niedziela, 24 czerwca 2012

137. Informator


Harry zamarł. Rozpoznał ten głos natychmiast. To był jego „informator”, który pojawiał się zawsze, gdy coś się działo. A więc jednak. Współpracował ze śmierciożercami.
Harry rozejrzał się. Wokół niego stała męska część rodziny Weasleyów. Petera nie było już w kominku, pewnie poszedł powiadomić Robardsa.
- Nie wtrącajcie się – powiedział, podnosząc ręce, jakby tym gestem próbował ich powstrzymać. – Oni chcą tylko mnie.
- Nie pozwolimy zginąć nikomu z naszej rodziny – oświadczył Fred, stając przed nim. 
- Nie jest... – Harry próbował zaprzeczyć.
- Przez małżeństwo z naszą siostrzyczką jesteś – stwierdził stanowczo George, który stanął z drugiej strony swojego brata. – Chyba o tym nie zapomniałeś, co?
Harry pokręcił głową. Jak mógłby o tym zapomnieć? Od lat traktował Weasleyów jako swoją rodzinę, ale teraz nie mógł im pozwolić na jakikolwiek ruch.
- Nie wtrącajcie się – powtórzył, trochę bardziej zdecydowanie. – To sprawa dla aurorów.
Odwrócił się i podszedł do drzwi. Czy będzie tam sam? Miał nadzieję, że Robards wysłucha Petera i wyśle tu kogoś, by mu pomóc.
- Potter! Moja cierpliwość się kończy! – warknął z zewnątrz śmierciożerca.
- Zaopiekujcie się Ginny i Jamesem – szepnął Harry cicho i wyszedł.
Zadrżał, gdy zimny wiatr powiał od strony ogrodu. W następnej sekundzie musiał zrobić unik przed nadlatującym w jego stronę zaklęciem; śmierciożercy przełamali barierę ochronną i wdarli się na podwórko.
Gdyby nie zaklęcie tarczy i krok w bok, kolejna klątwa trafiłaby go prosto w twarz. Wystrzelił w śmierciożerców kilka oszałamiaczy, starając się unikać lecących w jego stronę zaklęć.  Kątem oka zarejestrował przybycie kilka nowych osób i zobaczył jak upada dwóch śmierciożerców; aurorzy przybyli. Nie mógł jednak pozwolić sobie na złapanie oddechu, bo fioletowy promień przeleciał tuż koło jego ucha. Odparł kolejną klątwę bez większego wysiłku, używając innej, która odrzuciła napierającego śmierciożercę poza ogrodzenie.
Rozejrzał się, by sprawdzić jak radzą sobie inni i wtedy poczuł, że czas zwolnił. Miał wrażenie, że jego ruchy są strasznie powolne, gdy odwracał się do śmierciożercy, który mierzył w niego różdżką. Zamaskowany mężczyzna zacmokał, kręcąc głową, jednocześnie przyciskając palec drugiej ręki do ust, wygiętych w ironicznym uśmieszku. Harry słyszał aurorów walczących z resztą śmierciożerców, widział zaklęcia latające po podwórku Weasleyów, ale wydawało się, że nikt nie zwracał na niego uwagi, jakby został sam.
Śmierciożerca zrobił kolejny krok do przodu, podniósł różdżkę i nie przerywając z nim kontaktu wzrokowego krzyknął „Drętwota!”. Czerwony promień uderzył Harry’ego w pierś i rzucił nim o ziemię. Nim stracił przytomność zdążył zarejestrować, że tamten chwycił go za kołnierz szaty i deportował się wraz z nim w inne miejsce.
-----
Ginny zagryzła wargi, rozważając przez chwilę słowa, które powiedział Harry. „Nie ruszaj się stąd”; „Chcę mieć do kogo wrócić”. Co on miał na myśli, mówiąc jej te słowa? Miała mu dać, tak po prostu tam wyjść i oddać się śmierciożercom? Niedoczekanie! Nie mogła mu pozwolić na takie poświęcenie!
Wyciągnęła różdżkę i podbiegła do drzwi. Gdy chwyciła klamkę, usłyszała za sobą płacz dziecka. Płacz dziecka? Na Merlina! James!
Natychmiast się odwróciła i podeszła do łóżeczka.
- Cii... cichutko, James... Mamusia jest przy tobie... Już dobrze...
Wzięła go na ręce i zaczęła kręcić się w tę i z powrotem po pokoju. Maluch nie chciał się w ogóle uspokoić. Nic nie pomagało. Rozglądał się po pomieszczeniu, jakby kogoś szukał.
- Nie ma taty, tak? To jego szukasz? Niedługo wróci... – skłamała.
Wtedy usłyszała z zewnątrz stanowczy głos wzywający Harry’ego. James przestał płakać i podciągnął nóżki do góry, jakby coś wyczuwał. Nie wiedziała, co dzieje się na dole, ale miała wrażenie, że nic dobrego. Przymknęła oczy, przytulając Jamesa jeszcze bardziej i modląc się w duchu o spokój, choć wszystko w niej rwało się, by zbiec na dół i powstrzymać Harry’ego przed wszystkim, co zamierzał, a może bardziej, by go wesprzeć.
Nagle rozległo się pukanie do jej pokoju.
- Ginny! – krzyknęła zaniepokojona Hermiona, która wbiegła chwilę potem do środka. – Och, jesteś tutaj. – Odetchnęła i opadła na łóżko.
- Hermiono, co ty tutaj robisz? – zawołała Ginny, odwracając się do niej. – Powinnaś leżeć.
- Myślałam, że pobiegłaś za Harrym i zostawiłaś Jamesa samego. Tak bardzo płakał... Słychać go było aż u nas...
- Nawet nie wiesz, jak tego pragnęłam – westchnęła. – Ale nie mogłam zostawić tego szkraba, który potrzebuje choć jednego z rodziców.
Położyła Jamesa na ramieniu, podeszła do niej i usiadła obok. Hermiona wyciągnęła rękę i pogłaskała malca po główce.
- Ron zbiegł na dół, gdy usłyszał tamten głos – wyjaśniła Hermiona – a ja postanowiłam sprawdzić, czemu James tak płacze. O co tamtym chodzi?
Ginny przez dłuższy czas się nie odzywała. Patrzyła w okno, gdzie rozbłyskały kolejne zaklęcia. Tak chciałaby wiedzieć, co się dzieje na dole... Pomóc Harry’emu... I walczyć u jego boku...
James zaczął marudzić. Wygiął się do tyłu, i zaczął płakać.
- Eee...
Ginny posadziła go na kolanach z główką na jej ramieniu, tak by widział ją i mógł patrzeć na Hermionę. Zaczął kopać nóżkami w powietrze, a rączkami łapać się za uszy i drapać po policzkach. Przywołała butelkę z mlekiem i podała mu do jedzenia, jednak James zaczął pluć i płakać jeszcze bardziej.
- Co ja robię nie tak? – zapytała nerwowo. – Nie chcesz jeść? To przez bolące ząbki, tak? 
Odstawiła butelkę i wzięła z szafki żel, który polecił jej uzdrowiciel i posmarowała zaczerwienione dziąsełka. James jeszcze trochę pokwilił, a gdy mama otuliła go dość ciasno kocykiem i przytuliła, wreszcie się uspokoił. Dopiero teraz przypomniała sobie, że w nogach łóżka siedzi Hermiona oparta o drewnianą ramę i bacznie ją obserwuje spod półprzymkniętych powiek. Westchnęła.
- Hermiono, może lepiej jak się położysz? – zapytała. – Tak będzie ci wygodniej. Zresztą zgodnie z zaleceniem Octopusa powinnaś leżeć.
- Mam dosyć leżenia – jęknęła. – W Mungu całe dnie tylko leżałam i leżałam, a teraz pewnie i tak nie zasnę. Tak jak i ty. To o co chodzi śmierciożercom? To kara za aresztowanie Deana?
Ginny pokręciła głową.
- Tak naprawdę to nie wiem – odparła. – A my nie powiedzieliśmy wam wszystkiego. Nie chcieliśmy psuć wam świąt aż to wszystko się wyjaśni, poza tym... Poza tym ty i twoje dziecko... – mruknęła, patrząc na nią przepraszająco.
- Ale o czym ty mówisz? – Hermiona usiadła wyprostowana na łóżku.
- Nawet nie wiem jak ci to powiedzieć...
Odwróciła się do niej bokiem i ułożyła śpiącego Jamesa na środku łóżka, tak jakby miał spać między nią a Harrym. Dłoń położyła na jego brzuszku, żeby czuł jej obecność.
- Tydzień temu byliśmy w Dolinie Godryka – zaczęła. Nie odwróciła się do przyjaciółki, patrzyła cały czas na śpiącego synka. – Po nowym roku mamy tam wreszcie wrócić i Harry chciał mi pokazać jak teraz wygląda nasz dom i co jeszcze będzie tam trzeba zrobić. Zostawiłam Jamesa w salonie pod opieką Harry’ego i zaklęć ochronnych i poszłam na krótki spacer. Wiesz, że w kącie ogrodu, pod lasem, jest grób Potterów, prawda? – Hermiona kiwnęła głową. – No więc poszłam tam. I za nim zobaczyłam kolejny nagrobek, którego nigdy tam nie było...
- Chcesz powiedzieć, że... – przerwała jej zszokowana Hermiona.
- To był grób Harry’ego – potwierdziła, kiwając głową – z datą dwudziesty czwarty grudnia...
- Przecież to dzisiaj!
- Tak, wiem... – mruknęła.
Hermiona spojrzała na nią przerażona. Ginny rzuciła okiem na okno. Na zewnątrz nie było już żadnych rozbłysków zaklęć. Już po wszystkim? Czy walka przeniosła się gdzieś indziej? I co z Harrym? Dlaczego jeszcze nie wrócił?
Nagle na schodach rozległy się szybkie kroki; ktoś wbiegał na górę. Wkrótce drzwi otworzyły się, ukazując Rona.
- Ginny! – rzucił na wydechu. – Aurorzy czekają na ciebie na dole.
Oparł się o framugę, ciężko oddychając i spoglądając na siostrę.
- Wiesz, co z Harrym? Już po wszystkim? – zapytała, wstając i biorąc Jamesa na ręce.
- Nie bardzo, a oni nie chcą nic mówić.
- To znaczy, że nie ma z nimi Harry’ego?
Ron pokręcił głową.
- Ginny, zostaw Jamesa – powiedziała Hermiona, wyciągając do niej ręce. – Ja się nim zajmę przez ten czas – zaproponowała.
Ginny biła się z myślami. Czy powinna rozstawać się z Jamesem? Ale Hermiona i Ron to jego chrzestni, więc...
- Może będziesz musiała iść z nimi do Biura, więc po co miałabyś ciągnąć ze sobą jeszcze tego malca? – zauważyła Hermiona.
- Dzięki, Hermiono, ale nie powinnam obarczać cię...
- Och, daj spokój – żachnęła się. – W przyszłości ty zajmiesz się moim, jak zajdzie taka potrzeba.
Oby nigdy w przyszłości nie było u was takiej potrzeby, pomyślała Ginny, a głośno powiedziała:
- Okej, w porządku. – Podała Jamesa Hermionie, pochyliła się nad nim i całując go w czółko, szepnęła: – wrócę z twoim tatusiem. Mam nadzieję. Hermiono, połóż się obok niego, niech czuje czyjąś obecność – zwróciła się do niej, gdy stanęła wyprostowana, po czym wyminęła Rona i wybiegła na schody.
W kuchni czekało na nią dwóch aurorów, rozmawiających z jej ojcem. Jeden z nich kiwnął głową do starszego i wyszedł na zewnątrz. Ojciec i starszy mężczyzna podeszli do niej. Auror wyciągnął rękę.
- Dobry wieczór, pani Potter – przywitał się. – Spotkaliśmy się już kiedyś.
- Paul Laughter – powiedziała, kiwając głową. – To prawda. Czy tym razem Harry nie... – Nie była w stanie dokończyć pytania.
Usiadła na krześle. Poczuła, jak ojciec kładzie rękę na jej ramieniu i mówi coś do niej. Zgodziła się, nawet nie wiedziała na co, dopiero, gdy tata włożył jej do rąk kubek z gorącą herbatą, zrozumiała. Wypiła kilka łyków.
- Muszę przyznać, że nie wiem – powiedział Paul. – Nikt nie jest w stanie powiedzieć, co się tak naprawdę stało. Pani mąż po prostu zniknął.
- Zniknął? Jak to zniknął? – Poderwała głowę, spoglądając na niego.
- Wszyscy walczyliśmy – zaczął wyjaśniać. – To była walka jeden na jednego, więc każdy zajął się swoim przeciwnikiem. W rozbłyskach zaklęć trudno coś dostrzec, ale widziałem Harry’ego... On miał najgorzej... Był jeden przeciwko trzem... Udało mu się powalić dwóch, ale ten trzeci... z początku stał z boku i obserwował. Potem zobaczyłem tylko blask czerwonego światła i obaj zniknęli.
- Deportowali się? – zapytał Artur.
- To możliwe. Niestety nie wiemy gdzie. Po tym pozostali śmierciożercy też zniknęli. Obecnie sprawdzamy wszystkie miejsca, o których dowiedzieliśmy się od Deana Thomasa.
- Jak to się stało, że żadnego z nich nie złapaliście? – zapytała Ginny. – Przecież sam pan zauważył, że to była walka jeden na jeden! I dlaczego nikt nie pomógł Harry’emu?
- Mieli nieautoryzowane świstokliki, dzięki którym mogli się deportować – odparł. Usiadł obok niej i ujął jej dłoń. – Pani Potter, muszę o to zapytać. Czy w ciągu ostatnich miesięcy ktoś nieznajomy rozmawiał z Harrym? Kontaktował się z nim?
Ginny patrzyła na aurora jak na wariata. Kto ze śmierciożerców miałby się z nim kontaktować? Raczej woleli go zabić niż rozmawiać.
- Nie wiem o czym pan mówi – powiedziała.
- Sądzimy, że dzisiejszy atak nie był przypadkowy.
- A nie pomyśleliście, że chcieli zakończyć sprawę grobu Harry’ego w Dolinie Godryka? By stało się to faktem?
Po tych słowach poczuła jak ojciec zacisnął dłoń na jej ramieniu. Uświadomiła sobie, że o tym nie wiedział nikt z rodziny oprócz Hermiony, która i tak dowiedziała się o tym kilka minut temu.
- Bierzemy tę możliwość pod uwagę, pani Potter – powiedział Paul.
Za oknem rozbłysło światło z różdżki i rozległo się pukanie do kuchennych drzwi. Artur podszedł do nich i otworzył je na całą szerokość. Na zewnątrz rozlegały się odgłosy szamotaniny. To byli Harry i auror, który wcześniej wychodził.
- Harry!
- Potter!
Ginny i Paul krzyknęli zgodnie na jego widok, podrywając się ze swoich miejsc, gdy obaj mężczyźni weszli do środka.
- Odwal się ode mnie! – warknął Harry, wyrywając się z uścisku swojego kolegi. – Nic mi nie jest i już mnie sprawdziłeś, więc pozwól, że teraz podejdę do żony, w porządku?
Podszedł do Ginny i wziąwszy ją w ramiona pocałował, nie zważając na obecnych.
- Gdzie James? – zapytał cicho.
- Na górze, z Hermioną i Ronem – szepnęła.
- To dobrze.
Przytulił ją mocniej. Ginny wyczuła, jak pod szatą drżą jego napięte mięśnie. Coś nie do końca było z nim w porządku. Czyżby to była reakcja na zaklęcia torturujące? Na Merlina, co się z nim działo tej nocy? I dlaczego chce to ukryć przed aurorami?
- Nie pozwól, żebym się przewrócił – powiedział jej na ucho, tak żeby tylko ona go usłyszała. Syknął, gdy wzmocniła uścisk, lecz po chwili zwrócił się mocnym głosem do Paula Laughtera. – Chciałbym spotkać się z Gawainem i tobą najszybciej jak to będzie możliwe. Nawet jutro rano. Tylko my trzej – zastrzegł.
- Ale... – Mężczyzna próbował oponować.
- Tak, wiem Paul, że są święta, ale to nie może czekać – wycedził Harry przez zęby. – Wszystko wyjaśnię wam jutro, a teraz, jeśli pozwolicie, zamierzam odpocząć u boku żony i syna.
Odwrócił się i powolnym krokiem wszedł wraz z Ginny na schody.
- Potter! Chyba należą się nam jakieś wyjaśnienia! – krzyknął za nim Paul.
Harry zatrzymał się. Zamknął oczy, modląc się w duchu o spokój i spojrzał przez ramię.
- Do zobaczenia jutro, Paul. O świcie czekam na wiadomość od was o terminie spotkania. Potem przekażę wam informację o jego miejscu. Dobranoc.
Obrócił się ponownie i podpierając się o barierkę wspiął się wyżej.
- Potter! – Laughter nie dawał jednak za wygraną. – Co to ma znaczyć? Dlaczego nie możemy spotkać się w Ministerstwie Magii?
Harry zamierzał coś odpowiedzieć, ale Ginny stanęła między nim a aurorem, tyłem do niego i z założonymi rękami na biodrach.
- Nie chcę być nieuprzejma, panie Laughter, ale to była ciężka i dość długa noc dla nas wszystkich – powiedziała. – Jeśli nic już nam w tej chwili nie grozi, to proszę o trochę spokoju dla mieszkającej w tym domu rodziny. A mój mąż nie zamierza nic ukrywać, więc ze względu na to, co przeszedł w ostatnich kilku godzinach, proszę o wykazanie cierpliwości i zrozumienia. Dobranoc.
Podeszła do Harry’ego i wsuwając się pod jego ramię zrobiła z siebie żywą podporę, by tak pomóc mu wspiąć się na górę.
Skonsternowany mężczyzna spojrzał na stojącego z boku Artura Weasleya, który westchnął.
- Radziłbym posłuchać mojej córki – powiedział. – Potrafi być przekonująca, gdy zachodzi taka konieczność i myślę, że nie chciałby się pan przekonać jak bardzo.
Tymczasem Potterowie zatrzymali się przed sypialnią. Pod Harrym ugięły się kolana i musiał oprzeć się o pobliską ścianę, inaczej znalazłby się na podłodze. Ginny ukucnęła przy nim.
- Wszystko w porządku, Harry? Mam poprosić Rona i Hermionę, żeby poszli do siebie i zostawili nas samych?
Kiwnął głową na zgodę. Odetchnął głęboko kilka razy, wyciągnął spod szaty różdżkę i rzucił na siebie Zaklęcie Kameleona. Ginny zaczekała chwilę, aż przybierze wygląd otoczenia i weszła do środka. Harry wsunął się za nią i podszedł do okna po drugiej stronie pokoju. Zobaczył, że przyjaciele doskoczyli natychmiast do niej, atakując ją pytaniami o niego. Ginny spokojnie i stanowczo powiedziała, że chce zostać na razie sama z Jamesem i jak tylko będzie coś więcej wiedziała da im znać.
Lata praktyki uciekania przed fanami i reporterami sportowymi „Proroka Codziennego” do czegoś się przydały, pomyślał, patrząc na nią z dumą.
Ginny odebrała od Hermiony śpiącego chłopca, podziękowała obojgu za pomoc i, życząc im dobrej nocy, wyprosiła ich na zewnątrz.
Nim zdążyła ułożyć dziecko w łóżeczku usłyszała szept dobiegający z głębi pomieszczenia; to Harry rzucał zaklęcia wyciszające i blokujące drzwi. Chwilę potem usłyszała jęk starych sprężyn na łóżku i jego głębokie westchnienie.
Odwróciła się do niego, by zobaczyć wyłaniającą się spod szaty zakrwawioną koszulę na piersi i plecach.
- Harry! Czemu nic nie powiedziałeś? – krzyknęła przerażona, podbiegając do niego.
Bardzo ostrożnie pomogła mu się rozebrać.
- To nic – mruknął. Syknął, gdy próbowała odkleić materiał od jednej z ran. – Potrzebuję tylko dyptamu, eliksir przeciwbólowy i trochę snu – wyjaśnił zachrypniętym głosem. – I będzie okej.
- Skąd mam ci wziąć to wszystko?
- Zawsze mam je przy sobie. Aurorskie przyzwyczajenie – dodał, przywołując z torby kilka buteleczek.
Ginny wyciągnęła z jego dłoni jedną z nich, z esencją dyptamu.
- Połóż się. Posmaruję ci plecy.
Zanim się położył, wypił kilka łyków eliksiru przeciwbólowego. Wziął od niej dyptam i po usunięciu zakrzepłej krwi, wylał kilka kropel na klatkę piersiową i rozsmarował ją na sobie. Stęknął mimowolnie z bólu, bo kiedy kładł się na brzuchu potarł świeżymi bliznami po pościeli. Odłożył okulary na boczną szafkę i ułożył głowę na boku na ramionach.
Ginny ulękła obok niego na łóżku i kolistymi ruchami zaczęła wsmarowywać eliksir, jednocześnie robiąc mu masaż.
- Co oni ci zrobili?
- Kilka Cruciatusów i niezbyt sprawnie rzucona Sectumsempra. Dlatego aż tak bardzo nie krwawiłem.
- Co?
Wyprostowała się, patrząc zszokowana na niego.
- Normalnie wykrwawiłbym się po niej na śmierć... – zaczął, ale gdy zobaczył jej minę, wyciągnął rękę spod głowy i dotknął jej policzka. – Tamten nie chciał mnie zabić. Byliśmy obserwowani, a on musiał pokazać, że ma nade mną przewagę.
Zamknął oczy i wrócił kilka godzin wstecz, do chwili, gdy odzyskał przytomność w nieznanym miejscu. Ginny nie musiała znać szczegółów.
Gdy otworzył wtedy oczy, stwierdził, że siedzi pod ścianą, z rękami skrępowanymi za plecami. Było mu potwornie zimno, mimo że pomieszczenie było niewielkie i oświetlone dogasającym ogniem z kominka. Z boku stał połamany stół i jedno krzesło.
Rozległo się skrzypienie otwieranych drzwi. Nie zdążył sprawdzić kto wszedł, bo zaklęcie Cruciatus poderwało go w powietrze i przeszył go rozdzierający ból.
Kiedy upadł na ziemię zobaczył stojącą nad sobą czarną plamę i dopiero po kliku minutach zrozumiał, że to jeden z jego prześladowców. Na twarzy miał maskę a głowę przykrywał kaptur.
- Witam w piekle, Potter – usłyszał głos swojego informatora.
Drżąc na całym ciele wsparł się plecami o ścianę, próbując wstać. Nie było to łatwe ze związanymi dłońmi i bólem wszystkich mięśni. Gdy mu się to wreszcie udało, śmierciożerca machnął różdżką i kolejny Cruciatus ponownie zwalił go z nóg. Powtórzyło się to kilka razy, zanim tamten stwierdził, że „na razie wystarczy”. Magiczne pęta, krępujące mu dłonie, zniknęły.
Leżąc na zimnej podłodze i ciężko oddychając, Harry spojrzał na swojego kata.
- Co zamierzasz ze mną zrobić? – Z trudem pozbył się drżenia w głosie. Wiedział, że za żadne skarby nie będzie błagać o litość. – Chcesz mnie zabić, prawda?
- Nie – powiedział mężczyzna. – Jesteś mi potrzebny, ale tamci obserwują nas z zewnątrz, więc wybacz, gdy będę musiał użyć innych zaklęć. Tak jak teraz.
Mężczyzna poruszył różdżką i z piersi i pleców Harry’ego trysnęła krew. Jęknął z bólu, błądząc dłońmi po szacie mokrej od krwi. Nie spodziewał się Sectumsempry. Zaczęły pojawiać mu się mroczki przed oczami, jednak tamten uklęknął przy nim i zaczął przesuwać nad nim różdżką, mamrocząc przeciwzaklęcia. Rany powoli zaczęły się zrastać a krew przestała płynąć.
- Potter! – syknął tamten. – Wiem, że to nie będzie proste, ale musisz mnie wysłuchać. Dasz radę?
Harry z trudem kiwnął głową. Nie miał wyjścia. Wiedział, że tamten nie żartuje i w każdej chwili może ponownie rzucić Cruciatusem albo Sectumsemprą.
- Nie jestem jednym z nich, choć pewnie tak uważasz, ale wiem, że potrzebujecie szpiega w ich szeregach i ja mogę ci to załatwić. Możesz traktować mnie tak, jak Dumbledore traktował Snape’a przed laty. A teraz słuchaj. W ministerstwie jest ktoś, kto przekazuje im wiadomości. To dzięki niemu, najpilniej strzeżonym śmierciożercom udało się wczoraj uciec. Nie wiem kim on jest, ale może być aurorem. Rozumiesz?
Kilka sekund zabrało Harry’emu przyswojenie informacji, którą dopiero co usłyszał. Kiwnął głową.
- Ten sam człowiek może być odpowiedzialny za śmierć Thomasa.
Na zewnątrz rozległy się suche trzaski aportacji. Mężczyzna wcisnął mu do ręki starą puszkę po napoju.
- Musisz uciekać. To świstoklik, który zabierze cię prosto do domu Weasleyów. Inaczej nas obu zabiją. Ja jakoś się wytłumaczę.
Harry spojrzał ostatni raz na informatora.
- Kim jesteś? Wiem, że skądś cię znam.
Śmierciożerca zsunął kaptur z głowy i zdjął maskę. Harry zamarł zaskoczony, widząc jego czarnoskórą twarz i lekko skośne oczy.
- Jestem Blaise Zabini.
Chwilę potem Harry poczuł szarpnięcie w okolicach pępka i otoczyła go gęsta ciemność.
Wracał do domu.

2 komentarze: