czwartek, 21 czerwca 2012

104. Pożegnanie przyjaciół


Ginny kręciła się w tę i z powrotem po korytarzu szpitala. Za pobliskim oknem jaśniało niebo, zmieniając kolor z ciemnego granatu na brudną szarość; zbliżał się świt. Na Merlina! warknęła w duchu; jak ona nienawidziła tego miejsca! A wszystko przez człowieka, który leży teraz za drzwiami najbliższej sali.
„Nie potrafię uwierzyć, że to przeżyłem”, przypomniała sobie słowa Harry’ego.  Jak on mógł jej to powiedzieć? I to tak spokojnie! Prychnęła w duchu i kopnęła w najbliższą ścianę. Kretyn, idiota, nie myślący o innych! Próbowała wymyślić inne epitety na Harry’ego, które zamierzała mu powiedzieć, gdy wejdzie do niego. Powinien się cieszyć, że w tej chwili nie może mu nic zrobić, ale gdy tylko wróci do domu...
- Ginny, kochanie... – Korytarzem szła jej matka, która, gdy tylko do niej podeszła, uścisnęła ją pocieszająco. – Właśnie dowiedziałam się od Rona i Hermiony. Co z Harrym?
- Jest w tej sali. – Wskazała ręką za siebie. – Na razie jest u niego uzdrowiciel.
Za matką szli Ron i Hermiona. Z ust Hermiony cały czas płynął potok upomnień, z których Ron niewiele brał do siebie, tylko co chwila odwarkiwał zjadliwe odpowiedzi.
- ...uspokój się, Ron. Zapomniałeś, jaki jest Harry? Zawsze tak było, że najpierw robił a potem myślał...
- I dokąd go to doprowadziło?
W tej samej chwili za plecami Ginny otworzyły się drzwi. Odwróciła się do uzdrowiciela.
- Pani Potter – zwrócił się do niej mężczyzna – może pani wejść. Mąż czeka na panią.
- Jak on się czuje?
- Odpoczywa – odparł, zerkając do notatek na wiszącej przed nim podkładce. Pióro przestało na chwilę skrobać po pergaminie. – Myślę, że jeszcze dziś będzie mógł wrócić do domu.
- Tak prędko? – spytała zaskoczona. Przecież ostatnim razem leżał tu dwa tygodnie.
- Ma silny organizm – powiedział uzdrowiciel. – Szybko się regeneruje. Wiem, o czym pani myśli, ale to nie jest to samo, co dwa lata temu. Poprzednim razem wraz z Cruciatusem otrzymał mieszankę zaklęcia oszałamiającego i uśmiercającego, co wywołało u niego śpiączkę. Znając historię pana Pottera, śmierciożercy chcieli go zabić. Teraz poprzez tortury miał być doprowadzony tylko do utraty zmysłów.
- Tylko? – powtórzył z niedowierzaniem Ron.
- To znaczy, że śmierciożercy rzeczywiście coś planowali... – mruknęła Ginny. – Dziękuję.
Uzdrowiciel kiwnął głową i odszedł, a Ginny podeszła do drzwi, które były lekko uchylone. Miała zamiar otworzyć je szerzej i wejść, gdy uświadomiła sobie, że obok stoi mama i najbliżsi przyjaciele Harry’ego. Odwróciła się do nich.
- Wejdźcie razem ze mną. Harry na pewno się ucieszy – powiedziała. Może wasza obecność sprawi, że powstrzymam się przed nakrzyczeniem i uduszeniem Harry’ego, dodała w myślach.
Harry leżał wsparty o poduszki na łóżku i wpatrywał się w uchylone drzwi. Słyszał rozmowę Ginny z uzdrowicielem. Dźwięk jej głosu przywołał wspomnienia sprzed kilku godzin. Jej widok na Wężowym Wzgórzu bardzo go zaskoczył. Nie powinna była tam przychodzić, wiedział ile musiało ją kosztować wejście do miejsca, gdzie kilka miesięcy wcześniej, śmierciożercy zabawiali się jej kosztem. Ale pomimo tego wszystkiego, nawet tego, że tak na niego nakrzyczała, czuł ulgę i powrót sił, gdy była blisko.
Gdy Ginny przeszła przez próg, otrząsnął się z tych wspomnień i uśmiechnął się. Widział jak powstrzymuje się przed... Nie był do końca pewny, przed czym. Przed kolejnymi upomnieniami, kłótnią, czy rzuceniem się na niego?
Za nią pojawili się Ron i Hermiona oraz Molly Weasley.
- Jak dobrze was widzieć! – zawołał i wyciągnął rękę, by przywitać się z nimi.
Ginny zatrzymała się przy wejściu. Przygryzła dolną wargę, patrząc na niego. Oba policzki miał nasmarowane jakąś maścią, a nadgarstki owinięte bandażem. Wyglądał żałośnie. Krzywił się lekko, gdy przyjaciele ściskali go za ręce. Nie mogła zdobyć się na to, co planowała wcześniej. Jak mogła myśleć takie rzeczy? Dlaczego chciała go wyzwać od najgorszych? Podeszła do niego bliżej i przyjrzała mu się badawczo.
- Jak się czujesz? – spytała. Z jej głosu emanowała troska.
- Wspaniale – odparł, a gdy spojrzała z niedowierzaniem, dodał: – naprawdę czuję się świetnie, Ginny.
Chwycił ją za rękę i przyciągnął bliżej, aż usiadła na skrawku łóżka obok niego. Usłyszała ciche syknięcie przy uchu, gdy obejmował ją jedną ręką. Drugą sięgnął po różdżkę leżącą na bocznej szafce i wyczarował krzesła dla pozostałych.
Molly usiadła, wpatrując się w niego ze smutkiem. Teraz już wiedział, po kim Ginny odziedziczyła to spojrzenie.
- Hej, nie patrzcie tak na mnie – powiedział z błyskiem w oku – jeszcze nie umieram – mruknął ze śmiechem.
- Nie żartuj w ten sposób – upomniała go Ginny.
- Możesz nam powiedzieć, co ci odbiło? – warknął Ron, patrząc na Harry’ego. – Nie wystarczy, że Remus i Tonks nie żyją? Chciałeś dopisać do tego jeszcze siebie?
Hermiona i Ginny zerknęły na siebie, a Molly spojrzała zaskoczona na Rona, omiotła spojrzeniem resztę, zatrzymując na chwilę wzrok na Harrym, który zamknął oczy i szarpnął głową w bok, po czym ponownie spojrzała na Rona.
- Ron, dałbyś już spokój – jęknęła Hermiona.
- No co? – syknął do niej Ron. – Niech się wytłumaczy.
- Nie wiem, dlaczego to zrobiłem, ale musiałem... – wyszeptał Harry, z powrotem odwracając do nich głowę. – Czułem, że jestem to winien Remusowi i Tonks... no i oczywiście Teddy’emu...
- Może zrobiłeś to... dlatego... – Hermiona mówiła powoli, ledwo otwierając usta – bo to przypomniało ci twoją historię?...
- Co? Jaką historię? – spytał Ron.
- Teddy stracił rodziców, tak jak Harry – wyjaśniła cierpliwie Hermiona. – I na dodatek jest mniej więcej w tym samym wieku...
Ginny spiorunowała ich wzrokiem, potrząsając głową i machnęła ręką, by uciąć wszelkie spekulacje. Harry opadł na poduszki i ponownie odwrócił twarz w drugą stronę, rozważając słowa Hermiony. Czy naprawdę tak było? Tonks rzeczywiście rozpostarła ramiona, jak jego matka... Remus zginął pierwszy, jak James, ochraniając swoją żonę i synka... A on? Rzucił się w pościg za śmierciożercą... Czy Syriusz pobiegłby za Voldemortem, gdyby wtedy przy nich był, o ile wcześniej Voldemort nie zabiłby i jego?... Co prawda zrobił inną rzecz – odszukał zdrajcę i trafił przez niego do Azkabanu...
- A tak w ogóle, to kto zajmuje się Teddym Lupinem, skoro wszyscy jesteście tutaj? – spytała Molly.
Harry poderwał głowę zaciekawiony. No tak! Teddy!
- Matka Tonks – powiedział Ron. – Andromeda – wyjaśnił.
- Bardzo przeżyła wiadomość o śmierci Dory i Remusa – szepnęła Hermiona.
- A wiadomo, kiedy będzie ich pogrzeb? – spytał Harry.
- Jutro – odparła cicho Ginny, odwracając się do niego.

Na niewielkim cmentarzu Upper Flagley, małej wioski, w pobliżu której mieszkali Lupinowie, zebrała się ich rodzina i przyjaciele – członkowie Zakonu Feniksa i Gwardii Dumbledore’a.
Zimny wiatr chłostał ich twarze, kąsając boleśnie. Wszyscy opatulili się ciepłymi płaszczami, zasłaniając szalikami usta. Gdzieś z boku nadciągały ciemne chmury zwiastujące śnieg.
W pierwszym rzędzie stała Andromeda Tonks, bujając przed sobą wózek, w którym zasnął Teddy. Pogrążona w żałobie po stracie córki i zięcia, nie płakała, choć wyglądała strasznie; miała szarą twarz, usta ściśnięte, a oczy zamglone i bez emocji patrzyły na dwie trumny ustawione na katafalku. Nadal była w szoku.
Obok niej stał Harry, obejmując ramieniem Ginny, której wielkie krople łez płynęły po policzkach. Domyślał się, co czuje. Zresztą powiedziała mu to wczoraj, gdy znaleźli się z powrotem w domu: każdy pogrzeb uświadamia jej, że on może być następny, że dopóki śmierciożercy będą na wolności, a prawdopodobnie jest ich jeszcze wielu, nie będzie czuła spokoju.
On sam miał ściśnięte gardło. Myślał o Remusie. O nauce Patronusa sprzed lat... O pamiętnej nocy, gdy poznał prawdę o Huncwotach... Lunatyku, Glizdogonie, Łapie i Rogaczu...  Odszedł ostatni z nich, ostatni, który miał styczność z jego rodzicami... Nauczyciel, przyjaciel... Lunatyk...
A Tonks? Wspominał ich pierwsze spotkanie, gdy pojawiła się w domu Dursleyów, by razem ze strażą przednią przenieść go do Kwatery Zakonu Feniksa na Grimmauld Place. Pamiętał swoje zaskoczenie, gdy powiedziała mu, że jest aurorem. Może, gdyby Teddy podrósł, wróciłaby do Biura Aurorów i może... pracowaliby razem...
Za nimi stali wszyscy Weasleyowie. Był Hagrid, pojawiła się też McGonagall i ku zaskoczeniu wszystkich Kingsley Shacklebolt, który jako minister magii rzadko pojawiał się na prywatnych uroczystościach. Trochę dalej stali niektórzy członkowie Gwardii Dumbledore’a: Luna, Dean z Parvati i Seamus z Lavender, Katie Bell i Lee Jordan.
Urzędnik ministerstwa powiedział kilka słów, po czym obie trumny zostały opuszczone do dołu.
Gdy pierwsza gruda ziemi uderzyła o wieko, Andromeda zachwiała się i wsparła na ramieniu Harry’ego, by nie upaść. Artur Weasley wyskoczył do przodu, wyczarował krzesło i obaj posadzili ją na nim.
- To straszne... – szepnęła.
- Taak... – mruknęła Molly, która zbliżyła się do niej i objęła ją serdecznie – ale trzeba żyć dalej... My wszyscy musimy żyć dalej...
Andromeda przysunęła się do niej, schowała twarz w jej szatach i rozpłakała się. Załamała się zupełnie.
Z wózka rozległ się płacz Teddy’ego. Ginny wzięła go na ręce i przytuliła do siebie.
- Cii, maleńki... – próbowała go uspokoić – będzie... – Nie była w stanie dokończyć zdania. Bo jak może powiedzieć, że będzie dobrze, gdy żadne z rodziców nie przytuli go już do siebie, nie powie mu uspokajających słów...
Teddy wykręcił główkę, a kiedy zobaczył Harry’ego i babcię, wyciągnął do nich rączki.
- Jujo... Baba...
Harry natychmiast znalazł się przy nich i wziął Teddy’ego z rąk Ginny, która zaprotestowała:
- Harry, nie powinieneś. Pamiętasz, co wczoraj mówił uzdrowiciel? Nie wolno ci się nadwerężać.
- Nic mi nie jest.
Poprawił ułożenie rąk, by Teddy’emu było wygodniej, a chłopiec pomacał go po twarzy i pokazał mu mokrą rękawiczkę.
- Oo...
Harry dopiero teraz zdał sobie sprawę, że na twarzy ma ślady po łzach, które płynęły nieprzerwanie, zamarzając na policzkach. Zacisnął powieki i odwrócił głowę. Teddy spojrzał na Ginny.
- Tak, wujek płacze – potwierdziła łamiącym się głosem. – Babcia i ciocia też.
- Mama?... Dada?...
Harry i Ginny spojrzeli na siebie. Oboje zrozumieli, o co pyta.
- Tak, kochanie. Już ich z nami nie ma – powiedziała Ginny.
- Ne ma – powtórzył cicho Teddy i przyłożył główkę do ramienia Harry’ego.
- Choć ich nie ma, to są w twoim serduszku – dodał Harry. – A kiedyś wujek ci o nich opowie...
Zaczęli do nich podchodzić przyjaciele. Najwięcej ciepłych słów otrzymała oczywiście pani Tonks. Na koniec podszedł Kingsley. Złożył kondolencje Andromedzie, po czym zbliżył się do Harry’ego.
- Harry, mogę cię prosić na słówko?
- Teraz? – zapytał Harry, rozglądając się. Wokół nich zebrali się już wszyscy. Hermiona i Ginny obejmowały się nawzajem.  – To nie może zaczekać do jutra, jak będę w Kwaterze?
- Wolałbym teraz. Poza tym to nie może czekać.
Harry zobaczył jak Ginny kiwa głową. Pewnie słyszała słowa Kingsleya. Włożył z powrotem Teddy’ego do wózka, przykrył go kocem i odwrócił się do Kingsleya.
- To o co chodzi, panie ministrze?
- Daj spokój, Harry – obruszył się Kingsley – znamy się przecież nie od dziś. Mów mi po imieniu.
- W porządku. To o co chodzi, Kingsley? – powtórzył.
- Przejdźmy tam. – Wskazał na samotne drzewo na końcu cmentarnej alejki.
Kiedy się tam znaleźli Kingsley położył dłoń na ramieniu Harry’ego. Obaj obserwowali zgromadzonych wokół Andromedy Tonks i Teddy’ego ludzi.
- Dora, jak pewnie wiesz była wspaniałym aurorem. Pracowaliśmy razem wielokrotnie...
- Co to ma do rzeczy? – zapytał cierpko Harry.
Zauważył, że Ginny rozgląda się dokoła, zapewne szukając jego. Machnęła na niego, gdy ich oczy się spotkały.
- Znałem Nimfadorę dłużej niż ty – kontynuował Kingsley, nie zważając na jego zniecierpliwienie. – Remusa trochę mniej, ale wiem, że oboje nie chcieliby byśmy tak ich opłakiwali. To przykre, gdy tak młode osoby, jak oni odchodzą i zostawiają dzieci... Tak było z tobą... teraz został Teddy... Domyślam się, że młody Lupin wychowa się w duchu czarodziejskiego świata, prawda?
- Oczywiście – powiedział stanowczo Harry – nie będziemy przed nim niczego ukrywać. Będzie wiedział wszystko o swoich rodzicach.
- To dobrze – mruknął Kingsley i rozejrzał się. Zerknął na zegarek. – Harry, znam cię od tych kilku lat i wiem, że nie powstrzymasz się przed niczym. – Harry stwierdził, że minister przeszedł wreszcie do sedna. Kiwnął głową na jego słowa, ale ich nie skomentował. – W związku z tym co się stało, rozmawiałem dziś rano z Robardsem. Daje ci wolną rękę w sprawie śmierciożerców.
- CO? – spytał zaskoczony.
To zupełnie nie pasowało do szefa aurorów. Pamiętał, jak za każdym razem, gdy choć wspomniał o śmierciożercach, albo stwierdził, że jakaś sytuacja może być z nimi związana, Robards wpadał we wściekłość. A teraz daje mu wolną rękę?
- Tak – przyznał Kingsley. – Jest taka możliwość, że niektórzy śmierciożercy uniknęli Azkabanu. Mogą też pojawić się ich naśladowcy. Potrzebujemy więc kogoś, kto by się tym zajął. Kto zna ich metody...
- To znaczy, że... To ja?... – Harry nie krył zaskoczenia.
- A kto by się najlepiej do tego nadawał, jak nie ty?
- Harry! – Rozległy się nawoływania. – Czekamy na ciebie!
Obaj spojrzeli w tamtą stronę. Wokół grobu Lupinów nie było już prawie nikogo. Zostali tylko Ron i Hermiona, stojący obok Ginny, która ponownie wzięła Teddy’ego na ręce. Machali ponaglająco rękami.
- Widzę, że na nas już czas. – Kingsley po raz ostatni spojrzał na Harry’ego. – Przemyśl to sobie i jutro daj Robardsowi odpowiedź, dobrze?
Harry kiwnął głową, pożegnał się i podszedł do przyjaciół. Za plecami usłyszał ciche pyknięcie; to minister deportował się z cmentarza.
- No, jesteś wreszcie – syknął Ron, gdy Harry stanął obok nich. – Wszyscy już deportowali się do Nory.
- Nie musieliście na mnie czekać – żachnął się Harry. – Zwłaszcza ty i Teddy – dodał, obejmując ramieniem Ginny. – Przecież jest strasznie zimno.
Ginny przewróciła oczami, ale nic nie powiedziała. Oparła się tylko czołem o jego ramię.
- Czego chciał Kingsley? – spytała cicho Hermiona.
- Wspominał Tonks i przekazał mi pewne zadanie, którym mam się zająć od jutra – odparł. Uśmiechnął się smutno do Teddy’ego, gdy chłopiec wyciągnął rączkę i dotknął jego policzka. Harry chwycił ją i mruknął: – Będziesz wiedział o wszystkim, szkrabie, obiecuję.

Nora dawno nie była tak zatłoczona, jak dzisiaj. Ginny nie pamiętała tylu ludzi zebranych w salonie. No, może podczas ślubu Rona i Hermiony, ale wtedy cała uroczystość odbywała się w ogrodzie, a nie w domu, więc tego nie było tak widać. Gości na własnym ślubie nie pamiętała, bo przecież prawie tuż po przysiędze musieli uciekać...
Pani Tonks usadowiła się z Teddym przy kominku i karmiła go jakąś zupką. Harry siedział obok i na wszelkie możliwe sposoby starał się tak zająć Teddy’ego, by ten nawet nie zauważył, że babcia, co chwilę podtyka mu do buzi kolejne łyżki posiłku.
Ojciec i prawie wszyscy bracia rozmawiali o czymś cicho po drugiej stronie salonu. Co chwila jednak rzucali jakieś pojedyncze pytania w stronę Harry’ego, który w końcu wstał i podszedł do nich. Nawet nie starała się ich podsłuchać. Zresztą nie miała jak, gdyż mama natychmiast zapędziła ją i Hermionę do pomocy w kuchni i teraz wszystkie kobiety krzątały się wokół stołu, ustawiając talerze, sztućce i miski z jedzeniem.
Gdy wreszcie usiadła przy stole obok Harry’ego, odetchnęła. Tak naprawdę marzyła tylko o tym, by ten dzień wreszcie się skończył i mogła wraz z nim wrócić do domu.
Harry wziął ją za rękę i włożył ją pod swoje ramię. Nachylił się do niej i ukradkiem pocałował ją za uchem.
- Chciałabyś już stąd zniknąć, co? – spytał ją szeptem.
- Marzę o tym – wyznała.
- Musimy jeszcze trochę zaczekać. Już niedługo będziemy...
- Czemu nic nie jecie, kochani? – Nad nimi stanęła pani Weasley, stawiając na stole miskę z tłuczonymi ziemniakami. – Jedzcie, bo wszystko wystygnie.
- Dzięki, mamo – powiedziała Ginny. – Już się zabieramy do jedzenia.
Sięgnęła po półmisek z kotletami i nałożyła je sobie i Harry’emu.
 Przez jakiś czas jedli w milczeniu. Ginny rozejrzała się po zebranych wokół niej twarzach bliskich. Przy końcu stołu siedziała Andromeda Tonks, trzymając na kolanach Teddy’ego, który próbował opisać po swojemu dzisiejszy dzień.
- Bardzo ich brakuje, prawda? – mruknęła do Harry’ego.
- Jemu najbardziej. – Harry wskazał na chłopca. – Choć jeszcze nie rozumie tego do końca.
- A tobie? – spytała, lecz, gdy na nią spojrzał, dodała: – nie musisz odpowiadać, rozumiem. Mi brakuje Tonks... – Położyła głowę na jego ramieniu. – Nie wiem skąd mi to przyszło, ale gdy tak patrzę na Teddy’ego przypomniało mi się, jak Tonks zmieniała kolor włosów i kształt swojego nosa, pamiętasz? Zawsze wtedy było weselej. Teddy jeszcze tego chyba nie potrafi, no może oprócz włosów, ale i tak dzięki temu zawsze będę mieć ją przed oczami.
Jakiś czas później Nora opustoszała. Andromeda ubrała śpiącego Teddy’ego i ułożyła w wózku.
- Pora na nas – powiedziała, żegnając się z Molly. – Bardzo ci dziękuję.
- Nie masz za co – odparła pani Weasley. – Niedługo święta. Mam nadzieję, że spędzimy je razem.
- Będzie nam bardzo miło, Molly. Ale na nas rzeczywiście już czas.
Harry spojrzał na Ginny.
- Zostaniesz chwilę tutaj? Odprowadzę ich i zaraz wrócę.
- Tylko się pośpiesz – mruknęła. – Chcę wreszcie wrócić do domu.
- To zajmie tylko kilka minut. – Uścisnął ją i pocałował w czoło. – Kilka minut – powtórzył.
Wyprowadził wózek na zewnątrz Nory i deportował się przy kurniku.
Molly pociągnęła Ginny do kuchni.
- W takim razie ty pomożesz mi posprzątać.
- Mamo – jęknęła – Harry zaraz wróci...
- No to mamy chwilę na spotkanie matki z córką. Mam chyba do tego prawo, co?
- Zawsze, ale nie...
Urwała, bo coś zastukało w najbliższe okno. Podeszła tam. Ciemność wbijała się w oczy. Wyciągnęła różdżkę i sięgnęła do klamki; chciała otworzyć jedno skrzydło, by wyjrzeć, ale mama ją powstrzymała:
- Uważaj – syknęła.
Nie musiała jej tego mówić. Przy Harrym nauczyła się wszelkiej ostrożności, którą stosowała na każdym kroku.
Otworzyła, zimne powietrze zapiekło ją w twarz, a na parapet wskoczyła brązowa sówka. Była cała mokra od padającego śniegu z deszczem. Otrzepała się, rozpryskując kropelki wody na wszystko dokoła, i wyciągnęła nóżkę w stronę Ginny.
- To do mnie? – spytała, odwiązując drżącymi palcami zwitek pergaminu.
Sówka zahukała twierdząco i odleciała. Molly zatrzasnęła okno, podczas gdy Ginny przeczytała napisane w pośpiechu kilka zdań.

Ginny
Zwołuję pilne spotkanie wszystkich członków drużyny. Jutro w Holyhead. Postaraj się być jak najwcześniej, dobrze?
 Gwenog.
  
Ginny odetchnęła.
- Nie dadzą odpocząć. Wszędzie mnie znajdą  – mruknęła i podskoczyła, bo rozległo się kolejne pukanie, tym razem do drzwi.
Molly po upewnieniu się, że to Harry, otworzyła.
- Jesteś gotowa? – zapytał Ginny, przechodząc przez próg.
- Co? – Spojrzała na niego nieprzytomnie. – Och... Tak, oczywiście. Tylko wezmę kurtkę.
Szybko pobiegła do sieni, po drodze pocałowała matkę w policzek i wyszła za Harrym na zewnątrz.

9 komentarzy:

  1. Ja znam dziewczynę, którą wychowuje babcia. Ona nie chce mówić o rodzicach, o tym jak ich zabili... :( Ale blog super!!! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. poryczałam się jak czytałam opis pogrzebu Lupinów.. blog jest zajebisty ;) Raven.

    OdpowiedzUsuń
  3. Płakałam na pogrzebie i w wielu innych momentach... :'(
    Ale blog i pomysł naprawdę zajebiste

    OdpowiedzUsuń
  4. Poryczałam się jak czytałam o pogrzebie Lupinów...Jezu dlaczego ty tak dobrze opisujesz..?! To wielkie szczęście w nieszczęściu..xD

    OdpowiedzUsuń
  5. Asiu, łzy leciały mi strumieniami. Jesteś wspaniała. Kocham twoja Karolina

    OdpowiedzUsuń
  6. popłakałam się głośno przy pogrzebie to takie smutne...

    OdpowiedzUsuń
  7. Och,jakie to smutne... Płakałam gdy czytałam pogrzeb Lupinów i jeszcze w kilku momentach. Biedny Teddy.. został sierotą.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jezu!!!! Ja nadal rycze

    OdpowiedzUsuń