niedziela, 24 czerwca 2012

138. Pracowite święta nie tylko u Weasleyów


Ginny usiadła na stopach, obserwując Harry’ego. Z trudem przełknęła ślinę, bo w gardle urosła jej twarda gula. Czuła, że zbiera się jej na płacz, gdy wcierała ostatnie krople dyptamu w jego plecy. Rany na szczęście szybko się zabliźniały, pozostawiając jedynie zaczerwienione miejsca. Jego ręka opadła bezwładnie na pościel, więc natychmiast ją chwyciła. Zrozumiała, że niczego się już nie dowie, bo odpłynął. Nie był to jednak spokojny sen. Raczej przeżywał na nowo ostatnie wydarzenia. Ruszał oczami pod zamkniętymi powiekami, miał skurcze mięśni i jęczał „Nie!”. Chciała mu pomóc, ściskając jego dłoń, by wiedział, że jest bezpieczny, aż w końcu uspokoił się i zasnął, a ona odetchnęła z ulgą.
Zaklęciem usunęła resztę jego ubrań, pozostawiając jedynie bokserki i przykryła kołdrą. Przestawiła łóżeczko z Jamesem bliżej siebie, przebrała się w koszulę nocną i wsunęła pod kołdrę obok Harry’ego. Chciała go objąć i się przytulić, ale bała się, że podrażni jego poranione plecy. Ułożyła się więc wygodnie na boku jak najbliżej niego i odgarnęła mu włosy z twarzy. To był rzadki moment, gdy mogła go obserwować jak śpi, kiedy żadne kłopoty nie malują się na jego twarzy. Zwykle to on patrzył jak śpi i budził ją pocałunkiem prawie każdego ranka.
Nachyliła się do niego i pocałowała delikatnie. Zamruczał coś niezrozumiale i jęknął, gdy próbował przekręcić się na drugi bok. Pozostał więc we wcześniejszej pozycji, wyciągając tylko rękę nad nią i, przyciągając ją nieświadomie do siebie, oddał pocałunek.
Ginny zamarła zaskoczona. Nie spodziewała się tego, choć jednocześnie pragnęła jego bliskości. Uśmiechnęła się i wkrótce zasnęła, zapominając na te kilka godzin o tym, że w najbliższych dniach nie będą mieli chwili spokoju.
Świt Bożego Narodzenia nadszedł zbyt szybko.
Na dworze panowała jeszcze ciemność, gdy do okna Potterów w Norze zapukała ministerialna sowa. Harry skrzywił się na ten dźwięk. Miał wrażenie jakby ktoś walił mu młotkiem po głowie. Mimo wszystko nie otwierał oczu, próbując odpędzić niechciane uczucie. Jednak, gdy pukanie rozległo się ponownie, a z łóżeczka po stronie Ginny rozległ się płacz Jamesa, jęknął zrezygnowany i wziąwszy różdżkę z pobliskiej szafki, otworzył jedno skrzydło okna, by wpuścić niecierpliwego ptaka. Sowa zahukała, zrzucając na niego list i usiadła na parapecie, strosząc piórka; zapewne czekała na odpowiedź. Harry zadrżał, gdy wraz z nią do środka wpadł mroźny wiatr, więc natychmiast je zamknął. Ginny, która w tym momencie przenosiła Jamesa do ich łóżka, syknęła:
- Brr! Ale zimnica! – Wzdrygnęła się, wskakując z powrotem pod kołdrę. – Naprawdę musisz iść? Twoje rany jeszcze się nie wyleczyły.
James wyciągnął rączki, gdy mama położyła go na środku łóżka i nachyliła się nad nim do taty, kładąc Harry’emu głowę na ramieniu, a jemu rękę na brzuszku.
- Wiem, ale po tym co się wydarzyło wczoraj...
- Musisz się z nimi spotkać – wpadła mu w słowo.
Pokiwał głową.
- Ktoś musi im uświadomić, że wszystkim nam może grozić niebezpieczeństwo. Wiesz... – Spojrzał zamyślony w okno, za którym powoli wstawał nowy dzień. – Zastanawia mnie tylko, dlaczego śmierciożercy nie wtargnęli do środka Nory i oprócz kilku rykoszetów nic w nią nie trafiło. Mieli taką idealną okazję – tylko ja przeciwko pięciu czy sześciu...
- A ten jeden... o którym mówiłeś, że nie chciał cię... – przełknęła ślinę – zabić...
- Pamiętasz tego człowieka, który wielokrotnie mnie ostrzegał w ostatnich miesiącach? – Ginny kiwnęła głową – to właśnie był on. Zabrał mnie stąd, by przekazać mi pewne informacje, a potem pomógł mi uciec.
- Wiesz już, kto to był?
- Zabini – mruknął.
- Co? Blaise Zabini? Ten Zabini?
- Tak, Ginny, ten Zabini – powtórzył Harry, kiwając głową.
- Przecież... – Ginny nie wiedziała co powiedzieć na to wyznanie – przecież on był w Slytherinie! Był w paczce Malfoya!
- Wiem.
- I ty mu ufasz? Wczoraj prawie cię zabił!
- I jednocześnie uzdrowił i pomógł uciec.
- Ale musiał robić to w taki sposób?
- Takie są metody śmierciożerców. Najpierw atakują, a potem dopiero wyjaśniają.
James wyciągnął rączki do taty i chwycił za materiał bokserek, ciągnąc je do siebie. Harry odwrócił się i wziął syna na ręce, na co maluch zapiał z radości.
- Hej! Kto tu się do mnie dobiera i próbuje mnie rozebrać? – zapytał.
Ginny parsknęła wymuszonym śmiechem.
- Po prostu chce, żebyśmy zwrócili na niego uwagę – zauważyła, gładząc małego po pleckach. – Poza tym robi mamusi prezent na gwiazdkę...
Pocałowała synka w główkę, mrużąc oczy.
- Prezent? – Harry zerknął na nią zaskoczony.
- Choć największy dostałam w nocy, gdy wróciłeś... Wesołych świąt, Harry – szepnęła, podnosząc lekko głowę i całując go w usta, a on oddał pocałunek.
Chwilę potem oboje jęknęli, gdy siedząca na parapecie sowa zahukała i podrapała pazurami po ramie okna, przypominając im o swojej obecności.
Ginny westchnęła. To koniec ich rozmowy na tamten temat, choć wiedziała, że to nie było jednak wszystko.
Harry oddał jej Jamesa i wstał. Podszedł do biurka, napisał na pergaminie kilka słów, po czym przyczepił list do nóżki sowy, uchylił okno i wypuścił ją na zewnątrz. Gdy się odwrócił Ginny stała ubrana w podomkę przy drzwiach, z Jamesem na rękach.
- Idę do kuchni nakarmić Jamesa i przygotować ci coś do jedzenia – oznajmiła, wychodząc.
Harry kiwnął głową. Nie chciał robić jej przykrości, mówiąc, że nie ma ochoty na śniadanie i że najchętniej zostałby tutaj i nigdzie się nie ruszał. Niestety sytuacja na to nie pozwalała.
Stojąc pod prysznicem myślał o poprzedniej nocy. Zabini. Ten człowiek nie dawał mu spokoju. Pamiętał go jeszcze z Hogwartu, kiedy, jak przypomniała Ginny, należał do paczki Malfoya i nawzajem się nienawidzili. Co się stało, że tak się zmienił? Chodzi mu o wstawienie się za nim przed Wizengamotem w przyszłości, czy o coś więcej? Z pewnością za uratowanie jego życia będzie czegoś chciał, bo na pewno nie zrobił tego bezinteresownie.
Nadal nad tym myślał, gdy ubrany schodził po schodach do kuchni.
Na dole oprócz Ginny karmiącej Jamesa, czekała na niego Molly, która ustawiała na stole talerz z ciepłymi grzankami. Przeszło mu przez myśl, że jeśli chodzi o jedzenie, to nikomu nie pozwoli rządzić się w swoim królestwie, nawet własnej córce.
- Dzień dobry – przywitał się.
James zachłysnął się kaszką i wypluł porcję, którą miał w buzi, opryskując nie tylko śliniak, ale i mamę. Ginny uśmiechnęła się jakoś krzywo i wyczyściła cichym „Chłoszczyść” plamę na rękawie, po czym podała Jamesowi kolejną łyżeczkę kaszki.
Molly odwróciła się do niego i chwyciła go w objęcia.
- Harry! – wykrzyknęła, po czym posadziła go na krześle obok Ginny. – Siadaj i jedz, kochaneczku. I może od ciebie dowiem się wreszcie, co się tutaj dzieje od wczoraj, bo Ginny nie chce mi nic powiedzieć – poskarżyła się. – Na zewnątrz wciąż kręci się kilku aurorów...
- Pewnie ponawiają zaklęcia ochronne – mruknął cicho.
- ...a ty, jak widzę, gdzieś wychodzisz – zakończyła.
- Mam umówione spotkanie z Szefem Biura – oznajmił. – Muszę wyjaśnić z nim kilka spraw i wrócę na obiad.
Z górnych pięter zaczęły dochodzić zwykłe poranne odgłosy i piski dzieci, które dostrzegły w swoich łóżkach góry prezentów. Harry zerknął na zegarek i wstał.
- Muszę już iść, a nie chciałbym spotkać się z Teddym, bo mnie nie wypuści – powiedział, nachylając się nad Ginny i Jamesem i całując oboje. – Będę na obiedzie, obiecuję.
- Ale przecież są święta! – zawołała za nim Molly, gdy Harry przywołał z sieni płaszcz podróżny i wyszedł.
Podbiegła do okna, by zobaczyć, jak jej zięć, po pozdrowieniu aurorów i przejściu poza ogrodzenie, deportował się. Odwróciła się z powrotem do córki, czekając na wyjaśnienia.
- Nie jest mu łatwo o tym mówić, mamo – zaczęła Ginny, odsyłając pustą miseczkę po kaszce do zlewu. Posadziła Jamesa na kolanie, by malec mógł patrzeć na babcię i przywołała z salonu jakąś zabawkę, którą zaczęła zabawiać synka. Z trudem przełknęła ślinę i spojrzała na matkę. – Wczorajszy dzień był dla nas najgorszym dniem od lat.  Kiedy wy kładliście się wieczorem spać, my... czekaliśmy w napięciu...
- Więc wiedzieliście, że to może się stać? – przerwała jej mama.
Ginny kiwnęła głową. W jej oczach zaszkliły się łzy, które dwoma strumyczkami spłynęły po jej policzkach. Szybko otarła je rękawem szlafroka i przytuliła policzek do główki Jamesa. Pociągnęła nosem i łamiącym się głosem zaczęła mówić.
- Tydzień temu w Dolinie Godryka zobaczyliśmy grób Harry’ego z wczorajszą datą. Oboje nie mieliśmy złudzeń, kto za tym może stać...
- Słodki Merlinie – jęknęła Molly, siadając przy niej. – Na szczęście wrócił... – szepnęła.
- Ledwie wrócił – poprawiła ją Ginny. – Był tak słaby, że gdyby nie ja, nie byłby w stanie wejść na górę.
- Tata mówił mi, że po powrocie prawie pokłócił się z tym starszym aurorem – zauważyła Molly.
- Znasz Harry’ego, mamo. Nie chciał nikomu pokazać, że potrzebuje pomocy. Ja sama nie wiedziałam jak bardzo tego potrzebował, dopóki w sypialni nie zdjął z siebie wierzchniej szaty i zobaczyłam, że jego koszula była cała we krwi.
Zamilkła. Molly wstrzymała oddech.
- Harry zawsze ma przy sobie różne eliksiry. Chyba nauczył się tego w akademii, że auror powinien je mieć, w razie każdej ewentualności – wyjaśniła Ginny. – Wczoraj wystarczył dyptam i przeciwbólowy.
- Ale jak mu się udało uciec?
- Tego nie wiem – przyznała. – Wiem tylko, że był sam na sam ze śmierciożercą, który go torturował, a potem uratował...
- Mój Boże...
Na schodach rozległy się czyjeś kroki i Ginny poderwała się z miejsca.
- Tylko nikomu o tym nie mów, mamo – poprosiła. – Harry jak będzie chciał, to im powie. Hermiona wie tylko o jego grobie, Ron z pewnością dowiedział się o tym od niej – mruknęła z przekąsem. – A ja pójdę na górę się ubrać – rzuciła przez ramię – i wrócę na śniadanie...
- Ginny, zostaw w takim razie Jamesa! – zawołała Molly.
Zbliżyła się do niej i wyjęła malca z jej rąk.
- Mój skarb już jest ubrany i najedzony, więc przez kilka minut nie będzie potrzebował mamusi, prawda? – zaszczebiotała.
James zapiszczał z radości, gdy babcia uniosła go nad głowę. Z jego buzi wypłynęła stróżka śliny i spłynęła na czoło babci. Ginny pomogła mamie wytrzeć się pieluchą.
- Cześć siostra! – Po schodach zbiegł George, klepiąc ją w ramię. – Mamo, masz arbuza i lody czekoladowe? – zapytał, spoglądając na starszą panią. – Verity poprosiła mnie właśnie...
Chwilę potem zbiegł Fred.
- Ktoś tu mówił o arbuzie? – spytał z grobową miną. – Angelina ma na niego wielką ochotę.
Ginny spojrzała na matkę i obie parsknęły śmiechem.
- A może korniszona z majonezem? – zapytała Ginny, z trudem powstrzymując się, by znów się nie roześmiać. Przypomniała sobie, że rok temu, w trzecim miesiącu ciąży z Jamesem, to właśnie ogórki jadła w czasie świąt.
- O co chodzi? – Obaj patrzyli skonsternowani.
Molly pierwsza się opanowała.
- Widać, że wasze żony są w ciąży i mają pierwsze zachcianki – wyjaśniła. – Zobaczę, co da się zrobić, a wy zajmijcie się tym małym człowiekiem, dobrze? – Podała im chłopca, zapraszając ich do salonu. – Wasza siostra chce być przez chwilę sama, a wam przyda się trochę doświadczenia nim będziecie musieli zająć się własnymi pociechami.
Odwróciła się i poszła do spiżarni, by znaleźć wszystko, co potrzeba, dla przyszłych matek.
Ginny przez chwilę stała i patrzyła na swoich starszych braci. Na środku salonu rozłożyli koc i położyli na nim Jamesa, po czym obaj usiedli po obu jego stronach i zaczęli rozprawiać głośno nad serią magicznych zabawek dla dzieci, którą mogliby zacząć sprzedawać w sklepie. Uśmiechnęła się, gdy James pogaworzył chwilę, wtrącając co chwila swoje zdanie i zaczął się wiercić. Patrząc na jednego i drugiego wujka, kręcił się z boku na bok, aż w końcu przeturlał się na brzuszek. Zagruchał z radości, gdy znalazł obok siebie grzechotkę i zaczął nią potrząsać.
Westchnęła i wspięła się na schody. Była pewna, że Jamesowi nic się nie stanie z Fredem i George’em, poza tym mama jest w pobliżu i wkrótce się nim zajmie.
Gdy znalazła się z powrotem w pokoju i podeszła do łóżka, zobaczyła na prześcieradle, po stronie Harry’ego, kilka czerwonych plam.
- Och, Harry – szepnęła, kręcąc głową.
Wyczyściła zaklęciem jego krew, wyciągnęła z szafki zwykłą bluzkę i spódnicę, w które się ubrała i już miała wychodzić, gdy drzwi otworzyły się z hukiem. Instynktownie wyciągnęła różdżkę i odetchnęła głęboko, widząc wbiegającego do środka Teddy’ego a za nim Rona i Hermionę.
- Ciocia! Gdzie wujek Harry?
Chłopiec zatrzymał się przy łóżku, rozglądając się po pomieszczeniu.
- Wrócił i znowu gdzieś poszedł? – zapytała Hermiona, kręcąc głową. – Czy on może choć raz spędzić święta z rodziną?
Usiadła na brzegu łóżka, patrząc na przyjaciółkę. Ginny się nie odzywała.
- Hermiono, Harry jest aurorem i musi być na każde zawołanie... – wtrącił Ron.
Hermiona zmierzyła go ostrym spojrzeniem, po czym znowu skupiła się na Ginny.
- Przecież on był ranny! Ginny, jak w ogóle mogłaś go puścić?
- Zaraz... Hermiono, skąd tak w ogóle wiesz, że Harry wrócił? – spytał Ron.
- W nocy, jak wróciłaś z kuchni, on był z tobą, prawda? – spytała Hermiona, nie odrywając wzroku od Ginny. – Słyszałam twoje pytanie z korytarza, czy wszystko z nim w porządku, a potem jak nas wypraszałaś, byłaś zbyt opanowana, jak na osobę, której śmierciożercy porwali męża. Poza tym wyczułam jak ktoś niewidzialny przechodzi obok mnie na drugą stronę pokoju. Był w pelerynie, tak?
Ginny z wrażenia wstrzymała na moment oddech. Czy przed Hermioną nic się nie ukryje?
- Zakameleonował się – mruknęła zrezygnowana. – I był zmęczony, dlatego nie chciał wtedy z wami rozmawiać. O resztę pytajcie go jak wróci.
Teddy, na którego do tej pory nikt nie zwracał uwagi, pociągnął ją za spódnicę.
- Ciocia, czemu wujek sobie poszedł? Myślałem, że się ze mną pobawi – jęknął. Jego usteczka zaczęły drgać, co było pierwszą oznaką, nadciągającego płaczu.
- Musiał iść spotkać się z ważnymi panami, Teddy – wyjaśniła Ginny, kucając przy nim. – Jak wróci, to na pewno się z tobą pobawi.
- Ja się z tobą pobawię – zaproponował Ron. – Po śniadaniu wyciągniemy resztę wujków i pójdziemy za dom trochę polatać. Co ty na to?
- Super! – wykrzyknął Teddy, chwytając go za rękę i ciągnąc za sobą. – To chodź, wujek, zobaczymy czy babcia wzięła moją miotełkę.
Gdy Ron otworzył drzwi, z dołu dały się słyszeć stłumione krzyki pani Weasley i płacz dziecka.
- Mama woła nas na śniadanie – stwierdził Ron. – Nareszcie. Zaczynałem być głodny.
- A James zorientował się, że mnie nie ma – mruknęła Ginny i zbiegła po schodach.

Na dole panowało istne pandemonium. Wszystkie zabawki Jamesa latały pod sufitem w salonie, po kuchni wirowały talerze i garnki, Molly, Angelina i Verity, krzyczały na bliźniaków, że zachowują się gorzej niż dzieci, bo nie potrafią zająć się małym dzieckiem, a James leżał na podłodze i rozdzierająco płakał, wyciągając rączki i kopiąc nóżkami w powietrze. Podczas gdy Artur, który zbiegł chwilę potem do kuchni, opanowywał rozgardiasz, Ginny podbiegła do Jamesa i chwyciła w objęcia. 
- Już dobrze... Ciii... Mamusia już nie zostawi cię więcej z tymi palantami, którzy mienią się twoimi wujkami – powiedziała.
Wróciła do kuchni i usiadła przy stole, patrząc morderczo na Freda i George’a. Angelina i Verity pomagały jej matce ustawiać półmiski z jedzeniem na stole, a jej bracia podeszli do niej i usiedli naprzeciwko.
- Ginny, my tylko próbowaliśmy go zabawiać... – zaczął Fred.
- Nawet to działało przez moment... – dodał George.
- To dlaczego on płacze? – warknęła. – James ma dopiero pięć miesięcy i nie rozumie waszych głupich dowcipów!
Obaj pokręcili głowami.
- One nie są głupie – zaprotestował Fred.
- Chcieliśmy tylko sprawdzić, czy to na niego zadziała, tak jak kiedyś... – stwierdził George.
- I wiemy już, że nie działa...
- James nie jest jakimś królikiem doświadczalnym! – krzyknęła. – Testujcie te wasze produkty na swoich dzieciach, a nie na moim synu!
Oczy obu bliźniaków zabłysły, gdy spojrzeli na siebie. Dostrzegły to dwie rozeźlone kobiety; ich żony.
- Co to, to nie – odezwała się Angelina. – Nawet się nie ważcie – syknęła.
- Jak w przyszłości zobaczę, że to robicie, gorzko tego pożałujecie – dodała Verity.
Ginny poczuła zapach kawy i jęknęła. Prawie rzuciła Jamesa Hermionie, która usiadła przy niej i wybiegła z kuchni, zatykając sobie dłonią usta i nos. W ostatniej chwili zdążyła do łazienki, by zwrócić wczorajszą kolację, inaczej wszystko znalazłoby się na najbliższej ścianie.
Kiedy wycierała twarz, ktoś załomotał w drzwi.
- Córeczko, wszystko w porządku? Mogę wejść?
Mama. Ginny spojrzała w lustro i aż się przeraziła. Z odbicia patrzyła na nią trupioblada twarz młodej dziewczyny.
- Wyglądasz okropnie, kochaniutka – potwierdziło lustro.
Okropnie się też czuła. Zagryzła wargi i usiadła na krawędzi wanny, by w razie czego mieć blisko do toalety. Zza drzwi znów rozległo się pukanie i głos mamy.
- Ginny?
Wyciągnęła różdżkę, celując ją w klamkę. Zgrzytnął zamek i drzwi się otworzyły.
- Co się dzieje? – zapytała Molly, wchodząc do środka.
- Nic poważnego, mamo – jęknęła w odpowiedzi. – Po prostu mam poranne nudności. W zeszłym roku miałam tak samo. – Wzięła kilka głębokich oddechów, bo znowu zbierało się jej na wymioty. – A jeszcze wczoraj rano narzekałam, że nic nie czuję. Teraz mam niezbity dowód, że tutaj – dotknęła ręką brzucha – rośnie kolejny Potter. Obaj nienawidzą kawy, tak jak ich ojciec. – Uśmiechnęła się niepewnie. – I chyba nic nie tknę na śniadanie – dodała. – Przepraszam.
- Ale powinnaś coś zjeść. On się rozwija i potrzebuje...
Ginny zakryła usta, powstrzymując się przed zwymiotowaniem na matkę. Upadła na kolana i zwróciła do toalety wszystko co jeszcze miała w żołądku. Mama chwyciła ją za głowę, po czym podała jej mokry ręcznik, by mogła się wytrzeć.
- Dzięki.
Oparła się ciężko o wannę i wstała. Gdy opłukała usta wodą, zerknęła w lustro, które natychmiast wypowiedziało swoje zdanie:
- Wyglądasz coraz gorzej, kochaniutka.
Ginny zignorowała tę wypowiedź. Spojrzała w odbiciu na matkę.
- Pójdę na górę się położyć. Wiem, że mogę na ciebie liczyć, jeśli chodzi o Jamesa – Molly pokiwała głową – i przeproś wszystkich ode mnie. A jak wróci Harry, to przyślij go od razu do mnie, chyba że pierwsza zejdę.
- Oczywiście, skarbie. Na pewno niczego nie potrzebujesz?
Ginny potrząsnęła głową i podeszła do wyjścia.
- Dziękuję, ale nie.
Odwróciła się od matki i powolnym krokiem weszła na schody.
-----
Atrium Ministerstwa Magii było puste. Nie, żeby się tego nie spodziewał. Tylko idiota przychodzi do pracy w święta. A on czuł się właśnie jak kretyn. Zamiast spędzać czas z żoną i synkiem szedł na rozmowę z dwojgiem ludzi, których tego dnia wolał nie widzieć. I dlaczego właściwie zgodził się na to miejsce? 
Minął stolik ochrony i przywołał windę, która pojawiła się prawie natychmiast. Wszedł do środka i wcisnął guzik z numerem dwa. Złote kraty zamknęły się z hukiem i winda ruszyła w górę, zgrzytając niemożliwie głośno. Nie można by było rzucić jakichś zaklęć uciszających na te metalowe puszki?, prychnął niezadowolony.
- Drugie piętro, Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów, z Urzędem Niewłaściwego użycia Czarów, Kwaterą Główną Aurorów i Służbami Administracyjnymi Wizengamotu – oznajmił głos.
Harry przewrócił oczami i wyszedł na korytarz. Przez najbliższe okno widać było padający śnieg. Powinien teraz pokazywać Jamesowi po raz pierwszy śnieg i bawić się z Teddym na podwórku Nory, a nie siedzieć tutaj. Niestety czarnoskóry mężczyzna trzymający go na celowniku różdżki, stojący gdzieś z tyłu jego głowy, ponaglał go do dalszej drogi. Przeszedł przez ciężkie dębowe drzwi i znalazł się w Kwaterze Głównej.
Minął puste boksy innych aurorów, przez chwilę mignęło mu zdjęcie Ginny i Jamesa z jego własnego biurka, aż w końcu dotarł do kolejnych drzwi.
Nie zdążył zapukać, bo drzwi otworzyły się i w progu stanął Paul Laughter.
-  Potter – powiedział. – Wchodź.
Harry wyminął go i wszedł do środka. Zatrzymał się prawie natychmiast, gdy zobaczył siedzącego na jednym z foteli Kingsleya Shacklebolta.
- Witaj, Harry – przywitał się. – Widzę, że na nic zdają się moje oferty dnia wolnego dla ciebie. Śmierciożercy i ty nie możecie chyba bez siebie żyć – zauważył.
- Bardzo śmieszne – mruknął sarkastycznie i pokręcił głową. – Co tak właściwie tutaj robisz? Mieliśmy być tylko my trzej – warknął w stronę Paula.
- Pan minister zostanie z nami – wyjaśnił Robards zza swojego biurka.
- Nic się przed tobą nie ukryje? – Harry spojrzał na Kingsleya.
Mężczyzna rozłożył ręce.
- Taka już dola ministra, Harry. Wiedzieć wszystko o swoich podwładnych i sytuacji w świecie czarodziejów. A, ponieważ wiadomości o kolejnych atakach śmierciożerców są automatycznie przesyłane do mnie i do Gawaina, postanowiłem wziąć udział w tej waszej rozmowie.
Harry prychnął. Czy to coś zmieni? Usiadł na krześle obok niego, krzyżując ramiona na piersi.
- No dobrze, Potter – syknął Robards – skoro już wyjaśniliśmy sobie obecność pana ministra, to może teraz, z łaski swojej, wyjaśnisz nam, co wydarzyło się wczoraj na podwórku Weasleyów?
- Co tu jest do wyjaśniania? Śmierciożercy nadal chcą mnie zabić. A wczoraj pokazali, że nie ma dla nich nic niemożliwego, choć zaskakującym jest fakt, że nikomu z domowników nie zrobili krzywdy, tylko czekali aż wyjdę.
- A podczas gdy my walczyliśmy z boku, jeden z nich porwał cię sprzed naszego nosa, a potem pozwolił uciec? Tak po prostu? – zdziwił się Paul.
- To było odwrócenie uwagi od ciebie? – wtrącił Kingsley.
Harry pokręcił głową. Rozluźnił ramiona i wstał. Przeszedł przez gabinet i zatrzymał się przy zaczarowanym oknie, za którym wciąż prószył śnieg. Nie wiedział jak na to odpowiedzieć.
To, że Zabini go porwał, torturował, a potem dał mu świstoklik, by mógł wrócić, było jednym, a przekazanie informacji resztą. Poza tym Zabini nie upoważnił go do ujawnienia jego tożsamości, ale czuł, że na razie nie powinien ujawniać kim jest jego informator.
- Tak i nie – mruknął. – Śmierciożerca, który mnie porwał, jak to słusznie zauważyłeś, Paul, podczas torturowania mnie, przekazał mi ostrzeżenie. Ktoś w ministerstwie... może nawet w samej Kwaterze Głównej, przekazuje informacje śmierciożercom. Ta osoba może być odpowiedzialna za śmierć Thomasa i wczorajszą ucieczkę z Azkabanu.
- To absurdalne – stwierdził Robards. – Mamy uwierzyć, że wśród aurorów jest zdrajca?
Harry odwrócił się do niego.
- Tego nie powiedziałem.
- Ale to sugerujesz – warknął.
- I mamy uwierzyć słowom śmierciożercy? – zapytał Laughter.
- Ten śmierciożerca zaoferował mi swoje usługi jako szpieg – powiedział spokojnie Harry.
- Szpieg? – Kingsley podskoczył na krześle i wstał. – To mi za bardzo przypomina Snape’a.
- Wiem – przyznał Harry. Napotkał spojrzenie ministra. Po jego minie widział, że nie jest tym zachwycony. – Mi to też się nie podoba, ale mamy inne wyjście?
Wszyscy czterej rozważali to w milczeniu, mierząc się spojrzeniami. W końcu odezwał się Robards:
- Co w takim razie proponujesz, Potter?
- Dopóki nie będziemy mieli dowodów powinniśmy przeprowadzić wzmożoną kontrolę wszystkich pracowników, jednak w taki sposób, żeby nikt nie zorientował się, o co chodzi.
- Tak, dyskretnie i w tajemnicy przed prasą – powiedział Paul.
- Naturalnie – przyznał Kingsley. – Tylko, że wszystkich pracowników?
- Najpierw trzeba zacząć od aurorów – mruknął cicho Harry.
- Zastanawia mnie tylko – zaczął Robards, który przez cały czas siedział cicho przy biurku i obracał w palcach jedno z piór – jak to sobie wyobrażasz, Potter? Będziesz wszystkim podawał Veritaserum i zaciągał na pogawędkę?
Harry pokręcił głową. Tego nie przemyślał. Poza tym...
- Myślę, że najlepiej będzie przemyśleć całą sprawę – zabrał głos Kingsley. – Spotkajmy się po świętach, każdy z własną propozycją, a potem zdecydujemy, co dalej. Harry, chodź ze mną – zwrócił się do niego.
Harry kiwnął głową na zgodę i wyszedł za ministrem.

7 komentarzy:

  1. Super!!! Nie mogę się oderwać od czytania twojego bloga! :*

    OdpowiedzUsuń
  2. usuń tego bloga bo nie wytrzymam. Nie śpię do 6 rano i czytam śpię 3 godziny i czytam znowu do 6 rano i tak w kółko. Nawet zapominam umyć zębów xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam tak samo. Mama powiedziała że niedługo wywali mi tabletach przez okno.

      Usuń
  3. Ja jestem uzależniona od tego blogaaaaaaaa too jest piękne wszystko jest piękne na tym bloguuu dziękuje ci za te notki piękne!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Popieram. Ja również nie śpię tylko że do 4 rano. Tylko ani mi się waż usunąć tego bloga :D pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja się bałam że tylko ja jestem takim małym świrem , żeby nie spać prawie 24 h na dobę czytając!

    OdpowiedzUsuń
  6. koniecznie musisz napisać książkę o tym blogu. Jest zajebisty!!!😊😘💖❤

    OdpowiedzUsuń