niedziela, 24 czerwca 2012

127. Stara miłość nie rdzewieje...


Od tragicznych wydarzeń w Dolinie Godryka minęły dwa tygodnie. Dzięki wsparciu Kingsleya, który zaoferował Harry’emu pomoc w postaci ludzi z Magicznego Personelu Technicznego, dom przy Grimmauld Place numer 12 był prawie gotowy do zamieszkania i Potterowie w najbliższych dniach mieli się tam przeprowadzić. Harry z początku był przeciwny wprowadzeniu obcych do tego domu, ale sam nie byłby w stanie nic tam zrobić. Przychodził tam codziennie, sprawdzając czy czegoś nie potrzeba i jak posuwają się prace. Przez cały czas na Grimmauld Place mieszkał Zgredek, który kilka dni przed atakiem na Dolinę Godryka zamienił się ze Stworkiem, dzięki czemu uniknął strasznego losu.
James coraz częściej wypowiadał swoje zdanie, gaworząc krótkimi, tylko sobie znanymi słówkami i cieszył się, gdy Ginny pokazywała mu spadające liście, gnomy biegające w ogrodzie i opowiadała mu różne historie.
Wielokrotnie Harry po powrocie z pracy zastawał ich w salonie. Maluch leżał na leżaczku i bawił się swoimi rączkami, patrząc na mamę, która pisała artykuły sportowe do „Proroka”, albo leżał na brzuszku na rozłożonym kocu przed kominkiem, podpierał się na łokciach i podnosił główkę, by spojrzeć na wchodzącego tatę. Harry siadał wtedy przy nim na podłodze i brał go na kolana. Ginny przysiadała się obok niego i rozmawiali o przebytym dniu.
Koszmary Ginny nie skończyły się z chwilą przeprowadzki do Nory. Zamaskowani ludzie w czarnych szatach pojawiali się w jej snach dość często i Harry musiał w nocy ją uspokajać, mówiąc, że nic jej nie grozi i jest bezpieczna. Brał ją wtedy w ramiona i tulił, dopóki ponownie nie zasypiała. Potem jeszcze długo w nocy obserwował ją jak niespokojnie śpi u jego boku, rozmyślając, jakie ich życie jest niespokojne i kruche i bezgłośnie przepraszał, że nie może cofnąć czasu i nie wie, co jeszcze przed nimi.
W połowie października Ginny wybrała się z Jamesem na kolejną wizytę kontrolną do Świętego Munga. Uzdrowiciel oczywiście stwierdził, że James rozwija się prawidłowo i jest zdrowy, więc Ginny wstała z zamiarem wyjścia, gdy zatrzymało ją pytanie mężczyzny.
- Pani Potter, czy ostatnio dobrze pani sypia? Nie czuje pani niepokoju, że coś się stanie? Może miewa pani koszmary?
Ginny odwróciła się w szoku. Skąd on o tym wiedział?
- Skąd pan... Co?
- Widzę szarą twarz, podkrążone oczy, nerwowe ruchy, nie spuszcza pani małego z oka. Po prostu zastanawiam się, czy nie zatrzymać panią na obserwację...
- Po co? Nic mi nie jest! – wykrzyknęła obruszona.
- Chodzi mi o pani dobro – wyjaśnił uzdrowiciel cicho. – Wiem, co pani przeżywała przez ostatnie lata... A ten ostatni atak... Przecież stracili państwo...
- Powtarzam: nic mi nie jest – wycedziła przez zęby. – A do moich prywatnych spraw proszę się nie mieszać. Dziękuję i do widzenia.
Po tych słowach opuściła gabinet i deportowała się z powrotem do Nory. Była cała roztrzęsiona, gdy weszła do kuchni i postawiła na jednym krześle nosidełko ze śpiącym Jamesem i usiadła na drugim.  Mama oderwała się od przygotowywanego obiadu i podeszła do niej.
- Co się stało, Ginny? Coś jest nie w porządku z Jamesem? Jest chory? – zarzuciła ją pytaniami.
Ginny potrząsnęła głową.
- Z Jamesem wszystko w porządku, tylko... – zawiesiła głos, by po chwili wykrzyknąć: – Czy ludzie nie mogą się od nas odczepić?! Mam dość wtykania cudzych nosów w nasze prywatne sprawy! Dzisiaj uzdrowiciel chciał mnie zostawić na obserwację w Mungu, twierdząc, ze źle wyglądam! A chciał mnie przekonać, przypominając mi stratę domu! – załkała. – Jak mógł? – Ukryła twarz w dłoniach.
- Bo tak jest – przyznała Molly. – Od chwili, gdy tu mieszkacie jesteś blada jak śmierć. Nie śpisz, nie jesz... Harry, może ty ją przekonasz, że naprawdę źle wygląda?
Podskoczyła zaskoczona i odwróciła się, by zobaczyć stojącego w progu swojego męża. On też nie wyglądał najlepiej. Podkrążone smutne oczy, ukryte pod okularami, szara twarz... Pewnie wyglądam podobnie, pomyślała.
- Harry?
- Do czego mam cię przekonać? – zapytał.
- Że przydałby się wam odpoczynek – oznajmiła Molly, zanim Ginny zdążyła się odezwać.
- Zwłaszcza, że za tydzień jest podwójne wesele Freda i George’a, a my jutro najdalej pojutrze mamy przeprowadzić się na Grimmauld Place? – zauważył kwaśno Harry.
-  Tak szybko? – zdziwiły się obie kobiety.
- Byłem tam dzisiaj i dom jest gotowy – wyjaśnił. – Zgredek nie może się na nas doczekać. Zupełnie inaczej przedstawia się sprawa z... – Głos mu się załamał i Ginny poznała, że mówi o Dolinie. – Robards wysłał tam kilku ludzi, by sprawdzili czy są jakieś ślady... Poszedłem tam z nimi... – westchnął – i wróciły wspomnienia sprzed dwóch tygodni... Dlatego wróciłem tutaj, by was zobaczyć.
Podszedł do Ginny i wziął ją w ramiona. Niestety ciche kwilenie dobiegające zza ich pleców, które zamieniło się w płacz, wyrwało ich z tej chwili zapomnienia. Ginny odsunęła się od Harry’ego i wyjęła Jamesa z nosidełka. Maluch natychmiast się uspokoił. Przytulony do mamy wyciągnął rączki do taty.
- Aa... iii... ooo... – zagadał po swojemu.
Harry przysunął się bliżej i wziął go na ręce.
- Chodź do mnie, szkrabie.
James położył malutką dłoń na jego policzku i przytulił się. Ginny objęła ich stojących razem.
Nagle przez otwarte okno wleciała szara płomykówka i wylądowała na stole przed Molly, wyciągając nóżkę, do której miała przywiązany dość gruby zwitek pergaminu.
James zaciekawiony wyciągnął rączki do ptaka, ale Harry odsunął się na bezpieczną odległość, gdy sowa zahukała, robiąc koło nad stołem i odleciała.
Molly rozwinęła przesyłkę. Po spojrzeniu na treść listu, chwyciła się za serce i osunęła się na podłogę. Harry i Ginny doskoczyli natychmiast do niej.
- Mamo! – wykrzyknęli oboje.
Ginny upadła na kolana przy nieprzytomnej kobiecie i zaczęła klepać ją po twarzy. Harry przywołał pergamin, usiadł, trzymając Jamesa na kolanach, i zaczął czytać, choć maluch próbował dosięgnąć listu i wyjąć mu go z ręki.

Szanowna Pani Weasley.
Miło jest nam poinformować, że wygrała Pani nagrodę główną w naszym konkursie na najlepszy rodzinny obiad oraz za najlepszy deser. Obie nagrody w łącznej wysokości 100 000 galeonów przekażemy do Pani skrytki w Banku Gringotta w najbliższym czasie.
Jednocześnie informujemy, że Pani przepisy zostaną umieszczone w najbliższym wydaniu naszej gazety.
Gratulujemy i zapraszamy do udziału w kolejnych konkursach.

Megan Fisherman
Redaktor naczelny tygodnika „Czarownica”

Po przeczytaniu listu zaczął się śmiać.
- Z czego się tak śmiejesz? – zrugała go Ginny. – Przecież nie mogę jej docucić – warknęła.
- Spójrz – podał jej pergamin, powstrzymując śmiech, a ona aż usiadła z wrażenia, gdy przeczytała wiadomość.
- Nic dziwnego, że tak zareagowała. Mamo! – Klepnęła ją ponownie po twarzy.
- Czekaj, tak będzie szybciej. Aguamenti – powiedział, a z jego różdżki wypłynął mały strumyk wody.
James roześmiał się i wyciągnął rączki, by chwycić nimi płynącą wodę, która opadała na twarz babci.
- James, nie ruszaj – syknęła Ginny do syna, kręcąc głową. – To nie zabawa.
Molly zachłysnęła się wodą, więc Harry cofnął zaklęcie, a Ginny otarła jej twarz. Pomogła mamie usiąść na krześle i podała szklankę wody.
- Mamo, wszystko już dobrze? – zapytała z troską.
- T-tak... chyba tak... – odetchnęła. – Czy... ja naprawdę wygrałam w tym konkursie? – spytała niepewnie.
- Tak jest tu napisane – mruknął Harry z uśmiechem. – Gratulacje.
- Tak, gratulacje, mamo – zawtórowała Ginny, a James zaśmiał się do babci.
- Molly, nie wiesz skąd w naszej skrytce jest tyle galeonów? – rozległ się z sieni głos Artura. – Byłem dziś w Banku Gringotta i... – urwał, gdy Ginny pokazała ojcu list.
- Wygrałam... – wyszeptała Molly w odpowiedzi. – Och, Arturze! – wykrzyknęła, kiedy mąż chwycił ją w objęcia.
Ginny z Harrym i Jamesem opuścili kuchnię, pozostawiając starszych Weasleyów z radosną nowiną, i udali się na popołudniowy spacer.
- Widziałaś ostatnio Hermionę? – zapytał Harry, gdy byli już poza zasięgiem słuchu Molly i Artura.
- Odkąd mieszkamy tutaj, Hermiona przestała się do mnie odzywać. Pewnie nie chce się spotkać z moją matką. Czemu pytasz?
Harry wyczarował ławeczkę pod drzewem w ogrodzie, na której usiedli. James trafił na kolana mamy i od razu zaczął jeść.
- Hermiona dostała pracę w Departamencie Przestrzegania Prawa – powiedział Harry. – W zeszłym tygodniu wpadliśmy na siebie na korytarzu.
- I mówisz mi o tym dopiero teraz? – przerwała mu.
- Myślałem, że wiesz. Poza tym nie chciała ze mną rozmawiać. Wymówiła się jakimś ważnym spotkaniem i zniknęła w swoim gabinecie.
Ginny westchnęła.
- Oddala się od nas... – mruknęła. – Może uda mi się wyciągnąć coś z niej w sobotę na weselu... O ile będzie – szepnęła zamyślona. – A wiesz, co z Ronem? – zapytała.
Harry kiwnął głową.
- Wpadł do mnie do Biura, bo składał papiery na kurs aurorski. Mam nadzieję, że mu się uda dostać, bo to nie jest lekka praca. Jest przekonany, że Hermiona zdradza go z Krumem, bo od jego przyjazdu do Londynu Hermiona wraca do domu dużo później niż zwykle.
- To czemu o nią nie walczy? Jeśli mu na niej zależy, to powinien... Przecież jest jej mężem!
- Powiedziałem mu to samo. Myślisz, że to prawda? Że Hermiona i Krum... – zawiesił głos.
Ginny westchnęła ponownie.
- Jestem coraz bardziej pewna, że Ron ma rację.
------
Hermiona siedziała skupiona w swoim gabinecie i przeglądała najnowsze dokumenty, które pozostawił jej szef departamentu. Odkąd zajęła się na poważnie prawem czarodziejów nie miała chwili odpoczynku.
Nagle usłyszała trzeszczenie otwieranych drzwi. Podniosła głowę. W progu stał barczysty ciemnowłosy mężczyzna z długim, zakrzywionym nosem i gęstymi czarnymi brwiami.
- Wiktor...  – westchnęła. – Co cię do mnie sprowadza?
- Podobno miałaś mnie oprowadzić po tym waszym ministerstwie – odparł. – Tak powiedział ten starszy jegomość... – Wskazał kciukiem za siebie.
- Jestem zajęta... Możemy to przełożyć na kiedy indziej? – spytała. – Muszę to przeczytać na jutro – powiedziała, wskazując grubą księgę Czarodziejskiego Kodeksu Prawnego leżącą przed nią.
- Nie szkodzi – mruknął. – Zaczekam.
Wszedł głębiej. Machnął krótko różdżką i w kącie pojawił się fotel, w którym się rozsiadł, bacznie ją obserwując.
- Ale to może potrwać... – jęknęła.
- To nic. Zawsze lubiłem patrzeć, jak pracujesz.
Hermiona zarumieniła się i wróciła spojrzeniem do księgi. Wkrótce zaczytana zapomniała, że ktoś jest wraz z nią w pokoju. Nie zauważyła, kiedy Krum wstał, obszedł biurko i stanął za jej plecami. Dopiero, gdy odgarnął jej włosy i pocałował w kark uświadomiła sobie, że on cały czas tu był. Podskoczyła zaskoczona.
- Wiktor! – krzyknęła. – Ktoś zaraz może tu wejść!
- Drzwi są zamknięte, a my jesteśmy sami...
Serce biło jej jak szalone, gdy Wiktor objął ją od tyłu i zaczął pieścić jej talię. Żaden dotyk Rona nie budził w niej tak dojmującego pragnienia bycia w ramionach mężczyzny, jak ten. Zawsze, będąc z nim miała wrażenie, że Ron traktuje takie chwile jak obowiązek, który musi spełnić. Z Wiktorem było zupełnie inaczej. Czuła na plecach, biodrach i nogach jego ciało, a na szyi pieszczotliwy pocałunek. Chciała więcej. Obrócił ją i ich usta złączyły się w namiętnym, niemal brutalnym pocałunku. Przymknęła oczy, poddając swoje usta jego pieszczotom. Zanurzyła dłonie w jego włosach i przytulała się do niego coraz mocniej.
Ich pocałunki stały się bardziej łapczywe, gdy Wiktor rozpiął zamek sukienki i zaczął wyciągać jej bluzkę spod spodu, a ona rozpinać mu koszulę. Jego dłonie wślizgnęły się na jej piersi i głębiej pod bluzkę na plecy, przyciągając ją bliżej. Doprowadzał ją do szaleństwa.
Nagle wydało się jej, że ktoś zapukał do drzwi. Spanikowała. Na Merlina! Co ona robi?
- Wiktor, nie... – szepnęła, próbując go odepchnąć, ale on nie przestawał jej dotykać i całować jej piersi. – Nie mogę... Nie powinnam...
Poczuła jak traci grunt pod nogami. Wiktor odsunął się od niej, marszcząc brwi.
- Czy było ci ze mną źle? – burknął, zapinając koszulę.
- Nie... Wiktor, to nie tak... Po prostu... ja mam męża...
Odwrócił się od niej i podszedł do drzwi.
- Do tej pory to nie przeszkadzało tobie – syknął i wyszedł.
Osunęła się na podłogę i zaczęła płakać.
Po jakimś czasie, gdy uspokoiła się na tyle, by mogła wyjść, poprawiła swój strój i chyłkiem opuściła budynek ministerstwa. Lepiej, żeby nikt jej teraz nie widział. Zimny jesienny wiatr uderzył ją w twarz, wyciskając kolejne łzy z oczu, a deszcz przyprawiał o dreszcze, gdy zimne krople wpływały jej za kołnierz płaszcza. Otuliła się nim szczelniej i ruszyła przed siebie. Łzy mieszały się z kroplami deszczu, spływającymi jej po twarzy. Szła ulicami Londynu w zupełnie nieokreślonym kierunku, pogrążona w beznadziejnych myślach. Mijała obcych ludzi, niezainteresowana, co się wokół niej dzieje. Rozpacz ściskała ją za gardło. Czuła się okropnie. Pragnęła teraz tylko tego, by ktoś przytulił ją i pocieszył, by okazał jej choć odrobinę zainteresowania i troski...
Kiedyś mogła pójść do Ginny. Ale ona i Harry mieli swoje problemy. Mimowolnie przypomniała sobie, co powiedział jej Harry kilka miesięcy temu: „...powinnaś przemyśleć, kogo tak naprawdę kochasz...” potrząsnęła głową. Wiedziała, że powinna zdecydować, ale nie potrafiła. Tak naprawdę kochała ich obu: Rona i Wiktora. Poczuła się taka bezradna i samotna, bo nic i nikt nie był w stanie jej pomóc.
Nagle zorientowała się, że stoi na Charing Cross Road przed drzwiami Dziurawego Kotła. Przełknęła łzy, otarła twarz i weszła do środka. Skinęła tylko lekko głową Hannie i Erniemu i przeszła na małe podwórko na zapleczu gospody. Gdy znalazła się na Pokątnej westchnęła. Nie mając innego wyboru powlokła się do domu, gdzie czekał na nią Ron.
Nie zdążyła otworzyć drzwi, gdy z mieszkania wyszedł do niej wściekły, chwycił ją za ramię i wciągnął do środka.  
- Gdzie byłaś, do cholery? – zapytał, zanim zdążyła otworzyć usta.
- Od kiedy cię to obchodzi? – warknęła.
Wyrwała rękę z jego uścisku i ruszyła do łazienki.
- Od kiedy jesteśmy małżeństwem! – krzyknął.
Chwycił ją ponownie za ramię i niezbyt delikatnie przycisnął do ściany. Trzymał mocno jej ręce, tak że nie mogła dosięgnąć różdżki.
- Opanuj się! – wykrzyknęła. – Ron, to boli!
Rozluźnił chwyt, ale nadal nie wypuszczał jej z rąk.
- Byłem dzisiaj w ministerstwie i cię nie spotkałem.
- Miałam ważne spotkanie w drugim skrzydle.
- Z nim, tak? – syknął. – Od kiedy Krum ma swój gabinet w ministerstwie, co? – zadrwił.
- Wiktor nie...
Nie dokończyła, bo jego usta wzięły w posiadanie jej wargi, całując ją namiętnie. Jego pocałunki były brutalne i sprawiały ból. Chciała go odepchnąć, ale poczuła, że Ron przyciąga ją mocniej do siebie... Jego dłonie pieściły jej plecy, zsunęły się do talii, by w końcu dosięgnąć bioder. Gdzieś wewnątrz jej ciała odezwało się dziwne uczucie mrowienia, które powoli zamieniało się w pożądanie... Chciała tego i jednocześnie usiłowała uwolnić się od niego za wszelką cenę.
Z czasem siła złagodniała, gdy Ron pokrywał pocałunkami jej szyję aż do rąbka bluzki.
- Och, Ron... – westchnęła, gdy pocałunkami dotarł do jej piersi.
Zrobiło jej się gorąco, gdy przypomniała sobie, że kilka godzin temu Wiktor robił z nią dokładnie to samo.
I wtedy nagle Ron znieruchomiał, a potem odepchnął ją od siebie.
- Czy do niego też tak się lepiłaś? – wychrypiał.
- Tak, Ronaldzie Weasley – syknęła – od kiedy przyjechał wykorzystywałam każdą chwilę, by się do niego lepić i nie mogłam znieść myśli, że muszę wrócić do ciebie! – warknęła.
Wbiegła do sypialni, zatrzaskując mu drzwi przed nosem i przywołała swoją torebkę, do której zaczęła wrzucać swoje rzeczy. Musi wynieść się stąd jak najszybciej.
Ron wydał z siebie okrzyk oburzenia, pchnął drzwi i wpadł do środka.
- Gdzie ty się wybierasz?
- Odchodzę. Będę z tobą na ślubie Freda i George’a, żeby twoi rodzice nic nie podejrzewali, ale nie licz na nic więcej.
Wyminęła go i podeszła do drzwi frontowych. Ron złapał ją za ramię i odwrócił twarzą do siebie.
- Hermiono... – jęknął. – Dlaczego? Czy ty nie rozumiesz, że ja cię kocham?
- Okazujesz to w bardzo dziwny sposób – powiedziała.
Uwolniła się z jego uścisku i podeszła do drzwi. Nie chciała, żeby zobaczył jak te słowa na nią podziałały. Otworzyła drzwi. Zatrzymała się w progu, trzymając rękę na klamce.
- Chyba oboje musimy przemyśleć, czego naprawdę chcemy – powiedziała i wyszła.
-----
- Harry! Spóźnimy się!
Przez kilka pięter domu przy Grimmauld Place 12 potoczył się zdenerwowany głos Ginewry Potter, a w salonie rozległ się płacz dziecka. Harry podskoczył w fotelu i wstał, by zajrzeć do Jamesa.
- Nic dziwnego, że się spóźnimy – mruknął do niego. – Twoja mama szykuje się tak kolejną godzinę, a u dziadków mieliśmy być rano. Jeszcze trochę i spóźnimy się na siedemnastą, o której jest właściwa uroczystość...
- Co tam brzęczysz pod nosem?
Do salonu weszła Ginny ubrana w tą samą sukienkę, którą dostała od niego na rocznicę i futrzane bolerko zarzucone na ramiona.
- A moje dwa skarby są już gotowe? – spytała i podeszła do nich. – Harry, wszystko wziąłeś? Prezenty, wózek, pieluchy, śpiochy, bym w razie czego mogła przebrać Jamesa, i...
- I Zimne Ognie Filibustera – dodał, a Ginny zwróciła na niego przerażony wzrok – żartowałem. Ginny, na pewno o niczym nie zapomnieliśmy. Poza tym w Norze masz zapas pieluch, więc nic się nie stanie, gdy jednej nie weźmiemy.
- No dobrze. To ja wezmę Jamesa, a ty zajmiesz się resztą.
Wyszli na zewnątrz i stanęli na najwyższym stopniu schodków przed frontowymi drzwiami. Ginny przytuliła Jamesa do piersi i chwyciła rękę Harry’ego.
Po chwili znaleźli się na drodze prowadzącej do Nory.
Rodzina panów młodych miała miejsca po lewej stronie purpurowego dywanu. Ginny z Harrym usiedli w trzecim rzędzie, ustawiając wózek po zewnętrznej. Za nimi siedziała Andromeda z Teddym, który, choć wciąż był napominany przez babcię, chciał siedzieć na kolanach wujka. Przed nimi siedział Bill z Fleur i Victoire, Percy z Audrey oraz Charlie. Obok nich były dwa puste miejsca.
- Nie wiesz, co z Ronem i Hermioną? – zapytała Ginny, rozglądając się na boki i do tyłu, do wejścia. – Mieli siedzieć obok nas, prawda?
Harry zerknął na zegarek.
- Mają niecałe pięć minut – zauważył. – Albo wpadną na Verity i Angelinę.
Po czerwonym dywanie przechodzili właśnie państwo Weasley, którzy usiedli w pierwszym rzędzie przed Harrym i Ginny, oraz rodzice obu panien młodych.
Tuż za nimi, chyłkiem przebiegła Hermiona w fioletowej sukni. Opadła na krzesło obok Ginny.
- Zdążyłam? – zapytała na wydechu.
- W ostatniej chwili – szepnęła Ginny. – Gdzie Ron?
- Jeszcze go nie ma?
Harry przechylił się przed Ginny.
- Możecie być cicho? – szepnął. – Fred i George się zbliżają.
Fred i George z Lee Jordanem i Oliverem Woodem, jako ich drużbami, przeszli w tym momencie pomiędzy rzędami krzeseł.
Chwilę potem rozległy się pierwsze takty Marsza Weselnego i do namiotu wkroczyły Angelina i Verity w jednakowych białych sukniach. We włosy miały wplecione białe kwiaty, których miniaturki mieli Fred i George w swoich butonierkach. Prowadzone przez swoich ojców kroczyły dumnie wzdłuż dywanu.
Mistrz ceremonii rozpoczął uroczystość. Ginny ścisnęła rękę Harry’ego i wróciła pięć lat wstecz, gdy to oni składali sobie przysięgę małżeńską. Nieważne, że potem wszystko się popsuło... Oni byli wtedy razem. A teraz razem z Jamesem tworzą prawdziwą rodzinę.
Zerknęła w bok. Rona nadal nie było, a Hermiona patrzyła gdzieś przed siebie. Nie płakała. Nie zwracała uwagi na rozgrywającą się przed nimi uroczystość i Ginny zastanowiła się przez chwilę, czy denerwuje się, że nie ma Rona, czy jest w zupełnie innym świecie?
Po złożeniu przysięgi przez jedną i drugą parę mistrz ceremonii zaprosił wszystkich do stołów, które pojawiły się znikąd pod ścianami namiotu.
James zaczął płakać, więc Ginny wzięła go na kolana, by zmienić mu pieluchę, a Harry poszedł złożyć bliźniakom gratulacje. Gdy wrócił, Ginny zajęta była karmieniem synka i próbowaniem wciągnięcia Hermiony na zwierzenia.
Harry nie wtrącał się. Usiadł na krześle obok Ginny i zaczął obserwować tańczących. To był jego czwarty ślub, licząc ten, w którym on i Ginny grali główne role, choć oni nawet na nim nie zatańczyli.
Goście kręcili się w jedną i drugą stronę, przechodząc przez wejście do namiotu i nagle w świetle zachodzącego słońca pojawił się dawno spóźniony gość. Zrobiło się cicho, gdy mężczyzna, nie zwracając uwagi na zaskoczone twarze obecnych przeszedł przez parkiet i zatrzymał się przy stoliku, przy którym siedzieli Potterowie i Hermiona. Mężczyzna był cały we krwi, jedno oko miał podbite, a szatę miał podartą w różnych miejscach.
Wszyscy troje spojrzeli przerażeni na niego.
- Ron! – wykrzyknęła Ginny, budząc śpiącego w jej ramionach Jamesa. – Co ci się stało i gdzie byłeś?
Jej brat zignorował to pytanie. Odwrócił się do Hermiony.
- Pójdziesz ze mną?
- Po co?
- Chyba się domyślasz skąd te obrażenia? – warknął, wskazując na swoją twarz i nie czekając na jej odpowiedź, dodał: – spotkałem się z twoim ukochanym Wiktorem –syknął ironicznie.
- W porządku, wyjdźmy – zgodziła się Hermiona.
Wstała i wyprowadziła go na zewnątrz. Państwo Weasleyowie patrzyli wstrząśnięci na syna i synową, gdy opuszczali weselny namiot.
Ron i Hermiona nie odzywali się do siebie, dopóki nie znaleźli się w ciemnej kuchni Nory.
- Po co z nim rozmawiałeś? – warknęła, zanim zdążył się odezwać.
- Jak to, „po co”? Ten... Ten sku... – zmełł w ustach przekleństwo – zrobił ze mnie jelenia!
- Co?
- Przecież od miesięcy masz z nim romans! – wykrzyknął. – Jak mogłaś mi to zrobić? Jak mam ci teraz w cokolwiek uwierzyć? Wiesz co? Tak naprawdę nie wiem, gdzie się podziała ta Hermiona, z którą się ożeniłem – warknął. – Nienawidzę cię!
Uderzył pięścią w stół i wybiegł w noc, trzaskając drzwiami.
Łzy popłynęły jej z oczu. Jednak złość wzięła nad nią górę.
- Wiktor zrobił z ciebie jelenia? Jeszcze się przekonasz, co to znaczy – syknęła.
Przywołała kawałek pergaminu i pióro i skreśliła kilka słów.

Wiktor.
Jeśli Twoja propozycja kolacji jest nadal aktualna, to spotkajmy się jutro w wyznaczonym przez Ciebie miejscu.

Hermiona

Wyczarowała sowę, przywiązała liścik do nóżki i wypuściła ją w ciemność nocy.

8 komentarzy:

  1. Jaka twoja Hermiona zemsta xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie poznaję Hermiony. Gdybym natknęła się na ten rozdział od razu, nie wczuwając się w poprzednie. To pewnie bym pomyślała, że wymyśliłaś jakąś inną Hermionę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ty to masz GENIALNE pomysły . !!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Hermiona zmieniła się nie do poznania.

    OdpowiedzUsuń
  5. Hermiona z pazurem..:3 Ale w zasadzie mam nadzieje że się zmieni...xD Bo ona z ronem na początku mi nie za bardzo pasowali ale krum...!!??

    OdpowiedzUsuń
  6. Po co ten Krum ? Ale blog fajny

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale zmieniłaś, Asiu, Hermionę...

    OdpowiedzUsuń
  8. Ogółem mam dwie rzeczy: 1) super opowiadanie 2) bardzo mi przeszkadza,że zmieniłaś Rona i Hermionę w nieczułych ludzi.

    OdpowiedzUsuń