czwartek, 14 czerwca 2012

41. Powrót do przeszłości?


Wracając od McGonagall ani Harry, ani Ginny nie wymienili ze sobą żadnego słowa. Szli cały czas w ciszy zatopieni każdy we własnych myślach, ale Harry miał wrażenie, że myślą o tym samym, tylko nie chcieli wypowiadać swoich lęków na głos. Ginny trzymała go za rękę i co chwila ściskała ją, jakby chciała sprawdzić, czy on cały czas przy niej jest.
Dochodząc do Izby Pamięci zauważyli, że Jill stoi w wejściu do komnaty i czeka na nich.
- Gdzie jest Filch? – spytała Ginny, rozglądając się po pomieszczeniu.
- Poszedł sobie już dawno – odparła Jill. – Dał mi kilka starych pucharów do wyczyszczenia, marudząc przy tym, że musi mnie pilnować. Pół godziny później usłyszałam jakiś hałas na górze i on pobiegł sprawdzić co się stało, wykrzykując przy tym różne obelgi pod adresem Irytka. Wykorzystałam to, że go nie ma i użyłam różdżki, żeby oczyścić pozostałe puchary. A potem z nudów zaczęłam przyglądać się tym wszystkim odznakom. – Westchnęła. – Cieszę się, że już jesteście. Bałam się stąd ruszyć, bo kilka razy przechodził tędy Krwawy Baron.
- I Filch zostawił ciebie samą? – Harry nie mógł ukryć złości, spoglądając na zegarek. – Powinien być z tobą aż ja przyjdę! Przecież żaden uczeń nie powinien być sam o tej porze w zamku. Niech tylko McGonagall się dowie... A jakby coś ci się stało?
- Jak widać wszystko z nią w porządku, Harry. – Ginny chwyciła go za rękę, a on spojrzał na nią. Ostatnio tylko ona potrafiła go uspokoić. – To co? Wracamy do wieży? – spytała chwilę później.
- Tak, wracamy – odparł już spokojnie.
W drodze powrotnej Jill próbowała z nich wyciągnąć, co robili u McGonagall, ale oni spojrzeli tylko na siebie i nabrali wody w usta. Nie chcieli nikomu o tym mówić. Czuli, że to, co powiedziała im McGonagall było przeznaczone tylko dla ich uszu.
Następnego dnia Harry siedział w Wielkiej Sali na śniadaniu i wyczekiwał na poranną pocztę. Zastanawiał się ile jeszcze będzie czekał na dobre wiadomości. Jednak sowa z „Prorokiem” nie przyleciała. Trochę go to zaskoczyło, ale rozglądając się po Wielkiej Sali stwierdził, że nikt go nie dostał. Przy talerzu położył otwarty jeden z tomów Praktycznej Magii Obronnej. Chciał w międzyczasie przygotować się do kolejnej lekcji, ale cały czas brzmiały mu w uszach słowa McGonagall, które wypowiedziała wczoraj.
Potrząsnął głową, spoglądając na otwartą książkę leżącą przed nim, ale nic nie widział. Czyżby miało się wszystko powtórzyć, ale tym razem już bez Voldemorta? Spojrzał na siadających naprzeciwko niego przyjaciół. Ron i Hermiona rozmawiali o czymś głośno, ale Harry nie był pewny o czym. Nie docierało do niego nic, oprócz strasznych myśli. Nie powiedział im jeszcze o tej rozmowie z McGonagall. Chciała zapewnić im ochronę, ale on odrzucił tę propozycję. Teraz nie był już taki pewny jak wczoraj wieczorem. Tak naprawdę to Ginny potrzebuje ochrony, bo jest najbliżej niego. A oni? Co z nimi? Co ma im powiedzieć? Tyle już z nim przeszli, tyle razy byli w niebezpieczeństwie, przez niego, a teraz może się to wszystko powtórzyć.
Po chwili do Wielkiej Sali wbiegła Ginny z pergaminem w ręku i podeszła do nich. Cała się trzęsła.
- Ron... – szepnęła drżącym głosem. – Harry... stało się...
- Ginny, co się stało? – Hermiona wstała i podeszła do niej.
- Przed chwilą mama przesłała nasze sukienki na bal. I dołączyła do nich list. – Podała pergamin Ronowi. - Wczoraj tata został zaatakowany.
Napotkała spojrzenie Harry’ego. Wiedzieli, że myślą o tym samym – śmierciożercy w końcu dotarli do ich rodziny.
- CO?! – krzyknął Ron, a Harry, który podskoczył na dźwięk jego głosu, wziął od niego papier i zaczął czytać. Wyciągnął rękę, powstrzymując go, i powiedział:
- Usiądź. I tak nic nie możesz zrobić.
- Tata dostał Cruciatusem. Mama twierdzi, że to nic poważnego, bo nie jest u Munga, ale... – Ginny zawiesiła głos.
- Pisze, że wszystko zaczęło się w ministerstwie. Od kilku dni mają tam jakąś kontrolę. – Harry zamilkł na chwilę wpatrzony w list. McGonagall nie powiedziała im skąd ma te wieści, ale jak na razie wszystko się sprawdzało. – Prosi, by na razie się z nimi nie kontaktować – stwierdził po chwili, podnosząc głowę znad listu.
- Dlaczego? – spytał Ron.
- Przecież wiesz, że śmierciożercy mogą ich obserwować, jak to było w zeszłym roku – stwierdziła Hermiona, patrząc z obawą to na jednego, to na drugiego. – A teraz Malfoy szuka Harry’ego, bo chce się... – urwała, gdy napotkała znaczące spojrzenie Harry’ego.
Wiedział, co chciała powiedzieć, ale nie pozwolił, by skończyła. Złożył list i podał Ronowi. Spojrzał na niego, a potem na Ginny i odwrócił się. Stracił ochotę na cokolwiek. Nie mógł tego zrozumieć. Czemu szukali go w Norze, skoro wiadomo, że trwa rok szkolny, a on jest w Hogwarcie? Zaczął iść w kierunku wyjścia, ale w połowie drogi dobiegła do niego Ginny i pociągnęła za szatę.
- Harry, zaczekaj. O co chodzi?
- Przepraszam cię – powiedział, spoglądając na nią. Rozejrzał się. Zauważył, że najbliżej siedząca osoba była w oddaleniu kilku stóp od nich, więc ściszył głos i szepnął - to wszystko moja wina. Wszystko zaczyna się powtarzać. Zaatakowali twojego ojca, i teraz każdy może być następny. Powinienem to przewidzieć, że każdy kto jest blisko mnie jest w niebezpieczeństwie.
- Co chcesz przez to powiedzieć? – Ginny pociągnęła go za rękę. – Chyba nie chcesz powiedzieć, że... że znowu musimy... że myślisz o... rozsta...
- Nie. – Harry przerwał jej szybko, nim zdążyła dokończyć, i objął ją. – Nigdy już tego ode mnie nie usłyszysz. Niezależnie, co się wydarzy, to nic już nas nie rozdzieli. Nawet jeśli będę musiał... – urwał, gdy Ginny spojrzała na niego przerażona.
Po tych kilku słowach wiedziała wszystko. Poczuła się tak, jakby jej serce przeszył lodowaty nóż. Odwróciła głowę.
Ruszyli dalej. Po drodze Harry spojrzał na stół Ślizgonów. Crabbe i Goyle patrzyli na nich, co chwila wymieniając ze sobą jakieś komentarze, przy okazji głośno się śmiejąc. Nie spodobało mu się to. Czyżby wiedzieli o wszystkim? Co prawda obaj są synami śmierciożerców, więc może jednak wiedzą, co robią ich ojcowie? A może Crabbe sam już jest śmierciożercą, jak kiedyś Malfoy? Bo dlaczego zaatakował wczoraj Ginny? Takie myśli krążyły w jego umyśle przez cały czas, gdy przechodził z Ginny przez salę wejściową. Tutaj musieli się rozstać, bo Ginny musiała iść na eliksiry, a on miał za chwilę transmutację z McGonagall. Tak był zatopiony we własnych myślach, że nie zauważył, że Ginny jest jakaś przybita po tych słowach, które powiedział do niej przed chwilą. Pocałowała go tylko w policzek i pobiegła w kierunku lochów. Ten delikatny dotyk jej ust spowodował, że wreszcie coś kliknęło w jego mózgu i spojrzał na biegnącą dziewczynę. Jednak jej sylwetka zniknęła w ciemnościach lochów nim zdążył zareagować. Czyżby znowu zaczynał wpadać w obsesję? Tak jak dwa lata temu? Tylko, że tym razem przez Crabbe’a? I przez to we wszystkim dostrzega spisek, jak kiedyś Szalonooki, raniąc przy okazji swoich najbliższych? Westchnął i sam skierował się na górę do klasy transmutacji.
Przez całą lekcję patrzył na dyrektorkę z myślą, czy dowiedziała się od wczoraj czegoś więcej, ale McGonagall sprawiała wrażenie dziwnie nieobecnej. Nadal na zajęciach przerabiali transmutację ludzką i kiedy Hermiona, jak zawsze, wykonała pierwsza postawione przed nimi zadanie, polegające na zamianie własnej ręki w łapę psa i z powrotem, McGonagall uśmiechnęła się tylko i odeszła w drugą stronę, jakby nie zwróciła na to uwagi.
- Nie uważasz, że McGonagall jest jakaś strasznie zdołowana? – spytał Ron, gdy już wychodzili z klasy na przerwę. – Może coś się stało, oprócz tego ataku na tatę?
- Może... – Harry patrzył za nią, gdy przeszła obok nich, nie zaszczycając ich spojrzeniem.
- A nie myślicie, że ona się denerwuje, bo wracają niespokojne czasy? – spytała Hermiona, zatrzymując się w jakimś kącie, ściszając głos. – Przecież wszyscy myśleliśmy, że ze śmiercią Voldemorta wszystko się skończy, ale ta walka nadal trwa. I nie wiadomo, jak długo jeszcze potrwa.
- A może ona wie coś więcej o rodzicach? – dopytywał się Ron.
- I nie powiedziałaby nam tego? – spytała ironicznie Hermiona.
- Na pewno wie więcej od nas – mruknął Harry, przerywając ich kłótnię. Patrzył w głąb korytarza, jakby zobaczył tam coś ciekawego. – Może nie o rodzicach, ale o tym co się dzieje w ministerstwie i świecie czarodziejów. Wczoraj byłem z Ginny u niej na rozmowie.
- I nic nie powiedziałeś? – żachnął się Ron. – Mów, co wiesz.
Harry pokręcił głową i zaczął opowiadać. Na koniec szepnął:
- Obawia się o nasze bezpieczeństwo. Naszej całej czwórki – dodał napotkawszy zaskoczone spojrzenia Rona i Hermiony. – Chciała zapewnić nam ochronę, ale ja stwierdziłem, że tego nie potrzebujemy. Teraz nie jestem już taki pewny, czy nie przydałaby się ta ochrona przynajmniej Ginny.
Zamilkł. Właśnie wypowiedział na głos to, co dręczyło go od rana.
- Myślisz, że wszystko zaczyna się powtarzać, prawda? – spytała cicho Hermiona.
Harry zdążył tylko przytaknąć, gdyż zabrzmiał dzwonek i musieli przerwać rozmowę. Hermiona pobiegła na starożytne runy, a on miał mieć zajęcia z trzecią klasą. Tylko Ron wrócił sam do pokoju wspólnego, żeby przygotować się na eliksiry, które mieli  po obiedzie. 
Godziny tego dnia wlokły się niemiłosiernie. Harry na żadnej lekcji nie mógł się skupić. Zajęcia z trzecią klasą prowadził trochę za nerwowo, na eliksirach nadal nie lśnił wiedzą jak kiedyś, chociaż Slughorn wciąż piał z radości na jego widok. Kiedy nadeszła w końcu pora kolacji odetchnął, gdy wchodząc do Wielkiej Sali zobaczył Ginny siedzącą przy stole Gryfonów i rozmawiającą z Jill. Podszedł do niej od tyłu i kucając przy niej szepnął:
- Przepraszam cię za to, co powiedziałem rano.
Ginny odwróciła się natychmiast do niego, zarzucając mu ręce na szyję i całując go. To mu wystarczyło. Wstał i usiadł obok niej przytulając ją do siebie, a ona prawie całkowicie wtuliła się w niego. Przecież nigdy nie potrafiła się na niego gniewać. Co prawda to zerwanie sprzed dwóch lat bardzo przeżyła, ale teraz byli związani nie tylko słowem. Podniosła lewą rękę i spojrzała na pierścionek, który podarował jej pół roku temu na zaręczyny. Wiedziała przecież w co się pakuje, wiążąc się z Harrym Potterem. Za to go pokochała. A on nigdy jej już nie opuścił. Mogła spokojnie to powiedzieć. Przecież on cały czas o niej myślał i przecież nadal myśli. Teraz obawiała się tylko, że niedługo będą musieli się znowu rozstać. Odpychała od siebie tę myśl. Jednak to, co Harry powiedział jej rano utwierdziło ją, że jest to nieuniknione. Chciała być teraz jak najbliżej niego, by w przypadku rozstania nadal czuć jego ramiona obejmujące ją. Może nie dojdzie do tego najgorszego, ale jeśli... Może będzie musiał zniknąć, żeby uchronić ją? A jeśli śmierciożercy będą chcieli go porwać? Pokręciła głową. Wiedziała, że Harry tak łatwo się nie podda.
- UWAGA! UWAGA! – Po Wielkiej Sali potoczył się zwielokrotniony magicznie głos McGonagall, wyrywając ją z zamyślenia. – INFORMUJĘ, ŻE WSZYSTKIE ZAJĘCIA WIECZORNE ZOSTAJĄ ODWOŁANE. WSZYSCY UCZNIOWIE MAJĄ NATYCHMIAST ZNALEŹĆ SIĘ W SWOICH POKOJACH WSPÓLNYCH.
- CO?! – krzyknął Ron siedzący z drugiej strony stołu i spojrzał na Harry’ego.
- Musiało się coś stać. McGonagall nie odwołałaby nic bez jakiegoś poważnego powodu – odparł Harry ,wstając od stołu. Ginny stanęła obok.
- Co się dzieje? – usłyszeli za sobą głos Hermiony. Pewnie dopiero teraz udało się jej wyjść z biblioteki.
Przy większości stołów wybuchło zamieszanie. Harry rozejrzał się po sali, a potem spojrzał  na siedzących Gryfonów.
- Nie wiemy – szepnął i spojrzał na nich. – Hermiono, Ron, zaprowadźcie wszystkich do pokoju wspólnego. Ginny idź z nimi, a ja  przypilnuję, żeby wszyscy bezpiecznie wrócili do wieży.
Dotarł do pokoju wspólnego piętnaście minut później przyprowadzając jeszcze kilku niedobitków. Już dawno nie widział tak zatłoczonej wieży Gryffindoru. Kiedy przechodził obok stłoczonych tu i ówdzie Gryfonów słyszał szepty. Wszyscy zastanawiali się, co się stało.
Ale nim dotarł do kominka, przy którym siedzieli Ron, Ginny i Hermiona znowu usłyszeli głos McGonagall.
- WSZYSCY NAUCZYCIELE PROSZENI SĄ O PRZYBYCIE DO MOJEGO GABINETU ZA DZIESIĘĆ MINUT. ZABRONIONE JEST WYCHODZENIE UCZNIÓW Z POKOI WSPÓLNYCH.
- I co teraz?
Wszyscy spojrzeli na Harry’ego, a on rozejrzał się po salonie. W pobliskim kącie siedzieli uczniowie z młodszych klas. „Przecież to jeszcze dzieci” – pomyślał. Widział na ich twarzach przerażenie.
- Wszyscy zostaniecie tutaj – powiedział po chwili. – Mam nadzieję, że to nic poważnego. Ja idę do McGonagall. – Spojrzał na Rona i Hermionę. – W razie czego bądźcie gotowi, może będziecie potrzebni. Jesteście prefektami, więc zostawiam wam pod opieką wszystkich uczniów.
- W porządku – odparli chórem.
Odwrócił się i skierował się do dziury pod portretem Grubej Damy. Nie był w stanie spojrzeć na Ginny. Myślał, że jeśli szybko odejdzie będzie mu łatwiej. Gdy wyciągał rękę, żeby nacisnąć portret poczuł jak do drugiej wsuwa się delikatna dłoń, próbując ją uścisnąć, a potem usłyszał cichy głos.
- Harry... zaczekaj...
Odwrócił się. To była ona.
- Wszystko w porządku. Niedługo wrócę – szepnął i przytulił ją mocno do siebie. Ginny patrzyła na niego, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół jego twarzy.
- A jeśli to śmierciożercy? I chodzi im o ciebie?
- To już nie jest Voldemort. Przecież z nim miałem o wiele większe problemy.
-  Harry, nie żartuj.
- Nie żartuję. Obiecaj, że jak coś będzie się w szkole działo ty nie będziesz się w to mieszać.
- Harry... Ale ja...
- Ginny! Obiecaj! Chciałbym, żebyś zaopiekowała się tymi najmłodszymi, dobrze? – szepnął i wskazał na grupkę pierwszoroczniaków.
- Ja chcę być przy tobie! – krzyknęła.
- Nie. To może być niebezpieczne. Nie wiem, co się dzieje, ale jeśli cokolwiek usłyszysz, nawet jeśli będzie chodziło o mnie, ty się stąd nie ruszysz. Dobrze? Obiecaj mi, proszę. Nie chcę żeby coś ci się stało.
- Dobrze, obiecuję – szepnęła zrezygnowana.
- A teraz muszę już iść. McGonagall dała tylko dziesięć minut.
Pocałował ją, nacisnął portret i wyszedł.
Ginny patrzyła w ścianę, która zamknęła się za Harrym. Była przecież na to przygotowana, więc dlaczego ma wrażenie, że widziała go ostatni raz? Poczuła wielką pustkę. Podeszła do niej Hermiona.
- Gdzie jest Harry?
- Poszedł już. – Odwróciła się do niej. – Pomogę wam. Obiecałam Harry’emu, że zajmę się pierwszoroczniakami. A miał być taki cudowny wieczór, a tu...
- Wszystko będzie dobrze. – Hermiona przytuliła ją do siebie.

7 komentarzy:

  1. - Wszystko będzie dobrze.
    - Wszystko będzie dobrze.
    - Wszystko będzie dobrze.
    - Wszystko będzie dobrze.

    Kurcze no, ale emocje!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Napisane tak sb i nie trzyma w napięciu ;/
    Ginny nie jest płaczliwą histeryczką....piszesz dziecinnie i nie zajmujesz czytelników -,- pisarka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ucisz sie szlamo! wredna szumowino! jak można obrażać taki piękny tekst! -,-

      Usuń
    2. tylko mugole mogą tak twierdzić.. -,-

      Usuń
    3. Ty wredna szlamo! To że nie umiesz docenić takiego pięknego tekstu oznacza ze jesteś szumowinĄ. Jesteś mugolem bo czarodzieje z mugolskich rodzin zasługują na szacunek ty świnio

      Usuń
  3. a tak w ogóle ten post jest boski <3

    OdpowiedzUsuń