środa, 13 czerwca 2012

28. Mecz


Przez cały następny tydzień Harry nie miał na nic czasu poza zajęciami i treningami. Oczywiście następnego dnia po wypadku Petera dowiedział się od Slughorna, że Ślizgoni, którzy sprowokowali tych małych Gryfonów do podejścia do Wierzby Bijącej zostali ukarani szlabanem. Niestety nie było mu dane cieszyć się z tego, bo jego myśli krążyły już wokół zbliżającego się meczu. Poza tym miał wyrzuty sumienia, bo przez przygotowania do niego zaniedbywał Ginny. Najczęściej spotykali się tylko wieczorami w pokoju wspólnym, albo w czasie treningów, które były co drugi dzień. Ginny nie miała do niego o to pretensji. Wiedziała jak mu na tym zależy, żeby wygrać. Domyślała się też, że Harry wynagrodzi jej wszystko, jak się to skończy.
W szkole aż huczało, bo wznawiano rozgrywki quidditcha po tak długiej przerwie. Cała drużyna Gryfonów była pod wielką presją, a zwłaszcza Harry, dla którego to miały być ostatnie mecze w szkole. Ponieważ pierwszy mecz miał odbyć się jak zawsze między Gryfonami a Ślizgonami, często można było zobaczyć na korytarzach walkę między nimi, jak rzucali na siebie zaklęcia. Jeśli był przy tym Harry i wina była po stronie Ślizgonów zarobili od niego karę.
W dniu meczu nic nie wskazywało, żeby coś nie wyszło. Harry wierzył w swoją drużynę i wiedział na co ich stać. Dodatkowo pogoda była wspaniała. Był mróz, ale świeciło słońce i była znakomita widoczność.
Obudził się rano z nadzieją, że wszystko pójdzie dobrze, ale mimo wszystko denerwował się. Leżał tak przez pewien czas, zastanawiając się, czy powiedzieć drużynie, co czuje. Nie chciał się co prawda przed nikim zdradzać, jak bardzo zależy mu na tym aby wygrać. Nawet Ginny o tym nie mówił. To był jego drugi rok jak został kapitanem, ale teraz ciążyła mu jeszcze presja opiekuna domu i nauczyciela. Poczuł mdłości. Tak jak kiedyś przed pierwszym meczem, na którym miał wystąpić. Zszedł do Wielkiej Sali. Nie był głodny, ale wiedział, że wszyscy są na śniadaniu. Chciał tylko prosić ich, żeby przyszli jak najszybciej do szatni. Jak przechodził obok poszczególnych stołów w Wielkiej Sali słyszał wiwaty i gwizdy. Te ostatnie oczywiście od Ślizgonów, ale nie przejmował się tym. Największe wiwaty jednak usłyszał, gdy podszedł do stołu Gryfonów. Nie było tu nikogo, kto by im nie kibicował, wszyscy mieli czerwono-złote rozetki i szaliki, a przy stole była już cała drużyna.
- Wszyscy gotowi? – spytał, a wszyscy kiwnęli głowami – to za piętnaście minut chcę was widzieć w szatni.
Odwrócił  się i chciał już odejść, ale usłyszał przy uchu cichy głos.
- A ty nic nie zjesz? – to Ginny wstała i podeszła do niego.
- Nie jestem głodny – odparł i odszedł.
Ginny spojrzała za nim, pokręciła lekko głową, a potem odwróciła się i spojrzała po obecnych.
- Słyszeliście co powiedział kapitan? Idziemy do szatni!
- Tak jest pani kapitanowo – cała drużyna wstała, śmiejąc się, i poszła za nią.
Na błoniach Ginny zatrzymała się i spojrzała na drużynę.
- Słuchajcie. Chcę to powiedzieć zanim dotrzemy do szatni i Harry nas usłyszy...
- Co masz na myśli siostrzyczko? – spytał Ron, podchodząc do niej bliżej.
- Wiem Ron, że tobie tak bardzo nie zależy jak Harry’emu żebyśmy wygrali...
- Skąd wiesz, że mi nie zależy?
- Po prostu wiem – warknęła.
- To może my już pójdziemy, nie będziemy przeszkadzać w kłótni rodzinnej – stwierdziła Jill i zaczęła iść w stronę boiska, a za nią reszta.
- Nie, zaczekajcie! – krzyknęła Ginny. – Proszę, zróbmy wszystko, żeby wygrać ten mecz. Wiem, że jemu bardzo na tym zależy. To będą jego ostatnie trzy mecze w tej szkole...
- A ty jesteś jego rzecznikiem?
- Nie, tylko wiem, co on czuje. A, i jeszcze jedno – dodała, gdy ruszyli już w kierunku boiska. – Nie zdradźcie się przed nim, że wam o tym mówiłam.
Wszyscy kiwnęli głowami i poszli dalej.
O jedenastej wyszli na boisko. Z czerwono złotego sektora dało się słyszeć wiwaty, a z drugiego, w którym siedzieli Ślizgoni, gwizdy. Dochodząc do pani Hooch Harry rozejrzał się po wiwatującym tłumie i uśmiechnął się. Słyszał od strony Gryfonów krzyk „Gryffindor do boju!”. Ciężar, który leżał mu na piersi od rana lekko zelżał. Odetchnął i spojrzał na Ślizgonów. Drużyna Ślizgonów stała już przy pani Hooch. Kapitanem drużyny nadal był Urquhart, pozostał także ścigający Harper, który ostatnio zastępował Malfoya, poza tym mieli całkiem zmieniony skład. Pani Hooch zagwizdała w swój gwizdek i czternaście mioteł poderwało się w powietrze.
- I wystartowali.
Harry usłyszał rozmarzony głos komentatora, ale nie mógł uwierzyć, że McGonagall dała komentować ten mecz Lunie Lovegood. Odwrócił się w tamtym kierunku i rzeczywiście. Przy McGonagall stała Luna w kolczykach z rzodkiewek. Zachichotał, a Luna komentowała dalej i opisywała zmiany w drużynach.
- Gryfoni nie zmienili składu, pojawiła się tylko Jill, to koleżanka moja i Ginny, która też tu gra. Wśród Ślizgonów jest zupełnie inaczej. Czy oni mają zawsze tak skwaszone miny? – spytała w powietrze, a tłum na widowni ryknął śmiechem.
Harry też zaczął się śmiać i rozejrzał się po boisku. Wszystkie obawy jakie miał do tej pory uleciały wraz z pierwszymi słowami Luny. Teraz interesował go tylko znicz. Mieli już pięćdziesiąt punktów przewagi, które w większości zdobyła Ginny i Demelza, ale Luna, jak to miała w swoim zwyczaju, wcale nie zwracała na to uwagi. Bardziej interesowały ją chmury.
Po wielu ciekawych i widowiskowych akcjach ścigających, stojąca obok Luny McGonagall wyrwała w końcu mikrofon i krzyknęła:
- Sto do czterdziestu dla Gryfonów!
- Ojej, coś przegapiłam? – spytała Luna.
- Niestety – odparła dyrektorka, kręcąc głową.
Harry nie mógł się powstrzymać od parsknięcia śmiechem.
Cały czas rozglądał się po boisku, szukając znicza, ale nigdzie go nie było. Po drugiej stronie boiska Harper też rozglądał się, szukając złotej piłeczki. Harry obserwował także grę pozostałych członków drużyny. Szło im całkiem nieźle. Luna nadal komentowała.
- A teraz tę dużą czerwoną piłkę ma Brown... Green... no... ten wielki Ślizgon.
- To Whitling! – krzyknęła McGonagall.
- A tam Harry Potter leci bardzo szybko w kierunku tego drugiego – powiedziała, wskazując ręką w jego kierunku. – Czy zobaczył jakiś błysk?
Rzeczywiście. Harry leciał w kierunku Harpera, bo zobaczył coś, na co tamten nie zwrócił jeszcze uwagi. Złoty znicz. Był tuż za Harperem. Harry nic nie słyszał tylko świst wiatru. Wyminął Harpera, który przyłączył się do niego i teraz lecieli ramię w ramię. Złoty znicz jednak odskoczył w bok i teraz był bliżej Harpera. Harry skręcił w tamtym kierunku i przyspieszył. Wyciągnął rękę, odtrącając ramię przeciwnika i po chwili złota piłeczka trzepotała się w jego dłoni.
- Taak! – krzyknął i podniósł ręce w geście triumfu, a pani Hooch odgwizdała koniec meczu.
Wygrali. Dwieście siedemdziesiąt do osiemdziesięciu.
Wylądował wśród szalejącej z radości drużyny, obściskiwany przez wszystkich.
- Wiedziałem, że można na was liczyć. A nie mówiłem, że jesteście świetni? – zaczął.
- Harry, to ty byłeś wspaniały – krzyknęła Ginny, rzucając mu się na szyję. - Dumbledore pewnie by się ucieszył – szepnęła mu do ucha.
- Tak. Na pewno.
- Harry, za chwilę w pokoju wspólnym robimy balangę – przeszli obok nich Seamus i Dean.
- Oho – Jill wskazała na drugi koniec stadionu – idzie do nas McGonagall. Ciekawe o co chodzi?
- Spotkamy się na górze, idź z innymi. Ja porozmawiam z dyrektorką – szepnął do Ginny.
Wyminął wszystkich i podszedł do McGonagall.
- Następnego meczu komentowanego przez pannę Lovegood nie wytrzymam – pokręciła głową, gdy doszła do niego. – Mógłbyś komentować następny mecz? – spytała.
- Ja? – spojrzał zdziwiony, ale gdy napotkał jej wzrok nie znający sprzeciwu, dodał – oczywiście pani profesor.
- Chyba, że znajdziesz odpowiedniego komentatora. Poza tym bardzo cieszy mnie ta wygrana – powiedziała.
- Dziękuję, ale to dopiero pierwszy mecz i jeszcze dużo przed nami.
- No tak. Wiem, że może za dużo wymagam od ciebie, ale podjąłeś już decyzję? – spytała, gdy zaczęli iść w stronę zamku.
- Ee... decyzję? – zająknął się. Miał ostatnio tyle na głowie, że zapomniał o rozmowie sprzed tygodnia. – Nie, jeszcze nie do końca.
- Wiem, że  w tym tygodniu byłeś bardzo zajęty, ale mam prośbę, żebyś odpowiedział dzisiaj. Jest wiele do przygotowania. A poza tym, czy to nie byłby odpowiedni moment, abyś powiadomił swoich kolegów? Przecież w pokoju wspólnym szykuje się wielkie świętowanie wygranej.
- Może rzeczywiście nam się to przyda – stwierdził. – Jestem za tym, żeby ten bal się odbył, ale nie mam jeszcze konkretnej daty.
- Dobrze. Zastanów się, kiedy będzie na to czas.
- W porządku. Dam pani odpowiedź na obiedzie.
- Czekam z niecierpliwością.
Rozstali się w sali wejściowej i Harry poszedł na górę. Skierował się korytarzem Grubej Damy do wejścia do pokoju wspólnego. Stanął przed portretem i powiedział hasło.
- Dumbledore.
- Oj tak, wspaniały to był człowiek, prawda? – powiedziała, odsłaniając wejście do pokoju wspólnego.
Harry nie odpowiedział. Przeszedł przez dziurę, gdzie złapało go mnóstwo rąk i wszyscy zaczęli poklepywać go po plecach. Impreza już się rozkręciła.
- Wspaniale, Harry!
- Jesteś cudownym kapitanem! W tym roku puchar znowu jest nasz!
- Tak. Macie rację – odparł.
Rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając swoich przyjaciół. Ron stał w kącie z Hermioną, a Ginny patrzyła na niego. Podszedł do niej.
- Co się stało? Nie cieszysz się z wygranej? – spytała Ginny.
- Bardzo się cieszę, ale wiesz, że jeszcze dużo przed nami, a poza tym jestem zmęczony i głodny.
- Przyniosę ci coś do jedzenia – powiedziała i podeszła do stolika, na którym stały ciastka i jakieś inne smakołyki.
- Harry! – krzyknął Ron. – Napij się piwka, od razu poprawi ci się humor – powiedział, podając mu butelkę.
- Dzięki.
Wziął od niego napój i wypił łyk.
- To był wspaniały mecz, prawda? – spytał.
-  Jasne – wszyscy przytaknęli.
- A widzieliście moją obronę, kiedy Whitling próbował wbić mi kafla? – Ron próbował zwrócić na siebie uwagę.
- Tak Ron, nie musimy wałkować tego cały czas – Hermiona wzniosła oczy ku niebu, a potem spojrzała na Harry’ego i spytała – Co chciała  McGonagall?
- Pytała się, czy podjąłem decyzję o balu.
- I co? Podjąłeś? – spytał Ron.
- Nie do końca. Powiedziałem, że dobrze nam to zrobi i bal powinien się odbyć, ale nie wiem jeszcze kiedy.
- A masz już coś na myśli?
- Nie – pokręcił głową.
- A ja mam propozycję – wtrąciła Ginny, która w tej samej chwili podeszła, niosąc paszteciki i eklerki dla Harry’ego, a wszyscy na nią spojrzeli. – Wiadomo, że nie chodzimy w tym roku do Hogsmeade, to może zrobić ten bal w lutym, na walentynki?
- No, nie wiem. Będzie mało czasu na przygotowanie – stwierdził Harry, biorąc od Ginny paszteciki, bo od rana nic nie jadł.
- Harry, to super pomysł! – krzyknął Ron.
- Jaki pomysł? – spytał zaskoczony.
- Żeby zrobić ten bal na walentynki.
- Jesteście pewni?
Wszyscy kiwnęli głowami z entuzjazmem.
- To w takim razie muszę jak najszybciej powiadomić McGonagall, a jak się zgodzi ogłoszę to uroczyście. Mam nadzieję, że nie zaskoczy jej ten termin.
Po czym odstawił butelkę na najbliższy stolik i wyminąwszy kilku młodszych Gryfonów, którzy chcieli mu jeszcze pogratulować, wyszedł z pokoju wspólnego.

7 komentarzy:

  1. Super! Twoje teksty są super. Właśnie mam wakacje i spędzam już ich sam początek na czytaniu Twojego bloga. Wpisy są wspaniałe i cieszę się ogromnie, że znalazłam ten blog. Bardzo fajny pomysł z tym balem w walentynki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. to się nie trzyma kupy

    OdpowiedzUsuń
  3. Sam się nie trzymasz kupy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy: ~Sam się nie trzymasz kupy.~

    Właśnie! xD Potwierdzam :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Jaaa (a kto inny?)1 kwietnia 2013 19:22

    Ale to takie sztuczne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się i jakoś jest za pięknie jak na Pottera... A Ginny nie jest jakąś płaczką i taką romantyczką jak tu...
      Ale tak to nawet spoko blog ;P

      Usuń
  6. Naprawdę Luna ma kosztować mecze.

    OdpowiedzUsuń