piątek, 22 czerwca 2012

113. Kolejne rewelacje "Proroka Codziennego"


Ścigająca jedynej żeńskiej drużyny quidditcha Harpii z Holyhead Ginewra Potter i jej mąż, którego nikomu chyba nie trzeba przedstawiać, Harry Potter, oczekują pierwszego dziecka. Para jest małżeństwem od sierpnia 1999 roku.
Pani Potter oznajmiła to na razie tylko kapitanowi drużyny Gwenog Jones, która nie jest tym faktem zaskoczona.
„Ginny jest wspaniałą ścigającą. Aż szkoda, że musi odejść. W wielu meczach była niezastąpionym graczem i teraz trudno będzie znaleźć kogoś na jej miejsce. Wiem, jednak, że długo oczekiwała tego dziecka i rozumiem jej decyzję.”
Pani Potter nie chciała wypowiedzieć się na ten temat, a jej mąż był niedostępny, pewnie miało to związek z wybuchem paniki na Pokątnej wczoraj wieczorem. (Więcej o tej sprawie piszemy na stronie 1 i 2).

Harry odłożył gazetę na stół i spojrzał na Ginny, która stała z założonymi rękami i obserwowała jego reakcję.
- Skąd oni o tym wiedzą? – zapytał.
- White, ten kretyn udający komentatora, podsłuchał wczoraj moją rozmowę z Gwenog... – mruknęła przez ściśnięte zęby.
- Aha... więc to tak...
Zamyślił się chwilę, po czym powiedział:
- Ładnie wyszłaś. – Stuknął palcem w gazetę, a Ginewra Potter ze zdjęcia zasłoniła twarz ręką.
- Tylko tyle masz do powiedzenia? – warknęła Ginny.
Przyjrzał się jej uważnie, a potem zdjęciu.
- Nie... W rzeczywistości jesteś ładniejsza. – Zarumieniła się, a on chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie. Usiadła mu bokiem na kolanach. – Zwłaszcza, kiedy się rumienisz – dodał i cmoknął ją w zaróżowiony policzek.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi! – obruszyła się, próbując się poderwać, ale Harry trzymał ją mocno. – Od tej pory wszyscy już wiedzą, że jestem w ciąży i...
- I mamy problem z głowy – dokończył za nią. – A ty za bardzo się wszystkim przejmujesz.
- Mama mówiła wczoraj to samo... – mruknęła, przewracając oczami. Sięgnęła po leżącą gazetę. – A piszą coś o wczorajszych wydarzeniach na Pokątnej?
- Pewnie nic konkretnego... – zaczął.
Spojrzała na pierwszą stronę i wciągnęła ze świstem powietrze. Na samej górze widniał wielki nagłówek: MROCZNY ZNAK WYWOŁUJE PANIKĘ WŚRÓD MIESZKAŃCÓW CZARODZIEJSKIEJ DZIELNICY, a pod nim drgające czarno-białe zdjęcie Mrocznego Znaku nad dachami pobliskich domów.
- To według ciebie jest nic konkretnego? – zapytała, strząsnęła gazetę i zaczęła czytać. Harry czytał w ciszy razem z nią. – Wczoraj późnym popołudniem nad jednym z domów przy ulicy Śmiertelnego Nokturnu w Londynie... – zamilkła i w ciszy czytała dalej, mamrocząc co chwila fragmenty – aurorzy działali nieudolnie... wielu czarnoksiężników uciekło nierozpoznanych... brak należytego zabezpieczenia okolicy... kilku mieszkańców trafiło do Kliniki Magicznych Chorób i Urazów Szpitala Świętego Munga...
- Ciekawość ludzka nie zna granic – wtrącił niezadowolony Harry, a ona oderwała się od artykułu i spojrzała na niego. – Pchać się do zagrożonego miejsca, zamiast uciekać. – Pokręcił głową. – A do Munga trafiło też kilku naszych...
Ginny wstała i oparła się o plecami o szafkę.
- Ty też? To dlatego wróciłeś tak późno?
- Ja nie, ale mało brakowało...
Harry też wstał i zaczął krążyć po kuchni, opowiadając jej całe zdarzenie, nie ukrywając niczego, a Ginny słuchała go uważnie.
- Potem wróciliśmy do Kwatery, by powiadomić o wszystkim Robardsa – zakończył, zatrzymując się przy niej.
- I nie wiesz kim był ten człowiek? – zapytała.
Pokręcił głową.
- Choć ten jego głos... Wiem, że nie słyszałem go pierwszy raz...
Zmarszczył brwi i zamknął oczy, próbując przywołać na nowo w myślach głos mężczyzny i połączyć go z każdym, kogo spotkał przez ostatnie lata. Nikt jednak nie przychodził mu do głowy.
- Nic... kompletnie nic... – mruknął ze złością, otwierając oczy. – No trudno, ale na mnie już czas – dodał, gdy zerknął na zegarek przy kuchni. – Obiecałem, że będę dziś wcześniej w Biurze. Muszę przekonać Robardsa do pewnej rzeczy związanej z tym, co się wczoraj wydarzyło... Pewnie wrócę dopiero na kolację.
Objął ją ramieniem i pocałował namiętnie.
- A co pani dzisiaj zamierza robić, pani Potter? – zapytał, uśmiechając się. Wiedział, że nie usiedzi bezczynnie w domu.
- Muszę zrobić zakupy na Pokątnej, pójdę na spacer, zajrzę do redakcji „Proroka Codziennego” i może przy okazji odwiedzę Hermionę... – wyliczała dość szybko, ale Harry zwrócił jednak uwagę na to, co starała się ukryć między nic nieznaczącymi sprawami.
- Do „Proroka”? – spytał zaskoczony. – Po co?
- Mam tam pewną sprawę do załatwienia...
- Z pismakami nie ma co zadzierać – ostrzegł ją. – Poza tym, ty... – urwał, gdy dostrzegł jej wrogie spojrzenie.
- Tylko mi nie mów, że nie powinnam się denerwować w moim stanie – warknęła. – Ciąża to nie choroba, poza tym dobrze się czuję. I nie chcę nawet mieć do czynienia ze Skeeter czy z tym White’em. Po prostu chcę zapytać, czy nie potrzebują dziennikarza sportowego, bo ostatnio te ich komentarze wołają o pomstę do nieba, a ja chętnie tym się zajmę. Jest przed sezonem, a ja, jako były zawodnik, mogę załatwić im super wywiady z innymi graczami.
- Nie wiem czy to dobry pomysł – mruknął sceptycznym tonem. – Zwłaszcza po dzisiejszym artykule. Będą próbowali z ciebie wszystko wyciągnąć...
- Zobaczymy – odparła. – A ty miałeś podobno już iść.
Odwróciła go przodem do drzwi, chwyciła z tyłu za ramiona i wyprowadziła do salonu, lekko go popychając. Doszli tak do przedpokoju, gdzie Harry założył na siebie płaszcz, a Ginny zawiązała mu szalik.
Harry przytulił ją i czule pocałował na pożegnanie.
- Do zobaczenia wieczorem – mruknął.
- Będę u Hermiony i Rona. Opowiem ci o wszystkim, gdy wrócisz – powiedziała.
Kiwnął głową.
- To tam się spotkamy.
Otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Ginny otuliła się mocniej szlafrokiem, gdy zimny wiatr powiał znad doliny. Zaczekała aż zniknie za furtką, rozmyślając, że ostatnio tylko wieczorami i rankiem, tak jak dzisiaj, mieli okazję pobyć ze sobą i porozmawiać.
------
Atrium, jak zawsze o tej porze, pełne było czarodziejów i czarownic spieszących do pracy. Harry wyskoczył z kominka i natychmiast włączył się w tłum zmierzający do znajdujących się na końcu holu złotych wrót. Przed windami tworzyły się niewielkie kolejki.
Złota krata rozsunęła się przed nim i już miał wejść do środka, gdy ktoś klepnął go w ramię i usłyszał okrzyk Marka Newtona:
- Hej, Potter! Moje gratulacje! Jak czują się przyszli rodzice?
Wsiedli do pustej windy.
- Rodzice? – Harry zapytał nieprzytomnie, nie bardzo wiedząc, o czym ten mówi, bo w głowie układał sobie zbliżającą się rozmowę z szefem.
Newton potrząsnął trzymaną w ręku gazetą.
- A, to... – jęknął Harry, wywracając oczami. – Z jednej Skeeter, z drugiej White – warknął. – Nie dadzą nam spokoju. Poza tym Ginny czuje się dobrze. Tylko trochę żałuje, że musi rozstać się z quidditchem... A ja... – zastanowił się chwilę – jeszcze tak do końca to do mnie nie dociera...
- Bo jeszcze po Ginny nic nie widać?
- Nie widać, ale słychać, gdy ma wahania nastrojów.
Mark zaśmiał się. W tym momencie winda się zatrzymała, kraty się rozsunęły, a mechaniczny głos kobiecy oznajmił:
- Piętro drugie, Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów, z Urzędem Niewłaściwego Użycia Czarów, Kwaterą Główną Aurorów i Służbami Administracyjnymi Wizengamotu.
Wyszli na korytarz i szybkim krokiem ruszyli do dębowych drzwi. Otworzyli je i od razu usłyszeli krzyk Robardsa.
- Potter! Natychmiast do mnie!
Harry przewrócił oczami, mruknął do Marka „zaraz wracam”, i wszedł do gabinetu szefa.
Robards stał przy biurku, opierając się jedną ręką o blat, na którym leżał dzisiejszy „Prorok”.
- Pójdziesz do Azkabanu – oznajmił, gdy Harry zamknął za sobą drzwi. – Od miesięcy nie mamy stamtąd żadnych informacji. Trzeba sprawdzić, czy tam wszystko jest w porządku...
Harry skrzyżował ręce na piersiach.
- Czemu wysyłasz mnie?
- Bo tylko ty będziesz wiedział, kogo tam brakuje...
- Ciekawe... – mruknął Harry, kręcąc głową. – Jakoś nigdy nie przejawiałeś chęci do wysyłania mnie gdziekolwiek. Co sprawiło, że przejrzałeś na oczy? Od miesięcy mówiłem, żeby kogoś tam wysłać – warknął, świadomy, że traci panowanie nad sobą.
Robards zmierzył go ostrym spojrzeniem.
- Minister nalegał na ciebie... No i ten wczorajszy atak na Nokturnie...
Harry zrobił wielkie oczy.
- Kingsley?
- Tak, minister Shacklebolt – warknął Robards. – Poza tym nie chcę mieć dziś na głowie dziennikarzy... – powiedział i uderzył ręką w biurko, tak że gazeta zsunęła się na podłogę, ukazując fotografię Ginny.
Harry zerknął na nią, uśmiechnął się i kiwnął głową.
- Jasne, rozumiem.
- To czekam jutro na raport – oznajmił. – I moje gratulacje, Potter – dodał, gdy Harry otworzył drzwi z zamiarem wyjścia.
- Dzięki, szefie – odparł z uśmiechem i zamknął za sobą drzwi.
-----
Ginny przestąpiła z nogi na nogę, stojąc na środku Pokątnej i patrząc w jedną z bram. Na ścianie po lewej stronie drzwi wisiała niewielka tabliczka z napisem:
PROROK CODZIENNY
REDAKCJA
1 piętro
Wydawca i redaktor naczelny: B. Cuffe

Gdyby nie ta tabliczka, nigdy by nie pomyślała, że to tutaj. Kilka sów przeleciało nad jej głową i wleciało przez uchylone okno na pierwszym piętrze.
Co ja robię?, pomyślała.
Przełknęła ślinę i pchnęła drzwi, które zgrzytnęły złowieszczo i weszła do środka. Gdzieś w oddali rozbrzmiał dźwięk gongu. Znalazła się w ciemnym korytarzu, oświetlonym kilkoma lampkami, zakończonym szerokimi, spiralnymi schodami. Wspięła się na nie, a drewno pod jej stopami, zaskrzypiało cicho.
U szczytu schodów czekał na nią starszy mężczyzna ubrany w zniszczoną szarą koszulę i brązową kamizelkę. W butonierce tkwiło ognistoczerwone pióro, a z tylnej kieszeni wypranych dżinsów wystawała różdżka.
- Pani Potter? – zapytał niepewnie, wyciągając do niej rękę.
Ginny uścisnęła ją.
- Tak, to ja – odparła.
- Barnabasz Cuffe, redaktor naczelny. Zapraszam. Czy napije się pani herbaty?
- Bardzo chętnie. Dziękuję.
Poprowadził ją kolejnym korytarzem, mijając po drodze zagracone pomieszczenia i ściany, oblepione po obu stronach starymi numerami „Proroka”. Ginny skrzywiła się nieznacznie, gdy dostrzegła kilka pierwszych stron ze zdjęciami Harry’ego sprzed lat.
W końcu dotarli do ostatniego pokoju. Z boku stało dziwne urządzenie z mnóstwem kółek, trybików i innych części, które obracały się z przeraźliwym zgrzytem. Wyglądało to jak stara maszyna do szycia, której kiedyś używała mama, gdy szyła ubrania dla jej braci i dla niej. Ta jednak była dużo większa i po chwili Ginny zorientowała się, że to maszyna drukarska, bo z boku wypluwała dzisiejsze wydanie gazety.
Odwróciła się i spojrzała na mężczyznę, który wypuszczał przez okno jakąś sowę. Cuffe odwrócił się i wskazał jej niewielki stolik po drugiej stronie, na którym stały dwa kubki z gorącą herbatą, i dwa koślawe krzesła. Zaprosił ją, by usiadła na jednym, a gdy to zrobiła, sam usiadł na drugim.
- A więc... Co panią tutaj sprowadza? – zapytał, zakładając jedną nogę na drugą i poprawiając ułożenie kamizelki na swoim brzuchu. Czerwone pióro wyskoczyło z kieszonki kamizelki i zaczęło coś pisać na leżącym przed Cuffe’em pergaminie. – Bo chyba nie ostatni artykuł Buda?
- Nie całkiem – mruknęła. Rozejrzała się. Była zaskoczona, bo spodziewała się, że będą się tu kręcili dziennikarze, fotoreporterzy, a tutaj... było pusto.
- Wszyscy redaktorzy są na mieście – powiedział. – Rzadko kto pracuje na miejscu. Przysyłają mi jedynie sowy...
- I szukają kolejnych sensacji? – syknęła, przerywając mu i spoglądając na niego. – Tak jak pan?
Wskazała na samopiszące pióro.
Cuffe wzruszył ramionami i schował je z powrotem do kieszeni.
- Taka jest nasza praca – odparł.
Ginny nic nie powiedziała, tylko upiła łyk napoju ze swojego kubka.
- W czym mógłbym pani pomóc? – zapytał po dłuższej chwili Cuffe. – Mamy napisać sprostowanie, czy chce pani złożyć oświadczenie?
- Ani jedno ani drugie – powiedziała. – To moja prywatna sprawa. I Harry’ego.  Przyszłam tu, bo zastanawiałam się czy nie potrzebujecie... korespondenta sportowego. Bo ostatnio pan White zajmuje się zupełnie innymi sprawami – mruknęła przez ściśnięte zęby.
- Ach, tak... – Mężczyzna potarł dłonią podbródek. – Rozumiem, że to pani propozycja współpracy z naszym dziennikiem?
- Możliwe...
- Rozumiem... W takim razie proszę przesłać mi jakąś ciekawą informację z najbliższego meczu, to może się zastanowię.
- Nie będę pisać żadnych sensacji – oświadczyła stanowczo.
- Ależ oczywiście.
Ginny wstała. Cuffe wyciągnął rękę.
- To dziękuję za rozmowę, pani Potter. Odprowadzę teraz panią do wyjścia.
- Dzięki.
Kiedy otworzyła drzwi i wyszła na ulicę wpadła na kilka osób. Wśród nich była Rita Skeeter, która stała na samym przedzie i blokowała jej drogę. Obok niej stał wysoki, ciemnowłosy mężczyzna, w którym rozpoznała Buda White’a. Ginny zbladła i obejrzała się. Cuffe szczerzył zęby. Zrozumiała, że to on ich powiadomił, wysyłając sowę tuż przed rozmową.
- To prawda, że jest pani w ciąży? – padło pierwsze pytanie Skeeter.
Ginny nie zdążyła zasłonić twarzy, kiedy kilku fotografów przecisnęło się na przód i błysnęły flesze.
- Tak, ale to nie jest... – warknęła, ale natychmiast jej przerwano.
- Który miesiąc?
- Trzeci...
- Czy to prawda, że przez ostatnie trzy lata nie miała pani z mężem kontaktu?
- Nie! – krzyknęła. – I to nie jest wasza sprawa!
- Jak zareagował pani mąż na tę nowinę?
- Harry jest...
Ginny poczuła, że ktoś chwyta ją za ramię i odciąga w bok. Zerknęła tam i zobaczyła zakapturzoną postać, która próbowała odciągnąć ją od natrętnych dziennikarzy. Przeraziła się nie na żarty. Jęknęła: „Boże, nie!”, błysnęło kilka zaklęć i wkrótce tajemnicza osoba pociągnęła ją za sobą na drugi koniec Pokątnej. Chciała krzyknąć, ale żadne słowo nie wyszło z jej ust.
Zatrzymały się w jakiejś bramie. Spod kaptura uwolniły się brązowe włosy jej bratowej. Odetchnęła z ulgą.
- Hermiona, dzięki Merlinowi!
- Odbiło ci? – warknęła Hermiona, gdy ściągnęła kaptur z głowy. – Czemu pchasz się do paszczy lwa? Wiesz, że oni i tak wypaczą wszystkie twoje odpowiedzi!
- Teraz to będą mieli niesamowitą historię – mruknęła ze śmiechem. – Już sobie wyobrażam nagłówki w wieczornym wydaniu: „Ginewra Potter porwana przez śmierciożercę sprzed siedziby naszej gazety”.
- To pomyśl teraz, co poczuje Harry, gdy to zobaczy – syknęła. – No i mama. – Chwyciła Ginny za rękę i pociągnęła ją ponownie za sobą. – Chodź na górę, do nas do domu. Spróbujemy się z nimi skontaktować.
-----
Harry wysiadł z małej łódki na brzegu wyspy i szybkimi krokami ruszył kamienną ścieżką do wrót. Czarodziejskie szaty zatrzepotały złowieszczo wokół niego, lecz on pochylił głowę i osłonił twarz kapturem przed zimnym wiatrem i mrozem, który szczypał mu policzki i wyciskał łzy z oczu. Wkrótce schylił się lekko, by przejść pod kratą, teraz podniesioną wysoko.
Echo jego kroków niosło się po korytarzu i wkrótce z pokoju za kolejną kratą wyłonił się zaskoczony mężczyzna. Był to ten sam strażnik, którego poznał kilka lat temu, w trakcie poprzedniej wizyty.
- P-pan Potter? – zapytał z lekkim niepokojem.
- Tak, Cooper – warknął w odpowiedzi. – To ja.
- Ale, co... Zaraz! – wykrzyknął, gdy Harry wyminął go i wszedł głębiej do środka. – Co pan tu robi? Trzeba mieć pozwolenie!
- To idź i potwierdź moją obecność z Szefem Aurorów – syknął i rozsiadł się wygodnie za biurkiem. – Ale przed tym pokaż mi listę przebywających tu więźniów i ich akta – warknął szorstko.
Cooper zacisnął wargi w wąską linię i przeszedł w kąt pokoju, gdzie stało kilka szafek z szufladkami na dokumenty. Harry wyciągnął różdżkę i, celując nią w plecy mężczyzny, wymruczał pod nosem: „Confundo”. Mężczyzna wzdrygnął się lekko, wysunął jedną z szufladek i odwrócił się.
- Tutaj, proszę pana.
- Dobrze. Przejrzę je, a potem sprawdzę, czy rzeczywiście są tu wszyscy.
-  Oczywiście. Proszę tylko powiedzieć, kiedy, a zaprowadzę.
- W swoim czasie. A teraz przynieś mi coś do picia i zostaw mnie w spokoju.  Przeglądanie akt na pewno zajmie mi trochę czasu, więc lepiej, by nikt mi nie przeszkadzał.
Mężczyzna skłonił się i opuścił pokój. Harry westchnął i przywołał listę i kilka akt.
Jak się spodziewał, czytanie zajęło mu cały dzień, bo lista była długa i zawierała wiele nazwisk, które znał z czasów drugiej wojny, ale także nowych, w tym nazwisko ostatniego nauczyciela obrony – Knighta.
Przewracał z obrzydzeniem pergaminy z nazwiskami i z wypisywanymi przewinieniami, i w końcu, gdy za małym okienkiem zrobiło się ciemno, wstał, podszedł do drzwi i przywołał strażnika. Cooper natychmiast się pojawił.
- Tak, proszę pana?
- Zaprowadź mnie do cel więźniów. Zwłaszcza tych najpilniej strzeżonych.
- Proszę za mną.
Tak jak poprzednim razem przeszli długim korytarzem wzdłuż cel, w których siedzieli więźniowie patrzący bezmyślnie w przestrzeń. Minęli jakieś drzwi i jego oczom ukazała się spiralna klatka schodowa, której schody prowadziły stromo w górę i zdawały się niknąć w ciemnościach. Wspięli się na najwyższe piętro więzienia, a potem przeszli kolejnym korytarzem.
Strażnik zatrzymał się przy jednej z cel i zajrzał przez wizjer.
- Tutaj jest Lucjusz Malfoy, a obok Bellatriks Lestrange – oznajmił i pokazał na kolejne drzwi. – Chce pan do nich wejść?
- Nie dzisiaj – odparł. – Ale chętnie sprawdzę, jak są traktowani.
Podszedł bliżej i zbliżył jedno oko do judasza. Pomieszczenie było niewielkie, co najwyżej dwa na dwa metry. Na wprost drzwi siedział skulony bardzo chudy mężczyzna w podartych szatach. Ramiona miał owinięte wokół swoich kolan, prawdopodobnie, żeby utrzymać ciepło. Na jego kostkach i nadgarstkach znajdowały się metalowe bransolety, od których ciągnęły się długie łańcuchy.
Oderwał od niego wzrok i zajrzał do drugiej celi, która była identyczna jak ta Malfoya. Bellatriks leżała na boku zwinięta w pozycji embrionalnej i też była skuta łańcuchami.
Harry zamknął na chwilę oczy i zacisnął ręce w pięści. Wspomnienia sprzed lat wróciły. Odetchnął, otworzył oczy i odwrócił się, spoglądając na strażnika.
- Na dzisiaj wystarczy – powiedział. – jak wrócę tu jutro, sprawdzę resztę.
- Oczywiście.
Cooper sprowadził go z powrotem na dół. Harry omiótł spojrzeniem pokój, w którym siedział dziś cały dzień. Niewiele się posunął, przeglądając stare akta. Zablokował drzwi zaklęciem i wyszedł. Zimny wiatr powiał mocno od morza, kołysząc małą łódką. Wskoczył do niej, chwiejąc się lekko, by odzyskać równowagę, stuknął dwa razy różdżką w burtę i odpłynął do najbliższego miejsca aportacyjnego.
Godzinę później, ociekając wodą, znalazł się przed wejściem do małego pubu. Było późne popołudnie i mugole wracający z pracy zerkali na niego zaskoczeni i otulali się szczelniej płaszczami i kurtkami. Nic dziwnego; wyglądał jakby wyszedł prosto z basenu, a zęby mu szczękały od panującego mrozu.
Wszedł do Dziurawego Kotła i natychmiast ogarnęło go przyjemne ciepło z płonącego ognia w kominku. Wyciągnął różdżkę i kilkoma ruchami wysuszył ubrania. Kiedy wreszcie się rozgrzał, wyszedł na małe podwórko na zapleczu. Stuknął różdżką w jedną z cegieł, które natychmiast zamieniły się w łukowate przejście na Pokątną i niezwłocznie zamknęło się, gdy tylko przeszedł na drugą stronę.
Panowała tu ciemność. Większość sklepów była już zamknięta, otwarte były tylko małe kafejki, oświetlone kolorowymi lampionami, a nad siedzącymi gośćmi latały małe elfy.
Zawiał wiatr, zagarniając z ulicy mokrą gazetę, która wylądowała w rękach Harry’ego. Rozwinął ją. Włosy zjeżyły mu się na karku, gdy zobaczył nagłówek: KOLEJNY ATAK NA RODZINĘ POTTERÓW, a pod nim zdjęcie, na którym zakapturzona postać ciągnęła Ginny za rękę.
Puścił się biegiem do końca ulicy. Magiczne Dowcipy Weasleyów były zamknięte, ale on nie spieszył się do sklepu. Zatrzymał się przy bramie naprzeciwko i wszedł w głąb ciemnej klatki schodowej. Wspiął się na pierwsze piętro i stanął przed drzwiami, na których była umieszczona kołatka w kształcie głowy lwa, a ponad nią wisiała mała tabliczka z imionami jego największych przyjaciół: Hermiony i Rona.
Zastukał nią dwa razy.
Drzwi uchyliły się i w progu stanęła pani domu.
- Hermiono, widziałaś? – zapytał, podnosząc rękę z gazetą.
- Tak, Ron przyniósł godzinę temu – odparła ze spokojem. – Wejdź, Harry. Zaraz zrobię ci herbaty.
Wszedł na drętwych nogach, cały czas patrząc na nią.
- Hermiono! – krzyknął. Miał ochotę chwycić ją za ramiona i mocno nią potrząsnąć. – I ty mówisz to z takim spokojem?!
- A dlaczego miałaby się denerwować?
Obrócił się na pięcie. W wejściu do drugiego pokoju stała Ginny.
- Ginny! – wykrzyknął i rzucił się w jej kierunku. Chwycił ją w ramiona i mocno uścisnął. – Wiesz, co ja przeżyłem w ciągu tych kilku minut?
- Uspokój się – powiedziała ze śmiechem – bo zgnieciesz naszego maluszka. Jak widać nic mi nie jest. Rozbierz się i siadaj. Ron – zwróciła się do brata – daj mu coś mocniejszego do tej herbaty, a my z Hermioną wszystko mu wyjaśnimy.

1 komentarz:

  1. a już myślałem że będzie KOLEJNY ATAK NA RODZINĘ POTTERÓW,

    OdpowiedzUsuń