środa, 20 czerwca 2012

98. Rocznica


Kolejny upalny dzień lipca dobiegał końca. Trawa w ogródku zżółkła od palącego słońca, a ptaki z niechęcią ćwierkały w pobliskich drzewach. Wokoło panował błogi spokój i tylko mieszkańcy małego domku pod lasem wiedzieli, że to ich pierwsze wakacje spędzane w takim nastroju.
Ginny krzątała się po kuchni, przygotowując posiłek i podśpiewując usłyszaną w radio jakąś piosenkę Fatalnych Jędz.
- Ginny, czy Harry wie, że tu jesteśmy? – spytała Hermiona, wchodząc do kuchni.
- Skąd! Przecież mieliśmy zrobić mu niespodziankę. I niech on wreszcie wróci, bo wszystko wystygnie – warknęła, wyglądając przez okno.
Chwyciła leżącą na blacie różdżkę, machnęła nią w stronę zlewu, a brudne naczynia zaczęły same się zmywać. Następnie odwróciła się do kuchni, by przypilnować bulgocącej się zupy.
- Denerwujesz się, że go nie ma – stwierdziła Hermiona, siadając przy stole.
- Nie. – Ginny pokręciła głową. – Wiem, co się z nim dzieje – spojrzała w stronę zegara nad kominkiem. Wskazówka Harry’ego znajdowała się na pozycji PRACA. – Choć raz mógłby wrócić wcześniej. Codziennie wychodzi o świcie a wraca późną nocą. Podobno sprawdzają wszystkie posiadłości i miejsca związane ze śmierciożercami. Nie, żebym się skarżyła, czy coś, ale nie tak wyobrażałam sobie naszą przyszłość – mruknęła, stawiając na stole dwa kubki z herbatą i usiadła naprzeciwko Hermiony.
- I ty zostajesz tu sama przez cały dzień? Czemu nie przychodzisz do Nory?
- Bo tu zawsze jest coś do zrobienia. Wiesz jak tu było w zeszłym roku, gdy Harry mieszkał sam...
- No tak... takiego bałaganu dawno nie widziałam... – mruknęła przez zęby Hermiona, kręcąc głową i z trudem powstrzymując się przed wzniesieniem oczu do góry – pamiętam jak obaj z Ronem mieszkali w Norze. Wtedy to był koszmar, pamiętasz? O dormitorium w Hogwarcie nie wspomnę...
Ginny parsknęła śmiechem.
- Pamiętam. Czasami ciężko było się u nich ruszyć i podejść chociaż do łóżka, by na nim usiąść. Do tej pory zastanawiam się, jak mogłaś wtedy u nich siedzieć, no wiesz... przed ślubem Billa i Flegmy...
Hermiona przytaknęła. Zrozumiała, że Ginny nadal ma w pamięci tamte dni, kiedy we trójkę wyruszyli na poszukiwanie horkruksów, choć od tego czasu minęły już prawie trzy lata.
- Musiałam przywyknąć, bo potem nie miałam przecież oddzielnego namiotu – powiedziała.
- No tak – Ginny kiwnęła głową, wypijając łyk herbaty.
- Ale chyba tu nie było aż tak źle... – Hermiona rozejrzała się po pomieszczeniu.
- Może nie było, ale brakowało tu kobiecej ręki. Poza tym nie siedzę tu cały czas. Kiedy już nie mogę wytrzymać, zabieram miotłę i idę do lasu. Tam jest taka mała polanka, która ukrywa mnie przed mugolami. Gdy latam, zapominam o wszystkim. Tylko błagam – spojrzała prosząco na Hermionę – nie mów tego Harry’emu. Nie chcę, żeby znowu zrobił mi wykład o ostrożności. Według niego cały czas może coś nam grozić.
Tym razem Hermiona przewróciła oczami.
- Pod tym względem, to on się chyba nigdy nie zmieni – mruknęła, kręcąc głową. A gdy napotkała wzrok Ginny, powiedziała, kładąc rękę na jej dłoni: – dobrze, nie powiem.
W tej samej chwili do kuchni wszedł Ron, trzymając w ręku pusty półmisek.
- Ginny, masz jeszcze trochę tych piegusków? – zapytał.
- Ron! – krzyknęła oburzona Hermiona. – Wszystkie zjadłeś?
- No, co?
- Te ciasteczka miały być na później, jak Harry wróci.
- W porządku – przerwała im Ginny z uśmiechem. – Jeszcze są. – Wskazała na najwyższą półkę nad kuchnią, gdzie stały dwa duże pojemniki wypełnione tymi przysmakami. – Harry też je lubi.
- Przepraszam, Ginny – mruknął Ron, odstawiając talerz na stół. – Kiedy Harry wróci? – zapytał.
- Już dawno powinien być w domu.
Ron westchnął i ze spuszczoną głową wrócił do salonu.
- Nudzi mu się – szepnęła Ginny, patrząc za bratem – gdyby był Harry, miałby z kim pogadać, a tak...
Hermiona przytaknęła.
- Nie jesteśmy dla niego odpowiednim towarzystwem – stwierdziła, a kąciki jej ust delikatnie się podniosły. – My potrafimy gadać o wszystkim, choć ostatnio nasze tematy schodzą na temat dzieci naszych najbliższych, ale mężczyzn najczęściej to nie interesuje.
- No bo kogo obchodzi, że Teddy’emu urósł kolejny ząbek, albo, że Victoire śmieje się do Flegmy? – wtrącił Ron, który stał w progu.
- Nas to interesuje! – wykrzyknęła Ginny ze śmiechem. – I przygotuj się – wskazała na niego palcem – bo jutro będzie jeszcze gorzej, gdy Fleur i Tonks się tu pojawią.
- Ratunku! – jęknął Ron, wznosząc oczy do nieba. – Nie mogę tego słuchać.
- A tak a propos dzieci – Ginny zwróciła się do Hermiony, gdy Ron wyszedł – jak ty się czujesz?
Hermiona zmarkotniała. Wstała i podeszła do okna. Na zewnątrz panowała ciemność.
- Boję się – powiedziała cicho.  – Boję się zajść ponownie w ciążę. Nie chcę, by to się powtórzyło.
Ginny stanęła za nią i chwyciła ją za rękę, leżącą na parapecie.
- Jeszcze wszystko się ułoży, zobaczysz – starała się ją pocieszyć. – Też będziesz się cieszyć tak jak teraz Tonks i Fleur. Na nas też przyjdzie ten czas.
Hermiona niepewnie skinęła głową.
Nagle z salonu usłyszały okrzyk Rona:
- Harry, nareszcie!
A potem zmęczony głos Harry’ego:
- Cześć, Ron. Co tak miło pachnie?
Obie odwróciły się, a Ginny wyciągnęła różdżkę i machnęła nią. Na stole natychmiast pojawił się talerz i, zanim Harry wszedł do środka, nalała się do niego gorąca zupa.
- Witaj Hermiono – powitał ją od progu.
- Cześć Harry.
Uścisnął ją krótko i spojrzał na Ginny. Podszedł do niej i pocałował ją w policzek.
- Jestem głodny jak wilk. Nie jadłem cały dzień.
Usiadł przy stole i natychmiast pochłonął całą zupę.
- Miałeś być wcześniej, co cię zatrzymało?
- Byłem u Lupinów – wyjaśnił, odkładając łyżkę na talerz. – Pomagałem Remusowi przenieść Tonks i Teddy’ego do jej matki.
- Czemu? – zapytała Hermiona. – Są zagrożeni?
- To Greyback – powiedział, po czym powtórzył Ronowi i Hermionie wszystko to, czego dowiedział się od Remusa, a o czym Ginny już dawno wiedziała. Gdy mówił, Hermiona cały czas zasłaniała sobie dłonią usta. – Chciałem zaproponować im ochronę, ale nie chcą.
- Kogoś mi to przypomina – mruknęła Ginny. W jej oczach pojawiły się niebezpieczne błyski. – Czy to jakaś cecha Huncwotów i następnego pokolenia?
 Harry wiedział, o co jej chodzi. W przeszłości sam robił dokładnie to samo.
Jakiś czas później, gdy Ron i Hermiona wrócili do siebie, Harry usiadł na kanapie wpatrzony w pusty kominek i poustawiane zdjęcia na jego gzymsie.
Ginny stanęła za nim i objęła go ramionami za szyję.
- Chodź się położyć – szepnęła. – Już późno. Jutro czeka nas ciężki dzień.
- Czy ja naprawdę jestem tak uparty, jak Remus? – zapytał, nie odwracając wzroku od zdjęć.
Ginny westchnęła.
- Jesteś – przyznała. – I nie tylko ja tak myślę. Hermiona dzisiaj stwierdziła, że się nigdy nie zmienisz.
- A więc to tak... – mruknął. – Ja staram się, by wszyscy byli bezpieczni, a tu najbliższe mi osoby spiskują przeciwko mnie?
Chwycił ją za jedną rękę i pociągnął. Ginny zachwiała się i przetoczyła się po oparciu i upadła na siedzenie obok niego z głową na jego podołku.
- Hej! – krzyknęła. – Co ty wyprawiasz?
- Nic. Chciałem mieć cię bliżej siebie i móc spojrzeć ci w oczy – mruknął, odgarniając jej włosy z twarzy. – Tak ci to przeszkadza?
- Co?
- Że jestem jaki jestem? I że nigdy się nie zmienię?
Ułożyła się wygodniej na nim i zamknęła oczy. On przyciągnął ją mocniej do siebie.
- Nie przeszkadza, a denerwuje, kiedy traktujesz mnie jak małą dziewczynkę – odparła. Wyciągnęła rękę i przyłożyła dłoń do jego ust. – Ale wiem, że w ten sposób okazujesz jak bardzo się o mnie martwisz. Dlatego proszę – spojrzała na niego, gdy pocałował ją w dłoń i kiwnął głową, oczekując na jej prośbę – nigdy się nie zmieniaj. A teraz chodźmy już spać... – ziewnęła, wtulając twarz w jego szatę. – Oboje jesteśmy zmęczeni, a jutro czeka nas naprawdę długi dzień.
Osunęła się i chwilę potem już spała. Harry wziął ją na ręce i zaniósł na górę do sypialni.
Następnego dnia Harry’ego obudziły ciche pobrzękiwania. Przekręcił się na drugi bok i westchnął, gdy nie wyczuł Ginny obok siebie. Wstał i ubrał się, a chwilę potem był już na dole.
Ginny oczywiście była w kuchni i przygotowywała się na dzisiejszy obiad. Podszedł do niej najciszej jak potrafił i objął ją ramionami.
- Dzień dobry, pani Potter – szepnął na powitanie.
- Dobrze, że już wstałeś – powiedziała, nie odrywając się od mieszania sosu. – Trzeba ustawić stoły w ogrodzie.
- Jeszcze zdążymy – mruknął. Wyjął z jej dłoni różdżkę i odłożył na blat. Puste dłonie podniósł do ust i pocałował.
- Harry, nie teraz – jęknęła – zaraz wszyscy przyjdą, a jeszcze jest tyle do zrobienia.
- Zdążymy – powtórzył. – Chciałem ci tylko podziękować za wczoraj i złożyć ci życzenia.
Zza pleców wyciągnął wielki bukiet czerwonych róż.
- Wszystkiego...
Nagle, w tej samej chwili, wydarzyły się dwie rzeczy. Przez najbliższe okno wleciała do kuchni jakaś nieznana im sowa, która wylądowała na stole wśród warzyw, a do wejściowych drzwi ktoś zapukał. Podskoczyli oboje.
Ginny sięgnęła z wahaniem po list, a Harry odłożył kwiaty na blat, wyciągnął różdżkę i poszedł otworzyć. W drzwiach stali Ron i Hermiona.
- Wszystkiego najlepszego, Harry! – krzyknęli zgodnie.
- A to na kogo? – spytał Ron, zerkając na różdżkę w ręku Harry’ego.
- Co? – Harry szybko schował ją do tylnej kieszeni – na nikogo. Wchodźcie. Ginny jest w kuchni.
Podeszli tam. Ginny siedziała na krześle, biała jak papier. Przed nią na stole leżał rozwinięty pergamin. Hermiona natychmiast znalazła się obok niej. Ukucnęła przy niej i ścisnęła ją za rękę.
- Ginny? Coś się stało? – zapytała.
Ginny potrzasnęła głową i spojrzała na Harry’ego, który czytał już list. W kąciku jego ust błąkał się uśmiech.

Szanowna Pani Potter,
miło nam poinformować, że została pani zakwalifikowana do drużyny Harpii z Holyhead. Po wstępnych informacjach udzielonych nam przez Gwenog Jones zapraszamy na najbliższe spotkanie, które odbędzie się w siedzibie drużyny w Holyhead w dniu 15 sierpnia o godzinie 12 w południe.
Oczekując na Pani przybycie
łączę wyrazy poważania
Gwendolina Russell
Trener pomocniczy

- O co chodzi? – spytał Ron, obserwując jak Harry odrzuca do niego pergamin, chwyta Ginny w ramiona i obraca się z nią w miejscu.
- Ginny dostała się do drużyny Harpii z Holyhead! – wykrzyknął Harry, całując Ginny gdzie popadnie.
- Harry! – Ginny próbowała się od niego uwolnić. – To miała być niespodzianka, którą mieliśmy ogłosić później, gdy wszyscy będą.
- No to nam nie wyszło, chyba, że... – odwrócił głowę i spojrzał na Rona i Hermionę – zachowacie na razie to dla siebie, co?
Oboje kiwnęli głowami.
- To wspaniale!
- Tak, wspaniale – mruknęła Ginny, wyplątując się z jego objęć. – To może zajmiecie się wreszcie ustawianiem stołów w ogrodzie, co? I ani słowa więcej – wskazała na obu różdżką - bo pozaklejam wam usta aż do przyjścia reszty rodziny. No, na co czekacie? – chwyciła Rona i Harry’ego za ramiona i wypchnęła z kuchni – do roboty!
- Ty to masz do nich podejście – powiedziała Hermiona, z trudem powstrzymując się od śmiechu.
- No dobrze – Ginny westchnęła i rozejrzała się po pomieszczeniu – my też musimy się wziąć ostro do pracy. Mam nadzieję, że mi pomożesz? – spytała, a Hermiona pokiwała skwapliwie głową.
Od tego czasu rzeczywiście praca aż furczała i kiedy pojawili się rodzice, na kuchni gotowały się ziemniaki, obok nich bulgotał sos grzybowy, sałatki stały gotowe na stole, w piecyku piekły się paszteciki z różnym nadzieniem, a pokrojone mięso na befsztyki, czekało na talerzu aż pani domu wrzuci je na gorącą patelnię.
Z salonu dochodziły rozochocone głosy większości rodziny, bo przybyli Fleur z Billem i wszystkie dziewczyny otoczyły dziecięcy wózek, rozpływając się nad ich dwumiesięczną córeczką.
Drzwi kuchni otworzyły się.
- Kochanie, czy pomóc ci w czymś? – W progu stała Molly, trzymając w rękach jakiś pakunek, który postawiła na stole.
Ginny machnęła różdżką, celując nią w żaroodporną miskę z pasztecikami.
- Mamo, idź odpocznij. Masz wreszcie okazję zająć się przyjemniejszymi rzeczami niż gotowaniem obiadu dla naszej całej rodzinki. Victoire śpi?
- Na razie tak. Fleur ustawiła wózek w cieniu tej dzikiej jabłonki.
- To dobrze. Obok będzie miejsce dla Teddy’ego, jak Lupinowie się pojawią. A co to jest? – zapytała, gdy dostrzegła pakunek leżący na stole. – Mamo, nie musiałaś! – wykrzyknęła, rozwijając opakowanie.
- To tarta melasowa. Wiem, że ty i Harry ją uwielbiacie.
Ginny uściskała matkę, mrucząc „Dziękuję”, po czym wypchnęła ją do salonu.

Obiad przekształcił się w kolację. Wokoło ogromnego stołu panował gwar roześmianych głosów. Mężczyźni przy jednym krańcu rozmawiali podniesionymi głosami na tematy polityczne, popijając piwo bądź wino, a kobiety skupione nad najmłodszymi członkami rodziny i ich matkami, rozprawiały o kaszkach, pieluszkach i innych dziecięcych bibelotach.
Ginny stała na progu domu i z uśmiechem obserwowała całą rodzinę.
Tonks i Fleur karmiły maluchy, co chwila zaczepiane przez innych. Teddy odpychał ręce mamy, gdy ta chciała dać mu kolejną porcję kaszki i krzyczał „ma-ma-ne!”, a Victoire od razu zaczynała płakać, gdy robiło się za głośno. Gdy Harry przechodził obok nich, Teddy wyciągnął rączki, by ten wziął go na ręce. A kiedy mały próbował łapać za butelkę, którą trzymał Harry, albo za jego okulary, Ginny nie mogła się powstrzymać, by nie zacząć się śmiać. To było takie urocze i utwierdziło ją w przekonaniu, że Harry naprawdę pragnie mieć w przyszłości dzieci.
Widziała smutną twarz Hermiony, skrywaną pod maską, która starała się nie okazywać tego, co przeżyła kilka miesięcy temu i rozmawiała ochoczo z każdym, kto ją zagadał.
Fred i George przyprowadzili ze sobą swoje partnerki. Ginny parsknęła śmiechem, gdy George przedstawił Verity, jako swoją dziewczynę, a Fred Angelinę Johnson.
- George, jak ci się udało przekonać ją do siebie? – spytała dyskretnie, gdy dziewczyna poszła na chwilę do łazienki. – Wykorzystałeś w końcu wasz eliksir miłosny?
- Gorzej – mruknął Fred, który przechodził obok – to ona wykorzystała go na nim.
Bliźniacy prawie się za to pobili i gdyby nie Harry, który szybko ich rozdzielił zaklęciem rozbrajającym i oszałamiającym, nie wiadomo jak by się to skończyło. Ginny uciekła do kuchni, bo nie mogła opanować ataku śmiechu. Teraz obaj śmiali się wraz z resztą, opowiadając jakieś dowcipy.
Gdy zaczęło robić się ciemno, Harry wyczarował kolorowe lampiony, które porozwieszał na drzewach i poustawiał świeczniki na stołach. Wokoło zapanowało rozleniwienie, a po ogłoszeniu przez Ginny informacji, że już niedługo zaczyna trenować w profesjonalnej drużynie, cała rodzina pospieszyła z gratulacjami, wznosząc toasty za nią i ogólnie za wszystkich po kolei.
Lupinowie dość szybko zaczęli się żegnać ze wszystkimi. Harry próbował przekonać Remusa, by nie wracali do domu, ale po stwierdzeniu Tonks, że zaczyna brakować pieluszek dla Teddy’ego i, że Andromeda będzie się o nich niepokoić, w końcu ich wypuścili. Harry zaproponował nawet, że będzie im towarzyszył, by mieli eskortę w postaci aurora, ale Remus zmierzył go ostrym spojrzeniem i wreszcie odpuścił. Nie chciał się kłócić ze swoim byłym nauczycielem.
Niebo nad lasem zabarwiło się na granatowo, a powietrze wypełnił niezwykły zapach, zapowiadający nadejście burzy. Nad pobliską wioską niebo rozjarzyło się blaskiem błyskawicy, a zaraz potem nad doliną przetoczył się grzmot. Ciemny las wyglądał upiornie na tle szarego nieba zasnutego deszczowymi chmurami.
Weasleyowie pożegnali się pośpiesznie z domownikami i wkrótce Potterowie zostali sami. Oboje szybko zebrali brudne naczynia i skryli się w domu w ostatniej chwili, bo ledwie przestąpili próg, lunął deszcz, uderzając grubymi kroplami w szyby.
Kilka machnięć różdżką sprawiło, że naczynia zmyły się same, a potem poukładały się na swoje miejsca w szafkach.
Ginny stała w salonie i, obejmując się ramionami, wyglądała przez okno. Światło kolejnej błyskawicy rozjaśniło pokój, a gdy zgasło, w zapadłym nagle mroku, Harry widział tylko zarysy ciemniejszej postaci na tle mrocznego nieba.
Stanął tuż obok niej, otulając ją ramionami i składając delikatny pocałunek na jej głowie.
- To był cudowny dzień, prawda? – szepnęła.
Opuściła powoli ręce, zatrzymując je na jego dłoniach, leżących na jej talii.
- Prawda – potwierdził. - Aż szkoda, że tak szybko się zakończył. Gdyby nie burza pewnie wszyscy by tu jeszcze zostali. A tak mamy więcej czasu dla siebie. – Uśmiechnął się ukradkiem.
- Pewnie tak... – Odchyliła głowę, przytulając się plecami do jego klatki piersiowej. – To jak chcesz zakończyć ten wspaniały dzień?
- Wiesz, że jeszcze nie dałem ci prezentu?
- Prezentu... – powtórzyła powoli, wpatrując się w kolejne rozbłyski błyskawic. – A róże? To ja nic ci jeszcze nie dałam...
- Wiesz, że ty nic... – zaczął, ale gdy tylko Ginny odwróciła się do niego, dostrzegł w jej oczach błysk i zrozumiał, że ona myśli o tym samym prezencie, co on.
Nie zważając już na nic, wziął ją na ręce i wbiegł wraz z nią na górę.
Jednym machnięciem różdżki odsunął pościel, a drugim zapalił kilka świec, które otuliły ich ciepłym blaskiem. Jego koszula już dawno była rozpięta; Ginny czekała tylko aż będzie miał wolne ręce, by móc całkowicie ją z niego ściągnąć.
Ułożył ją na łóżku i położył się obok. Nakrył ją kocem i pozwolił się w siebie wtulić. Ich usta były milimetry od siebie...
- Kocham cię...– szepnęła, a po każdym słowie następował pocałunek. – Kocham...
Całowała przymknięte powieki, kości policzkowe, nos... On otworzył oczy, wziął jej twarz w obie dłonie, mocno gładząc palcami jej policzki i wargi...
- Wszystkiego najlepszego, kochanie, z okazji naszej rocznicy...
- Wszystkiego najlepszego, Harry...
Pocałowali się na dobranoc i wkrótce zasnęli, przytuleni do siebie, otuleni mocnym, spokojnym snem.

2 komentarze:

  1. Kiedy zaczęłam czytać tego bloga miałam 8 lat. Szukałam razem z moją koleżanką dalszej historii Harry'ego Pottera. Myślałam,że to napisała J.K.Rowling. A to ty napisałaś. Bardzo fajnie piszesz. Mam teraz 11 lat i czytam go 5 raz. Nigdy mi się nie znudził. Genialnie piszesz!!!
    Ola(fanka ciebie i Harry'ego Pottera)

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja już myślałam, że mały Potterek będzie xd

    OdpowiedzUsuń