niedziela, 24 czerwca 2012

139. Świąteczny obiad


Zatrzymali się dopiero w głównym korytarzu. Kingsley pierwszy przerwał ciszę.
- Jesteś pewny tego śmierciożercy?
Harry w milczeniu nacisnął przycisk przywołujący windę.
- Nie.
- Ale mu ufasz – stwierdził minister. – Wiesz, że to może źle się skończyć? Wystarczy przypomnieć sobie Snape’a.
- Wiem – przyznał Harry. Wsiedli razem do windy. Kingsley nacisnął guzik z numerem osiem a Harry mówił dalej. – Nie musisz mi przypominać. Nadal czuję wyrzuty sumienia, mimo że minęło już tyle lat. To przeze mnie Voldemort go zabił, choć wszyscy myślą inaczej. I nie ufam nikomu, oprócz własnej rodziny – warknął na koniec.
Kingsley pokiwał głową, nie komentując jego słów. Resztę drogi przejechali w ciszy.
- Atrium – oznajmił kobiecy głos i obaj wyszli.
- Teraz pozostaje kwestia tej ucieczki z Azkabanu – zauważył Shacklebolt, gdy zmierzali w stronę kominków.
- Cholera! – syknął Harry i odwrócił się z zamiarem powrotu do Biura. – Zapomniałem! – wykrzyknął.
Minister chwycił go za ramię.
- Harry, daj spokój. Tym na razie zajmie się ktoś inny a opinię publiczną powiadomię osobiście dzisiaj po południu, wydając oświadczenie dla prasy. Natomiast ty powinieneś odpocząć ze swoją rodziną. Im też należy się coś od ciebie, nie uważasz?
- A tamci będą hasać sobie na wolności, tak? – warknął Harry. – Zwariowałeś?
- Nie, Harry. Zamierzam przeprowadzić dokładne śledztwo w tej sprawie. Przed twoim przyjściem rozmawiałem na ten temat z Gawainem, który zgodził się ze mną. Będziesz odpowiedzialny za ten projekt. Po świętach – powiedział, patrząc srogo na Harry’ego, który, sądząc po minie, chciał zacząć od razu – zbierzesz kilku aurorów, którym najbardziej ufasz, a przynajmniej na nich polegasz, i wspólnie stworzycie raport o wszystkim, co dotyczy śmierciożerców. Przekażesz go potem mnie i będziesz odpowiadał za wszystko przede mną.
- W porządku – zgodził się Harry, kiwając głową. – A co z...
- Od dzisiaj – kontynuował Kingsley – będziesz też otrzymywał wszystkie wiadomości dotyczące wszelkiej aktywności śmierciożerców w naszym świecie i w świecie mugolskim, żebyś był na bieżąco.
- Wspaniale.
- A teraz... – Shacklebolt zawahał się chwilę, po czym uśmiechnął – myślisz, że Molly będzie na ciebie zła, jeśli przyjdę z tobą do Nory? Zawsze uwielbiałem jej klopsiki... 
Mężczyzna rozmarzył się na chwilę. Harry roześmiał się serdecznie i uderzył go dość mocno w plecy.
- Biorąc pod uwagę całą rodzinę Weasleyów, która pewnie siada właśnie do obiadu, to musimy się pospieszyć, żeby coś dla nas starczyło.
------
Ginny, gdy tylko weszła do sypialni, położyła się na łóżku, by zaczekać aż przejdą jej mdłości. Niestety natychmiast dopadły ją niechciane myśli o Harrym i ostatnich wydarzeniach. Całą siłą woli wróciła myślami do dzisiejszego ranka, kiedy patrzyła na swojego synka, zabawianego przez Freda i George’a. Mały był taki szczęśliwy. To co, że potem tak płakał? Ma dopiero pięć miesięcy i tylko w ten sposób może się z nami porozumieć, powiedziała sobie w myślach. Może był głodny? Albo miał mokro? A może rzeczywiście się wystraszył swoich wujków? Co takiego zrobili mu bliźniacy? Czy dobrze zrobiła, że była taka ostra? Sądząc po ich minach raczej sobie na to zasłużyli.
Zwinęła się w kłębek. Obraz Jamesa zlał się ze starymi zdjęciami Harry’ego, które znalazła kiedyś schowane w szufladzie biurka w jego gabinecie w Dolinie Godryka. To był stary album, który dostał od Hagrida, po swoim pierwszym roku w Hogwarcie, z masą fotografii jego rodziców i małego bobasa trzymanego z taką czułością przez Potterów. Był taki podobny do... Pokręciła głową. Nie. To James jest taki podobny do tamtego dziecka, swojego ojca. Jedyną różnicą są oczy... które ma po niej.
Odwróciła się na drugi bok i dotknęła ręką prześcieradła, na którym jeszcze rano widziała ślady krwi. Harry. Coś ścisnęło jej gardło. Zamknęła oczy, gdy kolejne myśli wdarły się do jej głowy a łzy pociekły jej po twarzy.
Co by się z nią stało, gdyby Harry wczoraj nie wrócił? Czy miałaby tyle siły, by iść dalej? Musiałaby przecież zająć się Jamesem, potem nienarodzonym jeszcze maleństwem i może jakoś by sobie z tym poradziła, mając go w pamięci. A jeśli nie? Jeśli James tak bardzo przypominałby jej Harry’ego, że w końcu by zwariowała z tęsknoty za nim? Pewnie po jakimś czasie znalazłaby się tam, gdzie byłaby już dawno, gdyby przed laty Voldemort, Malfoy i pozostali wygrali - w Świętym Mungu na oddziale zamkniętym obok rodziców Neville’a.
Zagryzła wargi, tłumiąc szloch wydobywający się z jej gardła. To naprawdę nie było takie proste być żoną Harry’ego Pottera i patrzeć jak wraca ranny i obolały po Cruciatusie. Przełknęła łzy i zacisnęła ręce w pięści z mocnym postanowieniem. Nie może się rozklejać. Musi być twarda. Tylko przy Harrym... Tak, tylko przy nim, może być tak naprawdę sobą.
Poza tym wrócił. Powinna się cieszyć, że śmierciożercy nie dopięli swego, prawda? Wtuliła nos w poduszkę Harry’ego, podwinęła nogi, obejmując je ramionami i wkrótce zasnęła, zmęczona płaczem i trudnymi rozmyślaniami, czując jego zapach.
Obudziła się, mając silne wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Mimo wszystko czuła się bezpiecznie, wiedząc, że tylko jedna osoba potrafiła obudzić ją w tak subtelny sposób. Powoli uchyliła powieki i uśmiechnęła się na widok Harry’ego, siedzącego bokiem na brzegu łóżka i opierającego się jedną ręką za jej plecami. Był ubrany w zwykłe dżinsy i zieloną koszulę podkreślającą kolor jego oczu, którą dała mu w prezencie świątecznym.
- Gdzie James? – zapytała, lekko zachrypniętym głosem, podciągając się na łokciach i rękach do pozycji siedzącej.
- Śpi w salonie pod czujnym okiem twojej mamy i taty, kilku zaklęć wyciszających i monitorujących, twoich braci, Hermiony i reszty dziewczyn – wyliczał ze śmiechem. – Więc ma dobrą opiekę – zakończył.
Nachylił się do niej, by ją pocałować, odgarnął kilka kosmyków włosów z jej twarzy i potarł kciukiem po policzku.
- Płakałaś – stwierdził. – Coś się stało? Nadal źle się czujesz? Podobno miałaś pierwsze oznaki...
Przetarła oczy i odchrząknęła.
- Już lepiej – mruknęła, przeklinając się w myślach, że nie jest z nim szczera. – A co z tobą? Powiedziałeś im o Zabinim?
- Nie do końca – przyznał. – To znaczy, powiedziałem wszystko, czego się od niego dowiedziałem, ale nie ujawniłem jego nazwiska.
- Aha. – Pokiwała głową z zamyśleniem. – To co teraz?
Podniosła się do klęku i objęła go ramionami.
- Myślę, że powinniśmy na razie przestać o tym myśleć i cieszyć się spędzaniem czasu z rodziną – odparł. – A ja nie zamierzam się stąd ruszać, aż do końca świąt.
Odchylił się trochę, chwycił ją w biodrach i posadził sobie na kolanach.
- Stąd? – spytała zaskoczona. Położyła dłoń na jego klatce piersiowej i zaczęła kreślić palcem małe kółeczka. – Zamierzasz spędzić ten czas tutaj? Ze mną... W tym pokoju... I łóżku?... – wyliczała coraz bardziej namiętnym głosem.
- Chciałbym – mruknął niezadowolony, że poddała mu takie pomysły, których w obecnej chwili nie bardzo mogli zrealizować. – Ale Teddy pytał o ciebie, a na dole wszyscy zasiedli do obiadu i czekają tylko na nas. Pewnie jesteś głodna...
- Obiad? Na Merlina, to ile ja spałam? – wykrzyknęła. Zerwała się z jego kolan, chwyciła różdżkę i przywołała świeże ubranie, żeby się przebrać. W połowie ruchu zatrzymała się i spojrzała przerażona na niego. – James! Pewnie jest głodny!
Chciała wybiec, ale Harry chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie.
- Spokojnie. Teraz śpi i wiem, że niedawno jadł.
Usiadła obok niego na łóżku i ukryła twarz w dłoniach. Harry objął ją i przytulił do siebie.
- Co jest?
- Żeby tak zapomnieć o własnym dziecku...Co ze mnie za matka?
- Najlepsza – szepnął. – Poza tym mówiłem ci, że ma dobrą opiekę. Ma tyle wujków i ciotek, nie licząc dziadków, którzy go kochają, że trochę mu tego zazdroszczę.
Podniosła głowę i spojrzała na niego. Miał łzy w oczach. Tym razem to ona przytuliła jego. Wiedziała, że w tej chwili myślał o swoim dzieciństwie. Pewnie próbował wyobrazić sobie, bo przecież prawdziwych wspomnień nie miał, siebie z rodzicami, Syriusza i Remusa zabawiających go...
To przypomniało jej o porannej zabawie Freda i George’a z ich synem.
- Moi kochani bracia zamierzają w przyszłości testować swoje produkty na Jamesie – stwierdziła sucho. – I dzisiaj już próbowali.
- Fred i George? – Otrząsnął się ze wspomnień. – Rozumiem, że dałaś im do zrozumienia, że sobie tego nie życzysz? – Przycisnął ją mocniej do siebie.
- Oczywiście. Angelina i Verity przyznały mi rację, grożąc im, że jeśli zrobią to w przyszłości na własnych dzieciach, to gorzko tego pożałują.
- To dobrze. Może to ich nauczy, że nie każdy jest królikiem doświadczalnym.
- To właśnie im powiedziałam, ale czy posłuchają? Merlin jeden wie.
- A propos twoich braci. To mi przypomniało, że muszę z nimi porozmawiać o interesach... – zamyślił się.
- Główny inwestor musi przypomnieć im o sobie? – zapytała, mrużąc oczy.
- Nie do końca, ale po wczorajszym wieczorze mam nadzieję, że mi pomogą. Mam pewien pomysł dotyczący bezpieczeństwa całej naszej rodziny i chciałbym, żeby trochę nad tym popracowali, zamiast wymyślać figle dla następnego pokolenia.
Oczy Ginny zwęziły się w wąskie szparki.
- Nie powiesz mi, co ci chodzi po głowie, prawda?
Nachylił się od niej i musnął jej wargi swoimi.
- Powiem, ale nie teraz. – Podniósł się i podszedł do drzwi. – Twoja mama zaraz zacznie się denerwować, że coś nam się stało. Miałem tylko przyjść po ciebie i przyprowadzić na obiad.
Ginny kiwnęła głową i też wstała.
- Masz rację. Nie powinniśmy wystawiać jej nerwów na takie ryzyko i tak za bardzo się o nas martwi. A wracając do Jamesa... – mruknęła – rozumiem, że nasz mały rozrabiaka dał babci do wiwatu, gdy go karmiła?
Harry kiwnął głową, szczerząc zęby.
- Nie było mnie przy tym, ale podobno cała kuchnia była w gotowanej marchewce i kurczaku, który przygotowałaś dla niego wczoraj...
Oboje parsknęli śmiechem.
- Ciekawe po kim to ma. Żeby tak rzucać jedzeniem... – Ginny przygryzła wargę, patrząc na niego.
- Możemy zapytać twoich rodziców i starszych braci... – mruknął, otwierając drzwi z tajemniczym błyskiem w oku. – Święta są od tego, by powspominać, prawda?
Zrobił kilka kroków i znalazł się na podeście.
- Ani mi się waż, Harry Potterze! – krzyknęła i wybiegła za nim.
Stał w połowie schodów, z jedną nogą niżej drugą wyżej, zwrócony w jej stronę. Zmarszczył brwi, gdy podeszła bliżej.
- Próbujesz coś przede mną ukryć? – zapytał. – To chyba normalne, że chciałbym wiedzieć, czego mogę się spodziewać po naszych dzieciach. Wiesz dobrze, że nie ma nikogo, kto by powiedział nam jaki ja byłem w jego wieku... Bo Dursleyów nie liczę...
- Wiem – potaknęła.
- To nie rozumiem, czemu tak się na mnie denerwujesz?
- Po prostu... Nie wiesz jak to było dorastać z sześcioma braćmi, którzy traktowali najmłodszą siostrę jak maskotkę... I często nosiłam ich stare rzeczy...
- Tylko dlatego? – zapytał zaskoczony, próbując się nie roześmiać.
Ginny kiwnęła głową.
- Przynajmniej masz co wspominać.
Wszedł z powrotem na podest i wyciągnął do niej rękę, którą chwyciła. Przyciągnął ją do siebie, objął i zgniótł jej usta w gwałtownym i zaborczym pocałunku. Ginny odchyliła się w szoku.
- Za co to?
- To tylko początek, pani Potter – mruknął w odpowiedzi i uśmiechnął się szeroko. – Reszta wieczorem, jak będziemy już w domu. Sami.
Odsunął się i zaczął schodzić po schodach.
- Hej! – Ginny zbiegła na dół, odwróciła się i stanęła przed nim. Gdy zszedł do niej, wskoczyła przed niego, zagradzając mu drogę. Objęła go ramionami za szyję, przyciskając się biodrami do jego wrażliwych miejsc, jednocześnie obrysowując ustami jego dolną szczękę. – Co ty planujesz? – zamruczała.
- Jesteś czarownicą, wiesz? – sapnął, zamykając ją w swoich ramionach. – Jak mam teraz zejść na dół i zjeść obiad ze wszystkimi? A zwłaszcza z twoimi rodzicami?
- Sam zacząłeś. Poza tym ty też nieźle czarujesz, wiesz?
Położyła rękę na jego karku i przyciągnęła go do siebie. Harry pociągnął lekko za jej włosy aż odchyliła głowę, pochylając się i całując jej usta z taką samą gwałtownością, jaką pokazał przed chwilą na górze. Całowali się wściekle, jakby to miał być ich ostatni raz. Oboje czuli, że mogliby całować się całą wieczność, nie potrzebując niczego poza małym łykiem powietrza, żeby przeżyć.
- Ginny! Harry! – Z dołu rozległ się podenerwowany krzyk Molly Weasley. – Chodźcie na obiad!
Oboje jęknęli w swoje usta, z trudem panując nad swoimi ciałami spragnionymi bliskości.
- Potem to skończymy – szepnął, patrząc w jej zamglone oczy.
Chwilę trwało, nim uspokoili oddechy i poprawili ubrania. Gdy już nie mogli bardziej zwlekać, chwycili się ze ręce i zbiegli na dół.
Wchodząc do kuchni usłyszeli westchnięcie Molly „Nareszcie” i głos Rona:
- Mama już zamierzała wysłać po was misję ratunkową, tylko bała się, że też zaginie w akcji...
- Ronald! – syknęły na niego dwie kobiety; Hermiona i jego matka.
Ron tylko wzruszył ramionami i spojrzał na Hermionę z miną „No co?”
- A wy siadajcie – powiedziała Molly, stawiając na stole kolejną miskę z pieczonymi ziemniakami i odwracając się do nich.
- Pójdę tylko sprawdzić, co z Jamesem – oznajmiła Ginny i pobiegła do salonu.
Harry w tym czasie usiadł na jednym z ostatnich miejsc, obok Teddy’ego. Z drugiej jego strony było wolne krzesło dla Ginny. Molly od razu nałożyła mu podwójną porcję. To samo zrobiła z talerzem Ginny.
- Nie trzeba tyle... – jęknął.
- Oboje nie jedliście śniadania – zauważyła. – A Ginny musi teraz się dobrze odżywiać.
Harry kiwnął głową, wiedząc, że z Molly nie ma się co kłócić.
- Wujek – Teddy pociągnął go za rękaw koszuli – zobacz, co dostałem od wujków bliźniaków! – zawołał podekscytowany, pokazując mu cienki patyk. – To różdżka!
Harry zmarszczył brwi i spojrzał w stronę Freda i George’a. Obaj wyszczerzyli zęby i podnieśli ręce, kreśląc palcami cudzysłów. Zrozumiał, że to jedna z ich lipnych różdżek. Spojrzał z powrotem na malca.
- To tylko zabawka, Teddy – wyjaśnił. – Wiesz, że prawdziwą dostaniesz za kilka lat, jak będziesz szedł do Hogwartu.
- Wiem – chłopiec pokiwał główką – ale fajnie jest myśleć, że to prawdziwa.
Machnął nią nad stołem i z jej końca wystrzeliły kolorowe iskierki.
- Ale super! – wykrzyknął.
- Teddy, nie pozwoliłam ci jej używać! – zganiła chłopca jego babcia.
- Ale ja chciałem ją tylko pokazać wujkowi Harry’emu – jęknął Teddy.
- Tak, miałeś tylko pokazać, a nie się nią bawić. A ponieważ pokazałeś, to teraz ją odłóż i zajmij się jedzeniem.
- Dobrze – mruknął niezadowolony, kładąc różdżkę obok talerza. – Wujek, pobawimy się potem razem?
Harry uśmiechnął się do przechodzącej za jego plecami Ginny, która musnęła palcami po jego plecach i usiadła obok niego. Ścisnął jej dłoń pod stołem, splatając palce i odwrócił się z powrotem do Teddy’ego.
- Oczywiście, smyku – odparł, targając mu włoski drugą ręką. – W co tylko będziesz chciał.
- Mamo, a dlacego ja nie mogłam wziąć rózcki na obiad, tak jak Teddy? – Z drugiej strony stołu rozległ się głos małej dziewczynki.
Ręka Fleur, trzymająca widelec, zamarła w drodze do ust. Bill zerknął na nią, a potem na córkę.
- Bo jesteś grzeczną dziewczynką i nas posłuchałaś – powiedział.
- To Teddy jest niegzecny?
- Tak, bo nie posłuchał swojej babci – wyjaśnił Bill.
- Victoire, jedz – syknęła Fleur.
Dziewczynka zaczęła kręcić się na swoim krzesełku.
- Nie chce, ja chce się bawić – jęknęła.
- Jak zjesz, to szybciej będziesz mogła pójść po swoje zabawki.
- Kto zje pierwszy, ten dostanie ode mnie niespodziankę – wtrąciła się Molly.
Victoire i Teddy spojrzeli na nią a potem na siebie. To znaczyło dla nich tylko jedno – rywalizację. Nawzajem pokazali sobie język i wreszcie zaczęli pałaszować to, co mieli nałożone na talerze.
Reszta rodziny z trudem panowała nad sobą, żeby się nie roześmiać. Molly zgromiła wszystkich wzrokiem.
- Tylko żadnego oszukiwania – zastrzegła. – Jak zobaczę, że tata – tu spojrzała srogo na Billa – albo wujek – jej wzrok padł na Harry’ego – wam pomagają, to nie będzie żadnej niespodzianki. Zrozumiano?
Teddy i Victoire kiwnęli główkami do swoich talerzy.
Ginny przyciągnęła Harry’ego do siebie.
- Jak chcesz – szepnęła mu na ucho – możemy się zamienić miejscami, żeby nie drażnić mamy. Poza tym Hermiona chce z tobą porozmawiać.
Harry zerknął na przyjaciółkę. Czuł jej spojrzenie od początku posiłku, ale przez większość czasu starał się to ignorować, zajmując się Teddym.
- Wiesz, czego chce?
- Harry – zganiła go Ginny, przewracając oczami – to tylko Hermiona. Ale domyślam się, że chce z tobą porozmawiać o wczorajszym dniu. Ja już swoje usłyszałam dziś rano.
Harry przewrócił oczami na te słowa, po czym kiwnął głową na zgodę i wstał, ustępując jej miejsce. Kątem oka dostrzegł uśmiech na twarzy przyjaciółki, gdy usiadł przy niej. 
- Cieszę się, że jesteś – mruknęła Hermiona, biorąc go za rękę. – I cieszę się, widząc was razem, ale...
- Hermiono – syknął Harry przez zęby, przerywając jej – wiem do czego zmierzasz, ale możemy teraz o tym nie rozmawiać?
- A kiedy?
Wokół stołu zrobił się ruch. Kingsley, który do tej pory rozmawiał z Arturem i Percym przy końcu stołu, pożegnał zebraną rodzinę, przepraszając, że wzywają go ministerialne obowiązki, i po kiwnięciu Harry’emu głową, wyszedł na zewnątrz i deportował się za ogrodzeniem.
- Ginny, nie pomagaj Teddy’emu! – zawołał ze śmiechem Bill przez stół.
- Tak jakbyś ty nie pomagał własnej córce – prychnął Ron. – Zresztą mama powiedziała, że to Harry ma mu nie pomagać a nie Ginny, więc się nie liczy.
Nagle z salonu rozległ się płacz dziecka. Rodzice malucha poderwali się ze swoich miejsc i pobiegli do niego. Harry wziął syna na ręce, podczas gdy Ginny przywołała świeże śpiochy i pieluchę. James kwilił jeszcze, gdy po przebraniu siedział na kolanach taty i był karmiony przez mamę startym jabłuszkiem, a do salonu wkroczyła reszta rodziny.
- Wygrałem! – wykrzyknął Teddy, wbiegając do środka i potrząsając ręką, w której trzymał pudełko z czekoladowymi żabami.
Tuż za nim weszła Victoire ze smutną miną, choć też ściskała w rączce czekoladowe żaby.
- Brawo, Teddy – powiedzieli Potterowie jednocześnie. – Gratulacje Victoire. – Uśmiechnęli się do dziewczynki.
- Harry – podeszła do nich Hermiona – mogę cię prosić na chwilę? Teraz?
Harry westchnął. Spodziewał się, że kobieta nie da mu spokoju. Ginny wzięła Jamesa od niego i posadziła go sobie na kolanie.
- Idź – mruknęła, ściskając go za ramię.
Harry wstał, pocałował ją w policzek i poszedł za przyjaciółką.
Przeszli przez pustą teraz kuchnię. Harry pomógł Hermionie nałożyć płaszcz, sam też się ubrał i wyszli na zewnątrz.
Zapadał zmierzch i na drzewach, pod którymi przechodzili, rozbłysły lampy. Hermiona wzięła Harry’ego pod ramię i tak podeszli do bramy ogrodu. Tutaj Harry wyczarował ławkę i kilka poduszek, na których usiedli, a Hermiona rzuciła zaklęcie ogrzewające.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, spoglądając w rozświetlone okna salonu Nory, za którymi kręciła się cała rodzina.
- Jak się czujesz? – spytała Hermiona, przerywając ciszę.
- Dobrze. Czemu pytasz?
- Nie udawaj idioty – warknęła. – Wiem, że wróciłeś w nocy ledwo żywy. Co się wczoraj z tobą działo?
Harry nie odpowiedział.
- Torturowali cię, prawda? Cruciatus i coś jeszcze... – zamyśliła się – prawdopodobnie jakieś zaklęcie tnące, albo Sectumsempra, bo widziałam kilka kropel krwi przed waszymi drzwiami. Natychmiast je usunęłam, tak że nawet Ron o tym nie wie – dodała, gdy zobaczyła jego wściekłe spojrzenie, które jej rzucił. – I kto pomógł ci uciec? Bo nie wierzę, że śmierciożercy od tak cię wypuścili.
Harry zerwał się z miejsca.
- Hermiono, czy choć raz mogłabyś sobie darować wyciąganie wniosków? – warknął. – To nie jest odpowiednie miejsce i czas...
- Czyli to prawda – stwierdziła, podsumowując jego słowa. – I Ginny składała cię po tym do kupy... Ile razy musiała to robić w przeszłości?
- To był pierwszy raz – mruknął.
Odwrócił się od niej, zacisnął dłonie na pręcie bramy i wpatrzył się w ciemność, słuchając jej dalszego wywodu.
- A wiesz, co ona przeżywała, gdy czekaliśmy na ciebie? Nie mogła sobie znaleźć miejsca, spodziewając się najgorszego. – Hermiona nakręcała się coraz bardziej. – Kiedy Ron powiedział, że w kuchni czekają na nią aurorzy, widziałam jak w jej oczach wzrasta panika, gdy nie mogła z niego wyciągnąć informacji co się z tobą stało. Jestem pewna, że myślała wtedy o Dolinie Godryka i twoim grobie, który zobaczyliście tydzień temu. Czy ty, walcząc wczoraj ze śmierciożercami, pomyślałeś choć przez chwilę o niej i Jamesie? O dziecku, które w przyszłym roku ma przyjść na świat? Harry, to nie jest już ten czas, gdy stawałeś sam przed Voldemortem! Teraz masz rodzinę!
Harry uderzył pięścią w bramę.
- Wiem! – krzyknął i odwrócił się do niej. – Nie musisz mi przypominać. Poza tym byli bezpieczni.
- Bezpieczni – prychnęła. – W ten sposób dbasz o ich bezpieczeństwo? Pozwalając, aby dzieci wychowywały się bez ojca? Tego chciałeś, oddając się wczoraj śmierciożercom?
Usiadł z powrotem na ławce obok niej, opierając łokcie o kolana.
- Wiesz dobrze, że nie. – Pochylił się do przodu, skupiając wzrok na swoich dłoniach. – Myślisz, że było mi łatwo ich zostawić? I wiedzieć, że może to ostatni raz, gdy ich widzę? Nie. To naprawdę nie było proste.
- To dlaczego? – Poczuł, że Hermiona siada bokiem na ławce i patrzy na niego. – Dlaczego zawsze pchasz się pierwszy i nie czekasz na wsparcie?
- Czasami nie mam wyboru – westchnął.
Hermiona spojrzała ponad nim w stronę Nory.
- Nie miałeś wyboru? – zapytała piskliwym głosem, drżącym od nadmiaru emocji. – Zawsze jest jakiś wybór! – Wykrzyknęła. – Myślisz, że twoi rodzice go nie mieli? – spytała łamiącym się głosem. – Tonks i Remus go nie mieli?
Spojrzał na nią, wściekły, że włącza do tej rozmowy jego rodziców i Lupinów, lecz gdy zobaczył łzy płynące jej po twarzy, opanował złość.
- Naturalnie, że mieli – przyznał niechętnie. – Ale gdyby moja mama nie postawiła się wtedy Voldemortowi, ja bym nie żył, a on nadal siałby terror wśród czarodziejów... Gdyby Remus i Tonks nie ochroniliby Teddy’ego, mały byłby kolejnym wilkołakiem... Ja też za każdym razem mogłem zdecydować inaczej... Tylko zdajesz sobie sprawę, jak by się to wszystko skończyło? Gdybym przegrał z Voldemortem, albo się do niego przyłączył?
- Nigdy byś czegoś takiego nie zrobił! – zaprotestowała.
Harry westchnął i wstał. Oparł się plecami o bramę i spojrzał niewidzącym wzrokiem przed siebie.
- Oczywiście, że nie, ale pomyśl, jakby wyglądał teraz ten świat? Bez sprawiedliwości, z Voldemortem u władzy? Śmierciożercy nadal tępiący mugolaków... Nigdzie nie jest bezpiecznie... – Przełknął ślinę i ponownie spojrzał na nią. – Przypomnij sobie naszą ucieczkę sprzed lat, Hermiono i wyobraź sobie, że nadal tak jest, bez żadnej nadziei na zmianę.
Hermiona potrząsnęła głową.
- Nie mów tak! Nie chcę nawet myśleć, że mogłoby cię nie być! – Głos jej się załamał.
- Ale tak by się to właśnie skończyło, gdyby Voldemort wygrał. A przez ostatnie lata? Gdybym nie szedł ratować Ginny, za każdym razem, gdy ją porywali? Gdybym wczoraj... – urwał i odwrócił od niej głowę – nawet nie chcę sobie wyobrażać, co by było...
- Wiem – szepnęła. Wstała, przysunęła się do niego i mocno objęła go w pasie. – Rozumiem, Harry. Po prostu... chciałabym żebyś nie musiał dokonywać więcej takich wyborów... Bo nie chcę takiego świata, w którym nie ma ciebie, Ginny, Jamesa... Całej waszej rodziny... Gdzie nie mogę do was przyjść, żeby zapytać o radę, albo tak zwyczajnie porozmawiać, nawet o najgłupszej rzeczy, jaka przyjdzie nam do głowy. Tak rzadko widzę uśmiech na waszych twarzach, tak jak dzisiaj przed obiadem... Dlatego waszej rodzinie przydałby się spokój... Taki prawdziwy. Czego wam życzę.
Harry nie wiedział co powiedzieć. Przytulił ją do siebie i pocałował w czubek głowy.
- Dziękuję – wyszeptał w jej włosy.
- Mówię serio.
- Wiem. A co z tobą? Jak ty się czujesz?
Hermiona wytarła oczy dłonią.
- Zależy, z której strony spojrzeć – mruknęła. – Odkąd jestem tutaj, prawie zapomniałam, że ostatnie tygodnie spędziłam w Mungu przez rozwijającego się pod moim sercem malucha i, że niedługo znowu będę musiała tam wrócić. Ale wiem, że jest coraz lepiej. Pomyślałbyś kiedyś, że Ron będzie taki czuły i opiekuńczy? – zapytała, lekko się uśmiechając.
Harry potrząsnął głową, parskając śmiechem.
- Chyba nie.
- Ale taki jest – oznajmiła. – Od kiedy dowiedział się, że zostanie ojcem, myśli tylko o mnie i maluchu. Nie pozwala mi się przemęczać, stara się wszystko za mnie robić i... przestał pić.
- Jesteś pewna, że mówisz o Ronie?
Hermiona odwróciła się do niego.
- On naprawdę się zmienił, Harry. Poza tym wszystko w porządku.
Za nimi rozległo się skrzypienie śniegu, gdy ktoś zmierzał powoli w ich stronę.
- Tutaj jesteście! – napłynął do nich okrzyk Rona. – Wszyscy zastanawiają się, gdzie zniknęliście. Nie jest wam zimno? Przecież tu jest gorzej niż w lodówce!
- Użyłam zaklęcia rozgrzewającego – wyjaśniła Hermiona, odsuwając się od Harry’ego i przytulając się do Rona.
- To tłumaczy brak śniegu w tym miejscu – pokiwał głową Ron.  Pocałował Hermionę w usta, po czym, nie wypuszczając jej z objęć, zwrócił się do przyjaciela: – Harry, Teddy nie może się na ciebie doczekać.
Harry machnął różdżką i ławka, na której siedzieli zniknęła.
- Domyślam się. Już wracamy.

2 komentarze:

  1. Piękne opisane rozmowy! Super rozdział!

    OdpowiedzUsuń
  2. Kolejny wspaniały rozdział! Dla mnie Twój blog jest najlepszym blogiem z opowiadaniami o "Harrym Potterze" na całym świecie :)

    OdpowiedzUsuń