sobota, 23 czerwca 2012

117. Konsekwencje pewnej imprezy


James otworzył maleńkie ślepka, spojrzał na Harry’ego, a potem ziewnął szeroko.
- Chwila dla ojca i syna – powiedział głośno Ron, który stanął nad nimi.
Ledwo zdążył to powiedzieć niemowlę skrzywiło się i zaczęło płakać. Ginny odwróciła się i wzięła synka z rąk Harry’ego.
- Co się stało, maluszku? – spytała. – Przestraszyłeś się wujka Rona? Bo chyba nie tatusia?
- To może ja zawiadomię resztę rodziny... – bąknął Ron i wybiegł z domu.
Harry przyjrzał się swoim najbliższym. Ginny była wyraźnie zmęczona po trwającej wiele godzin akcji porodowej. Zanim wszedł, a raczej wbiegł, prawie rozwalając drzwi do domu, był przerażony jej krzykiem. Miał wrażenie, że ktoś ją torturuje. Uspokoiła go Hermiona, która szeptem powiedziała: „Rodzi się nowe życie” i uspokajający głos Molly Weasley ze środka, która pomagała niczym wytrawna akuszerka. Teraz Ginny tuliła małego do siebie i cicho szeptała uspokajające słowa, a na jej ustach gościł błogi uśmiech, gdy patrzyła na Jamesa. „Mam syna”, pomyślał. Z każdą chwilą dostrzegał podobieństwa do siebie i Ginny. Czarne włoski miał po nim, chyba że mu się jeszcze wytrą, ale nosek i kilka piegów miał po Ginny, tego był pewny.
- Dobrze by było, gdybyś się położyła – zauważyła babcia Molly – bo tu nie jest odpowiednie miejsce do odpoczynku.
- Tylko jak? – spytała Ginny. – Ja nie powinnam się teraz ruszać...
- Ja was wezmę – powiedział Harry.
Wstał i wsunął ręce pod jej plecy i kolana.
- Harry, nie! Przecież obydwoje trochę ważymy – mruknęła cicho Ginny, wskazując na siebie i śpiącego synka.
- No to co? Wykorzystam Zaklęcie...
- Nie kończ – warknęła Ginny. – Wiem do czego zmierzasz.
- To może ja wezmę Jamesa – przerwała im Molly. – I tak trzeba go umyć.
Wyciągnęła wnuczka z rąk matki i zaniosła na górę. Ginny ułożyła głowę na ramieniu Harry’ego, który powoli wspiął się za nimi.
- Jestem taka zmęczona – mruknęła, gdy wchodzili po schodach – ale jednocześnie szczęśliwa, bo mogę go wreszcie przytulić... A ty? Co czujesz?
- Kocham was oboje – odparł. Nie chciał mówić jej jak bardzo się denerwował jeszcze kilka minut temu.
Zaniósł ją do sypialni. Z łazienki słyszeli plusk wody i płacz dziecka. Ginny chciała tam zajrzeć, ale w progu pojawiła się Molly, niosąc Jamesa ubranego w śpioszki z wyszytym na brzuszku smokiem.
Podała małego Ginny, która ułożyła się lekko na boku, kładąc dzieciątko obok siebie. James spojrzał na nią zapuchniętymi oczkami, jakby sprawdzał, kto go teraz przytula, zakwilił cichutko i przyssał się do niej po raz pierwszy.
- Jaki słodki widok!
Do pokoju wpadli bliźniacy. Podeszli bliżej łóżka.
- No i patrz, Fred – zaczął George – najmłodsi w rodzinie, a już się postarali o wnuka dla naszej stroskanej mamy.
- To Bill był pierwszy – zaprotestowała Ginny słabym głosem.
- Ale nie zaprzeczysz, że jesteś najmłodsza – powiedział Fred.
- Ty, patrz! – George szturchnął brata w ramię – cały Potter.
- No, nie wiem – Fred zmrużył oczy, przyglądając się dziecku. – Coś musi mieć z Weasleya...
Mały zamlaskał i otworzył ślepka.
- Ale on ma duże oczy! – wykrzyknął George. – Tylko dlaczego niebieskie?
- Bo ich kolor kształtuje się w ciągu kilku tygodni – wyjaśniła Molly.
- Jak myślicie, jakie będą? – spytał Fred.
- Na pewno będzie miał brązowe, po mamie – mruknął Harry.
- A dlaczego nie zielone, po tacie, co? – Ginny spojrzała na niego.
Harry wzruszył ramionami.
- Wolałbym twoje... – szepnął.
- Chłopcy, Ginny powinna teraz odpoczywać – odezwała się Molly. – Spotkacie się z nią jutro...
- Wiecie co? Musimy to oblać – zadecydował Fred z błyskiem w oczach. – Idziemy!
- Ginny, mam nadzieję, że się nie obrazisz, gdy porwiemy ci Harry’ego? – zapytał George. Chwycił Harry’ego za ramię i pociągnął do wyjścia.
- Fred, George! Nie mogę ich teraz zostawić! – krzyknął Harry, wyrywając rękę z uścisku szwagra.
- Idź, nie przejmuj się – powiedziała Ginny, machając do niego ręką. – I tak dzisiaj nie będzie ze mnie pożytku, a mały zaraz zaśnie.
- Postaram się wrócić najszybciej jak się da...
Pochylił się nad nimi, pocałował ją w usta, a małego w czółko, i razem z Fredem i George’em opuścił pomieszczenie. Jeszcze z dołu Ginny usłyszała trzask zamykanych drzwi. Spojrzała na mamę.
- Jak ja ci się odwdzięczę? – spytała. – Przecież masz tyle roboty w domu w związku z nadchodzącym podwójnym weselem tych panów, którzy właśnie porwali mi męża!
- Dla mnie to drobiazg, córeczko – uśmiechnęła się Molly. – Obiecałam ci kilka miesięcy temu, że będę w tym momencie przy tobie, więc jestem, poza tym ślubu nie będzie u nas...
- A gdzie?
- Chyba nikt nie wie – powiedziała mama. – No, może poza samymi zainteresowanymi. A ty odpocznij i niczym się teraz nie przejmuj. Jakby co, to ja się Jamesem zaopiekuję.
- Jest taki grzeczny... – Ginny pogłaskała małego po główce.
- Na razie – mruknęła sceptycznie Molly. – Już niedługo przekonamy się po kim odziedziczył swój charakterek, skoro w ciąży tak cię ostro kopał.
Gdyby wiedziała jak słuszne było to „niedługo”...

Fred i George wyciągnęli Harry’ego na zewnątrz. Za furtką Harry wyrwał w końcu rękę z ich uścisku i stanął przed nimi w bojowej pozycji.
- Gdzie mnie ciągnięcie? – warknął. – Powinienem zostać z nimi! – Wskazał ręką na dom.
- Ty – Fred spojrzał na George’a – on to mówi serio?
- Chyba tak. A jakbyśmy rzucili na niego Confundusa, bo Imperiusa raczej bym nie próbował... – zaproponował George.
- Ani mi się ważcie! – krzyknął Harry.
- Pewnie jego koledzy nadal wszystko kontrolują – stwierdził Fred i pokiwał ze zrozumieniem głową.
- Wiesz co, Harry? Każdy porządny ojciec musi się upić po narodzinach swojego dziecka.
- Ani Remus, ani Bill... – zaczął Harry.
- Kiedy oni zostali ojcami były inne czasy – stwierdził Fred.
- A teraz są inne? – spytał ironicznie.
- Harry, daj spokój – żachnął się George – Ginny nie została sama, zresztą na pewno razem z tym waszym maluchem właśnie zasnęła. Poza tym...
- Wiesz co, George – Fred mrugnął do brata i chwycił Harry’ego z jednej strony za ramię, na co jego brat zrobił to samo z drugiej – koniec tego gadania. Zabieramy go ze sobą. Najwyżej zwymyśla nas na miejscu.
Okręcili się i w następnej chwili już ich nie było.

Harry dotknął stopami chodnika i rozejrzał się. Byli na Charing Cross Road. Mugole zmierzali w sobie tylko znane strony, potrącając go i nie przejmując się dziwnym pojawieniem się znikąd trzech dorosłych mężczyzn.
- Dziurawy Kocioł? – zapytał zaskoczony Harry.
- Hanna i Ernie dają ci dzisiaj niewyczerpany dostęp do wszystkiego.
- Hanna i Ernie? – powtórzył z niedowierzaniem.
- No, Hanna Abbott i Ernie Macmillan. To oni kupili go od Toma. Chodź.
Fred podszedł pierwszy do małego pubu i otworzył drzwi. Gestem zaprosił Harry’ego do środka. George, który stał z tyłu pchnął Harry’ego w plecy i razem przekroczyli próg.
Za barem rzeczywiście stała Hanna Abbott i z uśmiechem podała chłopakom po kuflu kremowego piwa.
- Gratuluję, Harry – powiedziała. – Chyba jesteś pierwszy z naszego rocznika, któremu rośnie następne pokolenie! Jak Ginny?
- Odpoczywa w domu.
- Pozdrów ją od nas.
- Hej, tam dalej czekają inni na młodego tatę – zawołał Fred, ciągnąc Harry’ego do odległego kąta pubu.
Kiedy podeszli rozległ się donośny, głęboki głos Kingsleya Shacklebolta:
- Nasze gratulacje, Harry!
- Kingsley! Przepraszam, panie ministrze... – bąknął Harry na jego widok.
- Dzisiaj jestem tu prywatnie – rzekł Kingsley. 
Wszyscy zebrani zaczęli poklepywać go po plecach. Oprócz Kingsleya i bliźniaków był Ron, Percy i Mark Newton z Biura Aurorów.
- Chcieliśmy wyciągnąć też Billa, ale wykręcił się, że musi pomóc Fleur – wyjaśnił Ron.
- Sztywniak – stwierdził George. – Zrobił się gorszy od ciebie Percy.
- Od dawna wiedziałem, że jest pod jej pantoflem – prychnął Fred. – Czar wili nadal działa...
- Ciekawe co ty będziesz mówił za kilka tygodni... – mruknął Percy.
Do ich stołu podszedł Ernie z butelką Ognistej Whisky.
- Panowie, to dla was. Na koszt firmy. W Dziurawym Kotle od lat chyba nie było takiej imprezy!
- Dzięki Ernie. Przyłącz się do nas! Hanna sobie poradzi!
Po wielu namowach Ernie usiadł w końcu między nimi.
- No to za co wznosimy toast? – zapytał Percy.
Siedzący obok niego Mark trzepnął go w łeb.
- Za zdrowie młodego Pottera, oczywiście! – wykrzyknął. – A za kogo innego?
- I jego rodziców!
Nikt nie zaprotestował i wszyscy wypili do dna. Następnie ktoś rzucił hasło "Za dziadków!" „Za wujków!” i „Kolejnych Potterów!”, a potem... Harry stracił rachubę. Jedna butelka Ognistej zamieniła się wkrótce w trzy butelki. Co chwila ktoś mu dolewał kolejną porcję i po pewnym czasie nie był już niczego pewny, bo wszystko jakoś tak się rozmyło i zlało w wielobarwny kalejdoskop...

Harry powoli odzyskiwał świadomość, choć wciąż nie otwierał oczu. Okropnie bolała go głowa i wszystkie mięśnie, ale mimo to otaczała go jakaś nieopisana błogość... Czuł zapach morskiego wiatru i jeszcze czegoś... Czegoś, czego nie mógł zidentyfikować.
Otworzył powoli oczy. To, co zobaczył sprawiło, że zdrętwiał i przez chwilę absolutnie nie mógł umiejscowić siebie w przestrzeni i czasie. Spał w obcym łóżku, w ubraniu, otulony świeżą pościelą... Wszędzie, gdzie nie spojrzał widział żółty kolor; żółty baldachim nad głową... takie same zasłony w oknie... Gdzie on jest, do cholery? Czemu nie w domu?
Wstał gwałtownie i podszedł do okna, za którym zobaczył ulicę Pokątną. Jest w Dziurawym Kotle... Powoli zaczynał sobie przypominać wczorajszy wieczór: szklanka Ognistej popijana kolejną szklanką... Rechot bliźniaków i trudny do zidentyfikowania śpiew Marka i Percy’ego...
Miał wrażenie, że żołądek przewraca mu się na drugą stronę. Nigdy by nie pomyślał, że ma tak słabą głowę.
Otworzył drzwi i zszedł na dół, do baru.
Przy bufecie stała Hanna.
- Widzę, że już wstałeś, Harry – przywitała się. – Chcesz kawy?
- Hanna... – wymamrotał, trzymając się za głowę. – Przepraszam... Co się wczoraj właściwie stało?
Kobieta odstawiła na bok dzbanek z kawą i odwróciła się do niego.
- Widzę, że tu przyda się coś mocniejszego – mruknęła i przywołała z zaplecza niezidentyfikowany eliksir. – Wypij, to najlepszy środek na kaca...
Harry bez zbędnych pytań wypił cały napój. Choć był okropny, od razu poczuł się lepiej.
- A gdzie reszta chłopaków? – zapytał.
- Wszystkim twoim kompanom pourywały się filmy... – mruknęła z zażenowaniem. – Choć ty byłeś pierwszy... Leżą teraz każdy w oddzielnym pokoju.
- Kingsleyowi też?
- Pan minister... wyszedł wcześniej. I chwała Merlinowi, bo widzisz... dzisiaj okazało się, że...
- No wyduś to z siebie! – warknął.
- Wczoraj był tu też ktoś z „Proroka” i opisał całą waszą libację.
Harry przeklął.
- No i oczywiście pojawiła się dziś informacja o narodzinach Jamesa. Bardzo mi przykro, Harry, że w takich okolicznościach...
- Nie twoja wina. Dzięki za wszystko Hanno i podziękuj też Erniemu. Podlicz wszystko i daj mi znać ile jestem wam winny.
- Nie ma sprawy, Harry. Wracaj do rodziny i niczym się nie przejmuj.
Harry podziękował jej jeszcze raz, wyszedł na mugolską ulicę i deportował się do domu.
------  
Ginny skrzywiła się i zakryła głowę poduszką. Gdzieś obok płakało dziecko. Dziecko? Bezwiednie dotknęła brzucha. Zaraz... Od razu wszystko do niej dotarło. Przecież to płacze James! Natychmiast wstała i poszła do pokoiku obok.
Mama kręciła się w tę i z powrotem z Jamesem na rękach.
- Ginny, co ty robisz? Powinnaś jeszcze leżeć.
- Mamo, chyba nie chcesz mi powiedzieć, że zajmowałaś się nim całą noc?
- Nie chciałam cię budzić, a my sobie bardzo dobrze poradziliśmy, prawda James? No, już nie płacz. Chcesz do mamusi?
Ginny usiadła w fotelu, a chwilę potem James znalazł się u niej na rękach. Od razu się uspokoił, gdy dostał jeść.
- A gdzie Harry? – zapytała, kiedy zorientowała się, że nie ma go obok niej.
- Jeszcze nie wrócił. Pewnie nadal świętują – mruknęła Molly z kwaśną miną.
Obie kobiety pokręciły głowami z dezaprobatą.
- No cóż... trzeba się było tego spodziewać, jeśli prowodyrami byli Fred i George...
Nagle przez otwarte okno wleciało kilka sów. Molly podskoczyła. Jedna z płomykówek usiadła obok Ginny, niosąc w dziobie najnowszy numer „Proroka”.
- Ciekawe, co tam słychać w świecie – powiedziała. – Mamo, możesz jej zapłacić?
- Czemu go czytacie? – spytała Molly, wsypując do woreczka kilka knutów.
- Harry chce być na bieżąco, a ja sprawdzam jak sobie dziewczyny radzą beze mnie... Na Merlina, a co to jest? – jęknęła, gdy pozostałe sowy upuściły listy na główkę Jamesa, który natychmiast zaczął płakać.
Molly rozerwała jedną z kopert.
- To listy z gratulacjami z okazji narodzin. Daj mi Jamesa, położę go do łóżeczka, a ty przejrzysz je w spokoju.
Ginny zebrała wszystkie pergaminy, gazetę i wróciła z powrotem do sypialni. Wszystkie listy od starych przyjaciół zawierały piękne słowa:

Z okazji narodzin Waszego maleństwa,
życzymy mu beztroskiego
i zdrowego dzieciństwa,
a Wam - odkrywania nowych uroków
wspólnego życia.

W innym:

Z okazji narodzin Waszego synka,
który swoim przyjściem na świat uradował tak wiele osób,
 życzymy Wam, aby rósł duży, silny i zdrowy,
i żeby był dla Was źródłem nieustającej radości.

Wszystkie były podobne. Oprócz ostatniego.

Szanowna pani Potter.
Nie znamy się, ale od lat jestem Pani wielkim fanem. Każdy mecz, na którym Pani grała rozpromieniał każdy, nawet najbardziej pochmurny dzień mojego życia.
Nie wszystkim jednak się to podobało i pisali różne rzeczy na Pani temat. Za każdym razem, gdy czytałem te cięte komentarze, wysyłałem tym pismakom różne rodzaje przekleństw.
Kiedy w zeszłym roku odeszła Pani z drużyny straciłem chęć do czegokolwiek. Zrozumiałem jednak, że chce się Pani zająć swoją rodziną.
W dzisiejszym wydaniu „Proroka Codziennego” przeczytałem, że urodziła pani chłopca. Gratuluję potomka. Pan Potter pewnie jest dumny, choć po wczorajszym zachowaniu, można by sądzić, że nie dorósł do bycia ojcem. Nie mnie jednak jest oceniać. 
Mam nadzieję, że niedługo się spotkamy.

Ślepo oddany i zakochany XXX


Przerażona Ginny odrzuciła pergamin i sięgnęła po leżącą obok gazetę. O czym pisał ten XXX? Kim on jest?
Gdy spojrzała na pierwszą stronę „Proroka” aż krzyknęła z bezsilnej złości. Nagłówek mówił sam za siebie.

PIJANY WYBRANIEC PO IMPREZIE
 Z OKAZJI NARODZIN PIERWSZEGO DZIECKA

Wczoraj w Dziurawym Kotle w Londynie, wraz z grupą przyjaciół, wśród których znalazł się sam minister magii Kingsley Shacklebolt, bawił się Wybraniec, Harry Potter.  A okazją do świętowania był oczywiście fakt pojawienia się tego dnia najmłodszego członka rodziny Potterów.
Okrzyki pobudzonych alkoholem mężczyzn pojawiały się co chwila i trwały do późnej nocy, a butelki z Ognistą Whisky opróżniały się i napełniały w ekspresowym tempie.
Anonimowy informator, który był w tym czasie w pubie, uwiecznił zataczającego się pana Pottera i właścicielkę baru, która wraz z jednym z jego przyjaciół próbowała nakłonić Wybrańca do opuszczenia pomieszczenia...

Przestała czytać. To było dla niej za dużo. Wstała, nałożyła szlafrok i wyszła z sypialni. W pokoiku dziecinnym babcia spała w fotelu, a w łóżeczku kręcił się James. Poprawiła kołderkę, którą był przykryty, palcem obrysowała mu czółko, nosek i policzki i włożyła do buzi smoczek w kształcie smoka.
Stała tak jakiś czas, obserwując śpiącego synka. Dopiero, gdy usłyszała otwierające się drzwi do domu, odwróciła się i zeszła na dół.
Zobaczyła jak Harry próbuje chyłkiem przedostać się do kuchni.
- Stój! – krzyknęła.
Harry skrzywił się i obrócił do niej.
- Ginny, kochanie... Nie powinnaś jeszcze leżeć?
Wyjęła różdżkę z kieszeni szlafroka i uderzyła nią kilka razy w otwartą dłoń, aż poleciały iskry.
- Dobrze się w nocy bawiłeś?!
Przywołała z góry „Proroka” i rzuciła mu go w twarz. Harry rozwinął gazetę, jęknął i opadł na kanapę.
- Jak mogłeś być tak nieodpowiedzialny?! A jeśli ktoś podałby ci jakąś truciznę? Gdybyś zginął? Harry, jesteś na ustach wszystkich, śmierciożercy czy kto tam teraz jest, mają ludzi wszędzie i z chęcią by się ciebie pozbyli, a ty pozwalasz sobie na taką beztroskę? Dobrze, że James jest jeszcze malutki i tego nie rozumie, bo nie wiem jak miałabym mu wytłumaczyć, że ma ojca idiotę!
- Ginny... tam byli tylko twoi bracia, Kingsley i Mark... – wybełkotał.
- A na dodatek wciągnąłeś w to wszystko Kingsleya! On jest ministrem, Harry! Osobą publiczną!
- Z tego co wiem, to wyszedł wcześniej...
Ginny wydała z siebie okrzyk pełen wściekłości, podnosząc ręce do góry.
- Skąd wiesz, że ktoś nie wykorzystał Imperiusa? Że nie wypił wielosokowego i podszył się pod któregoś z nich? A ta barmanka?
- To Hanna Abbott. Była z nami w GD... Masz od niej pozdrowienia...
- Harry! – warknęła.
- Wiem... masz całkowitą rację, Ginny... Jestem kretynem.
 Z góry rozległ się płacz dziecka. Ginny westchnęła.
- Masz szczęście, że James się obudził, bo nie wiem, co bym ci jeszcze zrobiła – syknęła i poszła na górę.

1 komentarz: