego – z całą pewnością byli sami.
- No wiesz? Tak witasz przyjaciół? – zapytał Ron. – Możemy wejść? Te twoje zabezpieczenia wystarczająco nas sprawdziły.
- Ależ oczywiście.
Harry odsunął się, nadal zaskoczony. Ron wszedł pierwszy, a Hermiona zatrzymała się w progu, obserwując go badawczym wzrokiem.
- Czy coś się stało, Hermiono? Czy coś jest ze mną nie tak?
Hermiona pokręciła głową, nieco rozbawiona. Harry spojrzał na siebie i zrozumiał. Był w samych bokserkach i z różdżką w ręku. Nic dziwnego, że tak zareagowała. W takim stroju chciał rzucić się na śmierciożerców?
- Przepraszam, nie spodziewałem się nikogo – mruknął, zamykając drzwi. – Co was do mnie sprowadza?
- Po prostu wpraszamy się do ciebie – powiedział Ron, który już siedział w salonie. – Nie odzywasz się, więc postanowiliśmy, że sami do ciebie wpadniemy.
- Dzięki, ale ja... – urwał i krzyknął: – Hermiono, co ty robisz? – bo Hermiona już weszła do kuchni.
Wszędzie, gdzie tylko się dało stały brudne talerze i kubki. Harry od dawna nie miał czasu żeby posprzątać, bo za każdym razem, gdy przebywał tutaj, zdążał wypijać kilka łyków herbaty, coś przegryźć i wracał z powrotem do pracy.
- Tak, jak myślałam, a Ginny miała rację – westchnęła, wyciągając różdżkę.
- Co? – Harry był w szoku.
- Ech, wy mężczyźni... – Hermiona pokręciła głową z dezaprobatą – zostawić was samych w domu...
- Nie musisz za mnie sprzątać, Hermiono – zaprotestował, gdy zrozumiał, co ona zamierza zrobić – miałem się tym zająć później...
- Kiedy? Za rok? Gdy w końcu pozbędziesz się wszystkich śmierciożerców? idź się ubrać, a potem pogadamy.
Harry odwrócił się od niej i spojrzał na Rona. Ten tylko wzruszył ramionami w odpowiedzi.  Kątem oka dostrzegł jeszcze, że Hermiona machnęła kilka razy różdżką w różne strony i naczynia same zaczęły się zmywać, a szczotka zaczęła zamiatać pomieszczenie.
Wbiegł na górę, wciągnął dżinsy i sweter i kilka minut później wrócił z powrotem.
- Z czym Ginny miała rację i skąd o tym wiesz? – zapytał, gdy Hermiona wyszła z kuchni i usiadła obok Rona na kanapie.
- Myślisz, że tylko ty z nią korespondujesz? Przed waszym ślubem Ginny poprosiła mnie, żebym miała na ciebie oko i informowała ją o wszystkim, co się u ciebie dzieje. A ponieważ czyta „Proroka”, wie, że jesteś zbyt zajęty i nie masz czasu zająć się domem, więc poprosiła mnie o to.
- A więc spiskujecie za moimi plecami, tak? – spytał rozbawiony, jednocześnie czując ciepło w okolicy serca. Ginny martwiła się o niego.
- Za dobrze cię znamy – mruknęła Hermiona, przewracając oczami. – Kiedy ostatnio coś jadłeś?
- Wczoraj na mieście.
- Czyli nic konkretnego – stwierdziła Hermiona, kręcąc głową. – Tak, jak myślałyśmy. Mam tu coś od Molly. Wystarczy tylko podgrzać.
Sięgnęła do małej torebki i wyciągnęła z niej kociołek i półmiski i postawiła na stoliku.
Harry przyglądał się temu całkiem zaskoczony. Nie mógł wykrztusić z siebie słowa.
- Hermiono, przestań – powiedział Ron. – Zachowujesz się jak moja matka. Harry jest dorosły, nie musisz go dokarmiać.
- Wami trzeba się zajmować - powiedziała stanowczo.
- C-co to jest? – zdołał wydusić w końcu Harry.
- Obiad, który zaraz zjemy.

Godzinę później, po obiedzie, Harry i Ron wrócili do salonu. Harry podszedł do kominka i spojrzał na przyjaciela. Chciał wykorzystać moment, że Hermiona jest zajęta.
- Mam do ciebie prośbę, tylko nie zdradź mnie przed Hermioną, bo jak ją znam będzie chciała powiedzieć o tym twojej siostrze, a mojej żonie.
- Jasne. O co chodzi?
Harry machnął różdżką. Chwilę później z górnego piętra przyleciały do niego dwa lusterka, które ułożyły się na jego dłoni. Jedno całe, a drugie połamane, z poszarpanymi brzegami.
- To są lusterka dwukierunkowe. Kilka lat temu dostałem je od Syriusza i chcę je teraz sprawdzić i wykorzystać. Niestety jedno jest rozbite na kawałki.
- Słyszałem o nich. To rzadkość.
Wziął od Harry’ego dwa kawałki i przyjrzał się im dokładniej.
- Mógłbyś spytać Freda i George’a, czy da się coś z tym zrobić? – spytał Harry.
- Nie ma sprawy – powiedział Ron. – Chcesz mieć bezpieczny kontakt z Ginny, co?
Harry zerknął w swój fragment, pragnąc zobaczyć zamiast własnej twarzy, jej promienny uśmiech.
- Tak – mruknął.
- Fajna rzecz – powiedział Ron, chowając połamane lusterko do kieszeni. – Szkoda, że nie mieliśmy tego w szkole.
- Mój ojciec i Syriusz korzystali z tego, gdy mieli oddzielne szlabany. 
W tej samej chwili usłyszeli jakiś hałas na zewnątrz, a potem w kuchni. Spojrzeli na siebie przerażeni. Harry wepchnął całe lusterko do kieszeni spodni, wyciągnął różdżkę i wbiegł za Ronem do kuchni. Na podłodze leżały rozbite talerze.
- Hermiono, co się stało?
- Nie jestem pewna. Wydawało mi się...
Nagle usłyszeli łomotanie do drzwi. Wszyscy troje odwrócili się w tamtą stronę. Harry wyszedł do salonu i podszedł bliżej, celując różdżką w drzwi.
- Kto tam?
- Remus John Lupin. Były nauczyciel Obrony przed Czarną Magią w Hogwarcie. Jestem wilkołakiem i mężem Nimfadory Tonks. I tylko ty wiesz, że to ja odbudowałem ten dom kilka lat temu.
- To Lupin – mruknął Harry do stojącego w pewnej odległości Rona, otwierając drzwi.
Remus wszedł do środka. Ubrany był w ciężki płaszcz podróżny, a we włosach błyszczały krople roztopionego śniegu. Z jego oczu promieniowała radość.
- Jestem także ojcem! – krzyknął, gdy Harry zamknął drzwi.
- Co? – spytali jednocześnie Ron i Harry.
- Tonks urodziła? – zawtórowała Hermiona, wyglądając z kuchni.
- Tak – odparł Lupin, wyraźnie szczęśliwy. – To chłopiec. Dora uparła się, żeby dać mu imię Ted, po jej ojcu, a ja się zgodziłem.
- To wspaniale!
- Gratulacje!
Wszyscy troje rzucili się na Lupina z gratulacjami. 
- Nie mogę zostać, muszę powiadomić innych – powiedział, gdy Ron przyniósł butelkę wina, które znalazł w spiżarce. – Przyszedłem tylko to powiedzieć i poprosić cię o jedno, Harry – głos byłego profesora był poważny, gdy zwrócił się do niego – zgodzisz się być ojcem chrzestnym?
- J-ja? – wyjąkał Harry. – Dlaczego?
- Potrzebuję kogoś, kto by się nim zajął, gdyby coś się nam stało.
- O czym ty mówisz? Czy jest coś o czym nie wiemy?
Lupin zawahał się chwilę.
- Wilkołaki gromadzą się w lasach na północy, pod wodzą Greybacka. Coś planują. Obawiam się najgorszego.
Usiadł na najbliższym fotelu z opuszczoną głową.
- Chyba nie zamierzasz się przyłączyć? Nie zostawisz teraz swojego dziecka, prawda?
- Nie. – Lupin pokręcił przecząco głową. – Choć wiem, że gdybym tam poszedł, może dowiedziałbym się o co chodzi...
- Nie powinieneś... – wyszeptała Hermiona. – Tonks... Dora i Ted potrzebują cię. Potrzebują ojca i męża.
- Wiem, Hermiono. – Podniósł głowę i popatrzył po kolei po wszystkich, zatrzymując wzrok na Harrym. – Ale Greyback mnie zna i jeśli wie, że mam rodzinę, to... to oni... – urwał i schował twarz w dłoniach.
Potworność niewypowiedzianych słów zmroziła serce Harry’ego. Wiedział, co Lupin chciał powiedzieć, za bardzo przypominało mu to jego własną sytuację.
- Oczywiście – powiedział stanowczo. – Możesz na mnie liczyć.
- Dziękuję.  – Lupin wstał i podał mu rękę. – Za kilka dni postaram się przynieść wam trochę zdjęć.
Owinął się szczelnie peleryną, pożegnał się z nimi i wyszedł w ciemność.

6 komentarzy:

  1. Super Blog+Super Pomysł+Super Ortografia=Blog Idealny

    OdpowiedzUsuń
  2. taak zgadzam sie!

    OdpowiedzUsuń
  3. To o bokserkach mnie rozwaliło

    OdpowiedzUsuń
  4. najlepszy rozdział ever !!! i blog też jest najlepszy ale rozdział czytam juz jakis 5 raz :D

    OdpowiedzUsuń
  5. najlepszy rozdział ever !!! i blog też jest najlepszy ale rozdział czytam juz jakis 5 raz :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Bokserki i rużczka rządzą

    OdpowiedzUsuń