sobota, 16 czerwca 2012

50. Powrót


Harry patrzył na stojących w progu Rona i Hermionę. Miał wrażenie, że patrzą na niego ze strachem, jakby się obawiali, że znowu zacznie ich obwiniać za to, co się stało.
- Skąd wy... Jak... – zaczął.
- Przyszliśmy po was – odparł Ron.
Harry spojrzał na Hermionę. Jej przerażona mina nie wróżyła nic dobrego. Co prawda nie widział jeszcze twarzy Ginny i być może jej opuchnięta buzia wywołała u Hermiony taki grymas. „Czyżby z Ginny było aż tak źle?” Chwilę później Ginny odwróciła się do niego. Światło padające z obu różdżek wystarczająco oświetlało pomieszczenie, pozwalając mu zobaczyć jej twarz. Wyglądała gorzej niż się spodziewał. Twarz miała opuchniętą, pokrytą plamami, zaschnięta krew była rozmazana po czole, a świeża, pomieszana ze łzami, nadal płynęła po obu policzkach. Podchodząc do niego, ugięły się pod nią kolana. Siła, która wróciła na moment na widok brata i przyjaciółki, znowu ją opuściła. Harry podszedł do niej i podtrzymał ją, a ona wsparła się o jego ramię. Nie musiał pytać, co się stało. Wiedział, że tej nocy to ona najwięcej cierpiała. Hermiona machnęła różdżką i obok nich pojawiło się krzesło. Harry pomógł Ginny na nim usiąść. Jęknęła. Hermiona podeszła do niej, mruknęła „Tergeo!”, i końcem różdżki ściągnęła zaschniętą krew. Teraz wyglądała trochę lepiej. Ginny podniosła nogę do góry i zaczęła masować ją w kostce. Harry zobaczył, że nad kostką ma głęboko rozciętą ranę, z której płynie krew.
- Co ona ci zrobiła? – spytał. Wściekłość zaczynała buzować mu w żyłach.
- Trzymała mnie związaną na linie głową w dół. A na koniec zrzuciła mnie na podłogę i chyba coś mi się stało w nogę.
Hermiona ukucnęła przy niej i dotknęła delikatnie jej kostki, która była opuchnięta.
- Au! – krzyknęła.
- To chyba złamanie – powiedziała Hermiona, spoglądając na Harry’ego.
Harry przeklął. Ogarniał go coraz większy gniew. Pozostało mu tylko jedno: zemsta. Oczywiście miał nadzieję, że przyjaciele mu w tym pomogą. Ale najpierw musi wyprowadzić stąd Ginny. I zdobyć różdżkę. Spojrzał na Rona i Hermionę.
- Podobno przyszliście pomóc nam stąd wyjść. Jaki macie plan?
- Zakon otoczył budynek. Niektórzy walczą w środku. Masz pelerynę? – zapytała Hermiona.
- Pele... co? – spytał zaskoczony.
- Niewidkę. Masz? – spytała Hermiona.
Harry przeszukał kieszenie. Wyciągnął ją spod kurtki.
- Całkowicie o niej zapomniałem. Aż dziwne, że jej nie znaleźli, gdy mnie przeszukiwali.
- Nałóżcie ją na siebie. Przy bramie ktoś ma na was czekać.
- Przy bramie? A czy ktoś pomyślał w jaki sposób mamy tam dotrzeć? Do wyjścia jest kawał drogi, Ginny jest ranna, na górze, z tego co słyszę, toczy się walka... No i my – wskazał na siebie i Ginny – nie mamy różdżek.
- Będziecie pod peleryną...
- To tylko kostka, Harry, dam sobie radę – żachnęła się Ginny, wstając i przerywając Hermionie. Skrzywiła się, gdy stanęła na poranionej nodze i chwyciła Harry’ego za ramię, żeby nie upaść.
- Nie  – stwierdził stanowczo Harry, kręcąc głową. – Przecież widzę, że ledwo trzymasz się na nogach. Hermiono, możesz coś z tym zrobić?
- Nie umiem nastawiać złamanej nogi, no i nie mam dyptamu. A tylko on mógłby jej pomóc.
- Dam sobie radę – powtórzyła twardo Ginny. – Ty będziesz przy mnie, prawda? – spytała, patrząc na niego, a on kiwnął głową. – To w razie czego mi pomożesz.
- Jesteś pewna? – spytał, obejmując ją ramieniem.
Kiwnęła głową.
- W porządku. Nałóżcie pelerynę – powiedziała Hermiona.
Harry rozwinął pelerynę i narzucił ją na siebie i Ginny.
- Musimy się pospieszyć – stwierdził Ron, który cały czas stał w progu, trzymając różdżkę w kierunku schodów. – Śmierciożercy mogą tu przyjść w każdej chwili.
- Idziemy.
Harry objął Ginny jedną ręką i trzymając pelerynę drugą, powoli ruszyli schodami na górę tuż za Ronem i Hermioną.
Ginny miała wrażenie, że Harry chętnie wziąłby ją na ręce, żeby nie musiała iść sama do wyjścia. Wiedziała jednak, że nie zmieściliby się pod peleryną, a jeśli nawet, to mogłyby Harry’emu wystawać stopy. Przeczuwała, że Harry jest wściekły i coś planuje, tylko nie może na razie nic zrobić, bo nie ma różdżki. Szczególnie po tym, jak zobaczył jej twarz i nogę. Gdy weszli na górę poczuła, że Harry obejmuje ją mocniej. Możliwe, że wyczuł, jak drży. Bała się tam iść, ale to była jedyna droga, która prowadziła do wyjścia. Co chwila ściskała ramię Harry’ego, cicho posykując, bo noga bolała ją coraz bardziej. Dochodząc do salonu usłyszała przed sobą głos Hermiony krzyczącą „Protego!” i zobaczyła niewidzialną tarczę odgradzającą ich od walczących, a także lekkie drganie powietrza. Pewnie Hermiona rzuciła także zaklęcie zwodzące. Ron krzyczał zaklęcia oszałamiające. Spojrzała w bok i zobaczyła Kingsleya i Remusa walczących z Traversem i Malfoyem.
W tym samym momencie Harry ścisnął mocniej Ginny za ramię. W ten sposób powstrzymywał się przed rzuceniem na Malfoya z pustymi rękami.
Jeszcze przyjdzie czas na walkę. Teraz najważniejsza jest Ginny, powtarzał sobie w kółko. 
Nad nimi latały zaklęcia i Harry co chwila uchylał głowę i odciągał Ginny, zasłaniając ją sobą, żeby nie trafiło ją żadne zaklęcie.
Gdzie się wszyscy podziali? Tu jest tylko dwóch śmierciożerców.
Miał wrażenie, że to wszystko za łatwo im idzie. W ciemnym holu, przez który przechodzili też nikogo nie było.
Podeszli do frontowych drzwi.
- Nie ściągajcie jeszcze peleryny – usłyszeli głos Rona. – Nie wiadomo, co się dzieje na zewnątrz.
- Zaczekajcie tu chwilę – dodała Hermiona. – Pójdziemy sprawdzić, czy można przejść do bramy. – I wyszli.
Ginny ścisnęła Harry’ego za ramię. Zachwiała się i szepnęła:
- Nie dam rady iść dalej.
Stanęli w kącie tuż przy drzwiach. Harry ukucnął, posadził ją sobie na kolanach i poprawił pelerynę, żeby nic nie wystawało.
- Jeszcze chwilę – szepnął. – Zaraz pani Pomfrey się tobą zajmie, tylko przejdziemy te kilka metrów.
Nagle usłyszeli z zewnątrz jakiś krzyk. Podskoczyli i ostrożnie wyjrzeli na dwór cały czas ukryci pod peleryną-niewidką. Był jasny dzień, a to znaczyło, że są tu już kilkanaście godzin. Słońce było ukryte za ciemnoszarymi chmurami zwiastującymi ulewę. Ginny zadrżała i wtuliła się jeszcze bardziej w Harry’ego, gdy owiał ich zimny wiatr. Z boku, w ogrodzie, zobaczyli Bellatriks pojedynkującą się z Tonks, trochę dalej Billa z Dołohowem. Żwirową alejką biegli ku nim Ron i Hermiona.
- Harry, Ginny, jesteście tutaj?
Harry ściągnął z głowy pelerynę.
- Jesteśmy, tylko Ginny nie da rady dojść.
Spojrzeli na dół. Jej noga była już poważnie opuchnięta i wciąż krwawiła. Harry podniósł głowę, spoglądając na przyjaciół.
- Pomóżcie mi. Wezmę ją na ręce, a wy nakryjecie nas peleryną. Może uda nam się przejść.
- Harry, nie! – Ginny próbowała protestować.
Harry nie zważając na jej protesty, schylił się i podniósł ją do góry. Hermiona nakryła ich szczelnie peleryną i ruszyli powoli alejką. Wysokie żywopłoty osłoniły ich przed walczącymi. Doszli do bramy, przy której zobaczyli bliźniaków.
- Fred, George! – krzyknęła Ginny do braci, gdy Harry postawił ją przy nich i ściągnął pelerynę.
- Witaj siostrzyczko!
- Dobrze, że mama tego nie widzi – stwierdził Fred, wskazując na jej twarz.
- I tak za chwilę zobaczy jeszcze to – dodał George, zerkając na nogę.
Ginny usiadła na trawie przy stopach braci, wyciągając nogę. Hermiona i Ron stali tyłem do nich, trzymając przed sobą różdżki. Niewidzialna Tarcza ochronna drżała przed nimi.
- Nie czas na pogaduszki! – krzyknął Harry. – Zabierzcie ją bezpośrednio do skrzydła szpitalnego, niech pani Pomfrey ją obejrzy. Ja tu zostaję.
- Odbiło ci? – krzyknął Ron, odwracając się do niego. – Cały plan polegał na tym, żeby bezpiecznie was stąd wyciągnąć! Ciebie i Ginny!
- Nie – odrzekł Harry. – Muszę to zakończyć raz na zawsze. I mam nadzieję, że wy – patrzył na Rona i Hermionę – pomożecie mi w tym.
Hermiona przytaknęła, ale Ron pokręcił głową.
- Tobie rzeczywiście odbiło.
- Co ty zamierzasz? – Ginny patrzyła przerażona na niego. – Harry, przecież...
Odwrócił się i ukucnął przed nią.
- Ginny, posłuchaj mnie. – Chwycił ją za ramiona i spojrzał prosto w oczy. – Ja muszę tu jeszcze coś załatwić.
- Co?
- Muszę odzyskać nasze różdżki. Nic mi nie będzie.
- Ale, Harry...
- Wszystko będzie dobrze, rozumiesz? Nim się obejrzysz będę z tobą.
Nachylił się i pocałował ją. Nagle niedaleko od nich coś huknęło i połowa żywopłotu rozsypała się w drzazgi.
- Pośpieszcie się! – krzyknęła Hermiona. – Chyba odkryli waszą ucieczkę!
Harry odskoczył od Ginny i stanął bliżej bramy.
- George! Fred! Słyszeliście? Znikajcie stąd! – krzyknął Harry, chowając się pod peleryną. – Ginny, porozmawiamy, jak wrócę!
Bliźniacy chwycili Ginny i zniknęli z cichym pyknięciem, a Harry, Ron i Hermiona pobiegli w stronę domu.

Błonia Hogwartu były opustoszałe. Wszędzie panowała cisza, jakby wszystko wokół wstrzymało oddech. Na niebie płynęły delikatne, postrzępione białe chmurki, jakże inne po ciężkich, deszczowych chmurach płynących nad dworem Malfoyów.
Fred, George i Ginny pojawili się tuż pod lasem, prawie w tym samym miejscu, z którego Bellatriks deportowała się wraz z nią kilkanaście godzin wcześniej, i spojrzeli w stronę zamku.
- Ale tu pusto – szepnęła Ginny, rozglądając się wokoło.
- Wszyscy są w środku – powiedział Fred.
- Ginny, wybacz, ale  nie weźmiemy cię na ręce, tak jak to zrobił Harry.
Ginny uśmiechnęła się do nich.
- Nawet was o to nie proszę. Sama dam sobie radę.
Zrobiła kilka kroków, ale gdy stanęła na złamanej nodze, skrzywiła się i złapała stojącego tuż przy niej George’a.
- Z taką nogą? – spytał. – To, że nie weźmiemy cię tak jak Harry, nie znaczy, że ci nie pomożemy. Fred – spojrzał na brata – robimy siodełko.
Bliźniacy podeszli do siebie i chwycili się za przedramiona, krzyżując ręce.
- A teraz zapraszamy na tron – powiedział George.
- Chwyć nas za szyje i siadaj – dodał Fred.
Podeszli do niej od tyłu i ukucnęli, tak żeby mogła w miarę wygodnie usiąść. Ginny patrzyła z niedowierzaniem na braci, ale w końcu wyciągnęła ręce i usiadła.
Chłopcy podnieśli ją do góry i ruszyli w stronę wejścia do zamku. Noga bolała ją jeszcze bardziej niż wtedy, gdy Harry niósł ją do bramy, ale nie chciała tego zdradzać przed braćmi. Zacisnęła zęby. Przecież to nie ten sam ból, jak przy Cruciatusie. To tylko kostka, a nie całe ciało. „Harry... dziękuję...” – pomyślała.  Zamknęła oczy. Został, żeby prawdopodobnie się zemścić.
Przechodząc przez salę wejściową, zobaczyli biegnącą ku nim matkę. Była bardzo blada.
- Ginny, córeczko! – krzyknęła.
Ginny odniosła wrażenie, że mama chce rzucić jej się na szyję, ale nim to zrobiła zawahała się spoglądając na jej twarz.
- Dzięki Bogu już jesteś! Jak się czujesz? Kto ci to zrobił?
- Bellatriks – odparła cicho.
- A gdzie jest Harry? Przecież miał wrócić razem z wami?
- Został, mamo – szepnęła.
- Jak to: „został”? Sam?
- Nie – odparł Fred. – Byli z nim Ron i Hermiona.
- Stwierdził, że musi coś jeszcze zrobić. Prawdopodobnie, chce pomóc Zakonowi.
Szli powoli marmurowymi schodami, a potem korytarzem w stronę sali szpitalnej. Ginny nie czuła się na siłach tłumaczyć im wszystko. Była wdzięczna, że mama nie zadawała jej zbyt wielu pytań i bracia za nią tłumaczyli całą sytuację.
Zamknęła oczy i oparła się o ramię Freda, odcinając się od ich rozmowy. Myślała o tym, co teraz dzieje się w miejscu, które przed chwilą opuściła. Czy Harry zdobył już różdżkę? Czy walczy? Kiedy wróci?
Z tych rozmyślań wyrwał ją dźwięk otwieranych drzwi. Uchyliła lekko powieki. Byli w skrzydle szpitalnym. Fred i George podeszli wraz z nią do najbliższego łóżka i posadzili ją na nim. Po przeciwnej stronie sali dostrzegła nieruchomą postać Jill, spoczywającą na łóżku.
- Co z nią? – spytała.
- Wszystko dobrze. Śpi – odparła pani Pomfrey, podając jej piżamę i zasłaniając łóżko parawanem.
- Mamo, to my już pójdziemy – zaczęli cicho bliźniacy.
- Gdzie?
- Jesteśmy tam potrzebni. Trzymaj się siostra.
Pomachali jej na pożegnanie i opuścili salę. Gdy mama pomagała jej się przebrać, wróciła pani Pomfrey, niosąc na tacy jakieś eliksiry. Postawiła to wszystko na szafce.
- Zanim nastawię ci nogę muszę oczyścić tę ranę...
Obmyła rozcięcie nad kostką tamponem umaczanym w jakimś dymiącym płynie. Zapiekło, ale gdy wylała kilka kropel dyptamu na ranę, rozcięcie znikło nie pozostawiając żadnej blizny. To samo zrobiła z ranami na czole, a potem posmarowała jej twarz jakąś cuchnącą maścią i okryła gazą, prawdopodobnie żeby nie pobrudziła pościeli.
- Teraz może zaboleć – mruknęła pani Pomfrey.
Wyciągnęła różdżkę z kieszeni fartucha i dotknęła jej kostki. Ginny chwyciła mamę za rękę. Syknęła z bólu, gdy poczuła, że noga jakby się wydłużyła i zdrętwiała. Opadła na poduszki.
- A teraz musisz wypić te dwa eliksiry – powiedziała pani Pomfrey. – Tu jest Szkiele-Wzro, żeby kostka całkiem się wyleczyła, a tu – wskazała na butelkę z jakimś fioletowym płynem – eliksir usypiający.
- Przypilnuję, żeby wszystko wypiła – powiedziała Molly biorąc do ręki butelkę.
Pomogła Ginny wstać i podała czarkę ze Szkiele-Wzro. Ginny wypiła eliksir, krztusząc się i kaszląc, bo eliksir palił gardło, a potem wypiła drugi eliksir. Opadła ponownie na poduszki. Teraz o niczym innym nie marzyła oprócz snu. Słyszała nad sobą szept mamy i pani Pomfrey, ale nic już do niej nie docierało. Zapadła się głębiej w ciepło puchowego materaca i, z nadzieją, że po przebudzeniu zobaczy obok siebie Harry’ego, zasnęła.

8 komentarzy:

  1. Boże! Rozdział ten i poprzednie czytam od rana i nie mogę przestać! Masz talent, dziewczyno! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wczoraj siedzialam do 1:30, mimo ze dzis mialam isc do szkoły. Na "szczęście" mam grype żołądkową, wiec siedze od rana i oderwać się nie mogę :) Ciekawa jestem tylko co ja zrobie jak przeczytam wszystko i będę musiała czekać na nowe rozdziały? ;)
    A tak w ogóle to pomijając Rowling i Collins jestes najlepsza! ;*

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda,mogłaś poczekać z "ożywieniem" Harry'ego aż do powrotu do Hogwartu ,lub gdy Ginny skończy monolg że to jej wina blabla gdy leżał na. Jej kolanach a tak to blog jest. Super po prostu Rowling

    OdpowiedzUsuń
  4. Asiu lepszego opowiadania jeszcze nigdy nie czytałam! Choć czytam tego bloga już szósty raz jest coraz ciekawszy! BRAWO PODZIWIAM CIĘ! Jesteś lepsza niż Rowling

    OdpowiedzUsuń
  5. Zobaczyła niewidzialną tarczę?? WTF?!

    OdpowiedzUsuń
  6. Wszystko super, ale od kiedy Harry co pięć minut przeklina ?

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytam to od kilku dni i nie mogę się oderwać Ps.Kacham te opowiadania

    OdpowiedzUsuń