czwartek, 14 czerwca 2012

37. Hogwart - bezpieczny czy zagrożony?


Ginny stała przy kominku i nie patrzyła na Harry’ego jak odchodził.  Była zła. Nie na niego, że tak szybko zdecydował się na opuszczenie Nory, tylko na siebie i na całą tę sytuację, bo tak szybko go puściła. Odwróciła się, ale w drzwiach nikogo nie było, ani z rodziny, ani tym bardziej Harry’ego.
„Może jeszcze go zatrzymam” – pomyślała.
Podbiegła do drzwi i wbiegając do kuchni krzyknęła „Harry!”, ale w odpowiedzi usłyszała z zewnątrz suchy trzask. To był znak, że Harry właśnie deportował się do Hogsmeade.
- Mieliśmy się już nie rozstawać – szepnęła, opuszczając głowę.
Opuściła ręce ze smutkiem, odwróciła się na pięcie od rodziny, którzy spojrzeli na nią i wbiegła po schodach na górę. Weszła do swojego pokoju, zatrzaskując drzwi i podeszła do okna, prawie w całości oblepionego śniegiem. Nic jednak nie widziała, bo jej oczy zaszły mgłą. Naszły ją straszne myśli. „A jeśli ten list nie był od McGonagall? Jeśli wysłali go śmierciożercy i Harry jak tam dotrze wpadnie w pułapkę?” Zaczęło palić ją w gardle, a w kącikach oczu zapiekły łzy.
Nie chciała płakać, przecież to nie pierwszy raz, gdy Harry odchodzi. Przecież w przyszłym roku też nie będą cały czas razem, bo ona będzie kończyć Hogwart, a on zacznie się uczyć w szkole aurorów.  Tylko dlaczego tak to boli? Łzy same napłynęły jej do oczu.

Wioska Hogsmeade zawsze uważana była za jedyną miejscowość w Wielkiej Brytanii, w której nie mieszkał żaden mugol. Nikt się tu nie dziwił, gdy ktoś wyjął różdżkę i rzucił jakieś zaklęcie. Niezależnie, czy było to zwykle zaklęcie gospodarskie, czy zupełnie inne. Nikt jednak nie spotkał się z nikim, kto mógłby rzucać na głównej ulicy Zaklęcia Niewybaczalne. Od kilkuset lat, od kiedy w okolicy było powstanie goblinów, w wiosce było spokojnie, jeśli nie liczyć częstych wycieczek uczniów z pobliskiej szkoły magii i czarodziejstwa Hogwart, ale mieszkańcy już się do nich przyzwyczaili. Jednak ostatnia wycieczka uczniów odbyła się tutaj dwa lata temu przed świętami, gdy jedna z uczennic została potraktowana Imperiusem i ciężką klątwą. Od tamtej pory nikt tu już nie zaglądał. Zwłaszcza po śmierci ostatniego dyrektora Albusa Dumbledore’a w wiosce zrobiło się ponuro i cicho. Większość sklepów była zamknięta, a puby nie miały gości. Każdego przybysza traktowano dość chłodno i ostrożnie, z obawą, czy nie jest to śmierciożerca. 
Nagle na końcu ulicy Głównej pojawił się jakiś człowiek. Miał na sobie kurtkę, spod której wystawał szalik w kolorach czerwieni i złota. Jedną ręką trzymał rączkę ciężkiego kufra, który ciągnął za sobą. Z pewnością był jeszcze uczniem.
Chłopak wyciągnął z kieszeni różdżkę, rozejrzał się czy nikt go nie obserwuje i ruszył w stronę bramy Hogwartu. Jego czarne włosy rozwiał wiatr, ukazując bliznę na czole. Harry obejrzał się jeszcze raz. Ulica była nadal pusta a domki pokryte śniegiem sprawiały wrażenie opuszczonych.
Szedł ostrożnie. Powoli robiło się już ciemno i coraz mniej było widać. Mruknął „Lumos”, a różdżka rozjarzyła się delikatnym światłem, rozświetlając przed nim drogę. Myślał o dzisiejszym dniu. Zastanawiał się czy nie podjął decyzji pochopnie. Nawet nie sprawdził, czy ten list był rzeczywiście wysłany przez McGonagall. A jeśli to pułapka? A może ktoś podszył się pod McGonagall, żeby wywabić go z bezpiecznej Nory? Jeśli Hogwart jest już zaatakowany i tylko jego brakuje? Pokręcił głową. W tej chwili najważniejsze jest bezpieczeństwo uczniów, nie jego.
Skręcił, by po chwili zobaczyć olbrzymią bramę z kamiennymi kolumnami po bokach, zwieńczonymi skrzydlatymi dzikami. Za ogrodzeniem zobaczył kręcącą się postać gajowego Hogwartu. Podszedł bliżej.
Hagrid zatrzymał się po drugiej stronie bramy i spojrzał na zbliżającą się postać chłopaka.
- Harry, to ty? – spytał.
- Tak, ale odpowiedziałbym też tak, gdybym był śmierciożercą.
- Przecież nim nie jesteś. Wchodź.
Hagrid ubrany w swoją ulubioną kurtkę ze skórek bobrów podszedł jeszcze bliżej, wyciągając z kieszeni pęk kluczy i otworzył kłódkę spinającą zwisające łańcuchy. Brama otworzyła się ze zgrzytem.
- Hagrid, co się dzieje? I dlaczego nie ma tutaj żadnego aurora? – spytał Harry, rozglądając się dookoła.
W głowie miał mnóstwo pytań, ale Hagrid zamknął bramę i klepnął go po plecach.
- Cholibka, Harry! Graupek został strażnikiem bramy!
- Naprawdę? A gdzie on teraz jest?
- Poszedł do lasu poszukać sobie coś do jedzenia. Zaraz wróci.
- A co z Hogwartem?
- Na razie bezpieczny. Ale po tym co się stało ostatnio z ministrem, McGonagall boi się, że aurorzy mogą być w to wszystko zamieszani.
- Ja  też tak uważam – mruknął Harry cicho.
- W zamku są tylko zaufani ludzie z Zakonu – dodał Hagrid, gdy ruszyli zaśnieżoną ścieżką.
- Zaufani? – Harry spojrzał zaskoczony. – To znaczy kto?
- Tonks i Kingsley.
- Tylko?
- McGonagall nie chce wywoływać paniki wśród uczniów.
Doszli do zamku. W drzwiach frontowych stał Filch ze swoim nieodłącznym czujnikiem tajności i Panią Norris kręcącą się u jego stóp.
- Paniki? – spytał Harry zdziwiony, gdy już go minęli i zaczęli wspinać się po kamiennych stopniach prowadzących na pierwsze piętro. – Przecież większość uczniów czyta „Proroka”. Wiedzą co się dzieje.
- Nie mnie to oceniać. Trzeba iść na górę. Czekaliśmy tylko na twoje przybycie.
- Dobrze. Za chwilę przyjdę. Zostawię tylko rzeczy w gabinecie.
Harry zostawił Hagrida na korytarzu, a sam skierował się do drzwi gabinetu. Odpieczętował zaklęcia, które dla bezpieczeństwa rzucił przed wyjazdem do Nory i wszedł do środka. Gdy zamknął drzwi, oparł się o nie i odetchnął. Hogwart jest bezpieczny. Na razie. Wolałby pójść od razu do pokoju wspólnego i dormitorium, ale wiedział, że czeka go jeszcze poważna rozmowa z McGonagall w sprawie szkoły i powrotu uczniów ze świąt.  Rozebrał się z kurtki, kładąc ją  na sofie. Zawahał się. A co z Ginny i resztą, których zostawił? Wiedział, że Nora jest bezpieczna, ale czy na pewno? Jeśli Biuro Aurorów jest pod obserwacją śmierciożerców szybko dowiedzą się kogo strzegą zaklęcia ochronne. Rozpalił ogień w kominku. Czuł, że do początku nowego semestru nie opuści tego gabinetu, chyba tylko, żeby pójść spać do wieży Gryffindoru, albo do Wielkiej Sali na posiłki. I jak powiadomić przyjaciół, że wszystko z nim w porządku? Przez chwilę poczuł się tak, jakby wróciły rządy Umbridge – kominki pod obserwacją, może sowy też są przechwytywane? Czuł się znowu odcięty od świata i przyjaciół.
Wyszedł z gabinetu i korzystając ze swoich skrótów szybko wbiegł na siódme piętro. Stanął przed gargulcem i już otwierał usta, by podać hasło, gdy usłyszał sapanie. Odwrócił głowę i zobaczył zbliżającego się dość szybkim, jak na tak grubego człowieka, krokiem, profesora Slughorna, który podszedł bliżej trzymając się za lewą pierś.
- O, Harry. Widzę, że już wróciłeś – powiedział zdyszany.
- Panie profesorze, wszystko w porządku? – spytał Harry, podając mu rękę.
- Dlaczego ten gabinet jest tak wysoko? Nie jestem już młodzieniaszkiem. Nie mogli zrobić tego zebrania w pokoju nauczycielskim?
- Prawdopodobnie nie. Za chwilę pan odpocznie, tylko wejdźmy. Zna pan hasło?
- Tak. Albus – powiedział Slughorn, a  kamienna chimera strzegąca wejścia ożyła, odsłaniając ruchome schody, które delikatnie sunęły w górę. Weszli na nie i po chwili znaleźli się przed drzwiami gabinetu McGonagall.

Kilka godzin później Harry siedział przy biurku w swoim gabinecie. Jego myśli były daleko od leżących przed nim prac drugoklasistów, które miał do sprawdzenia. Po tym zebraniu i słowach McGonagall utwierdził się w przekonaniu, że jest bardzo źle. Nie mógł się skupić. Hogwart zagrożony, uczniowie w niebezpieczeństwie, nie wiadomo, czy pozostali będą mogli wrócić po świętach. Nawet nie zdał sobie sprawy, kiedy wstał i podszedł do kominka. Chociaż patrzył prosto w ogień zamiast płomienia widział twarz Ginny. Miał nadzieję, że w Norze wszystko jest w porządku.
Podszedł z powrotem do biurka, ale nie usiadł za nim. Wiedział, co musi zrobić. Sięgnął po czysty pergamin i maczając pióro w atramencie zaczął pisać.

Hogwart na razie jest bezpieczny, ale w każdej chwili mogą zaatakować nas śmierciożercy. Wasz powrót nie jest na razie możliwy. McGonagall ma poinformować wszystkich, jak i kiedy będą mogli wrócić. Moje podejrzenia dotyczące Biura Aurorów potwierdziły się. Kingsley i Tonks są w Hogwarcie, i to od nich mam te wieści. Nie wiem jak długo Nora będzie bezpieczna. Miejcie się na baczności. Możliwe, że śmierciożercy niedługo dowiedzą się, co oprócz Hogwartu i ministerstwa jest chronione najpotężniejszymi zaklęciami.
Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku.
Za kilka dni dam Wam znać o możliwości powrotu.
                                                             Harry
PS. Ucałujcie ode mnie Ginny.


Zwinął pergamin, napisał jeszcze na wierzchu „Ron i Hermiona” i szybkim krokiem opuścił gabinet. Było już dobrze po północy. Szedł ciemnymi korytarzami Hogwartu w stronę sowiarni. Wiatr za oknami uderzał w szyby, ale on nie zwracał na nic uwagi. Żałował tylko, że nie napisał oddzielnego listu do Ginny. Bał się, że list może zostać przechwycony. A w tym liście i tak napisał za dużo.
Wszedł do sowiarni i zapalił różdżkę. W pomieszczeniu było mało sów, bo większość poleciała na nocne łowy. Na górnych żerdziach siedziało jednak kilka sów, bo widać  było ich świecące oczy, w których odbijało się światło padające z różdżki. Pokryta słomą podłoga delikatnie trzeszczała, gdy przechodził poszukując odpowiedniej sowy. Nie chciał wysyłać Hedwigi. Była zbyt rozpoznawalna. Stanął na środku i rozejrzał się. Hedwiga sfrunęła do niego, siadając mu na ramieniu. Harry pokręcił głową i szepnął:
- Nie możesz lecieć. Nie chciałbym ciebie stracić. Już raz miałaś złamane skrzydło, pamiętasz?
Pogłaskał ją po główce, a Hedwiga poruszyła się delikatnie na jego ramieniu, ale nie odleciała. Zahuczała tylko cicho. Podszedł do najbliższej płomykówki, przywiązał do jej nóżki list i wypuścił ją przez okno.
- Żeby tylko spokojnie doleciała – szepnął i zostawiając Hedwigę na najbliższej krokwi wyszedł z sowiarni.

Kilka dni później Harry siedział znowu w gabinecie i czekał na powrót uczniów, a najbardziej Ginny, Rona i Hermiony. McGonagall stwierdziła, że nie można już bardziej wydłużać ferii świątecznych i zgodziła się na ich powrót. Większość uczniów już wróciła, nie było już tylko najbliższych mu osób. Każdego ucznia, który wracał przez kominek do Hogwartu, witał cichym „dobry wieczór”, albo „cześć”, a potem odprowadzał wzrokiem utkwionym w starym pergaminie leżącym na jego biurku. Mapa Huncwotów spełniała swoje zadanie znakomicie.
Wczoraj wysłał w końcu do Nory Hedwigę z wiadomością, że mogą wrócić, ale oni nie odpowiedzieli. „A jeśli coś się stało? Jeśli Hedwiga nie doleciała do Nory? A może wróciła, tylko w drodze powrotnej została przechwycona przez śmierciożerców?”
Takie myśli błądziły w jego głowie od południa, bo od tej pory mieli wszyscy wracać. Dotknął różdżką mapy, mruknął „koniec psot” i wstał od biurka. Teraz już wiedział, co czuła pani Weasley, gdy przed świętami tak późno dotarli do Nory. Spojrzał w okno. Za górami, niebo zmieniało kolor na głęboką czerwień – słońce powoli zachodziło, ustępując nieba pojawiającym się z drugiej strony gwiazdom. Doszedł do kominka, ale ogień w tej samej chwili zamienił się w szmaragdowy. Odsunął się, wyciągnął różdżkę i wpatrzył się w postać wirującą w płomieniach.
- Hermiona?
Tak, to była ona. Hermiona zeszła powoli z paleniska z opuszczoną głową i podeszła do niego. Jej mina nie zdradzała niczego dobrego.
- Co się stało? – spytał, chowając różdżkę. – Coś z Ginny? Nie ukrywaj tego przede mną, nawet jeśli...
Hermiona pokręciła głową i spojrzała w kierunku kominka. Po chwili w płomieniach pojawiła się Ginny. Gdy ją zobaczył od razu odetchnął. „A więc coś się stało w Norze. Może Ron?”
Patrzył na nie zdenerwowany, ale one tylko zerkały co chwila na siebie i kręciły głowami. W końcu nie wytrzymał.
- Powiecie w końcu o co chodzi? Cały dzień się zamartwiam, że was jeszcze nie ma!
Dziewczyny parsknęły śmiechem.
- Wszystko w porządku. – Ginny podeszła do niego, ściskając lekko jego rękę.
- To był pomysł Rona, żeby cię trochę nastraszyć – dodała Hermiona.
- Rona? Gdzie on jest? – warknął. – Zabiję go, jak tu dotrze!
- Harry, spokojnie. Zaraz będzie. Chcieliśmy zabrać ze sobą Hedwigę, ale ona nie chce wejść z nami do kominka.
- Hedwigę?
W kominku zaszumiało. Wszyscy odwrócili się w tamtą stronę. W zielonych płomieniach pojawił się wysoki, rudy chłopak ze zgiętą ręką, na której siedziała sowa śnieżna.
Ron wyszedł z kominka, wyciągnął kufer i spoglądając na dziewczyny i Harry’ego powiedział:
- Boże, jak dobrze znowu być w szkole. Harry, Hedwidze nic nie jest. Jest tylko trochę... yhm, poturbowana, bo gdy weszliśmy do kominka zaczęła machać skrzydłami i trochę je sobie osmaliła.
- Że co? – krzyknął Harry cały czas wściekły.
Hedwiga wzbiła się w powietrze, uderzając w głowę Rona rozłożonym skrzydłem i podleciała do Harry’ego.
- No i masz za swoje – stwierdził Harry, sprawdzając, czy rzeczywiście nic jej nie jest. – Dzięki Hedwigo – dodał cicho, głaszcząc sowę po grzbiecie.
Wszyscy zaczęli się śmiać.
- No dobrze. Idę do dormitorium. Jestem zmęczona – powiedziała po chwili Hermiona. – Idziecie?
- Ja tak, a wy? – Ron spojrzał na Ginny i Harry’ego.
- Za chwilę – szepnęła Ginny i odwróciła się, patrząc na Harry’ego.
- Ja też. A... i jest nowe hasło do pokoju wspólnego. „Droga Mleczna”.
- Dzięki Harry – odparli chórem Hermiona i Ron i ciągnąc za sobą kufry wyszli z gabinetu.
Harry podszedł do okna, wypuszczając Hedwigę do sowiarni. Zostali wreszcie sami. Nie chciał zdradzać się przed Ginny, o czym teraz myśli. Cała jego złość ulotniła się, jakby reakcja Hedwigi była jego własną. Odwrócił się. Ginny podeszła powoli do niego i uścisnęła jego dłoń.
On nie zwlekał już dłużej. Przyciągnął ją do siebie i bez żadnych oporów pocałował ją.
- Tak mi ciebie brakowało – szepnął.

6 komentarzy:

  1. Tutaj Levasse coś sobie przestawiłam i kurcze nie mogę sobie ustawić. Blog jest świetny nie mogę się oderwać nawet aby pójść się napić...

    OdpowiedzUsuń
  2. powinnaś napisac 8 cz. harryego! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpisuje sie pod tym obiema rękami ;-)

      Usuń
  3. eeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee 8 cz juz jest autrstwa rowling

    OdpowiedzUsuń