niedziela, 23 czerwca 2019

172. Urodzinowe niespodzianki dla Teddy’ego

Zima tego roku przyszła na początku grudnia, rozsypując w całej dolinie grubą warstwę białego puchu. Jim, dla którego to było pierwsze świadome zetknięcie ze śniegiem stał niepewnie na ostatnim stopniu schodków przed domem, wpatrując się w białe spadające z nieba gwiazdki. 
- Jim, chodź do taty! – zawołał Harry, który stał w pewnej odległości z wyciągniętymi rękami. – To tylko śnieg.
- Ne. – Chłopczyk pokręcił główką ze strachem i spojrzał na stojącą z boku mamę.
- Tata ma rację, Słoneczko. Nic ci nie grozi. 
Jim zrobił jeden kroczek i nagle z boku nadleciała mała kulka śniegu, która trafiła stojącego chłopca. 
- Harry! – syknęła oburzona Ginny, gdy Jim zaczął płakać. – Jak mogłeś?
- To nie ja! – zaprotestował mężczyzna, podbiegając do malca, by go otrzepać i wziąć w ramiona. – No, już dobrze Jim. Zobaczmy, kto to rzuca.
Gdy się odwracał, kolejna śnieżka trafiła go w łokieć.
- Teddy! – Ostry krzyk starszej kobiety poniósł się od furtki. 
- Hurra! Udało się! – wykrzyknął mały chłopiec biegnący ścieżką. Za nim szła jego niezadowolona babcia, kręcąc głową. – Trafiłem wujka!
- Teddy Lupin! – zawołała ponownie kobieta. – Przeproś.
- Za co? Przecież nic nie zrobiłem! – krzyknął chłopiec, zatrzymując się w miejscu i odwracając się na chwilę do niej.
- Przestraszyłeś małego Jima. Widzisz? – Wskazała na chłopca w ramionach Harry’ego. – Płacze.
Podczas gdy Teddy kłócił się z babcią, Harry ukucnął i cicho mówił coś Jimowi, jednocześnie zgarniając śnieg i lepiąc w dłoniach kulkę. Chwilę potem rzucił ją, trafiając Teddy’ego w plecy. 
- Hej! – Teddy odwrócił się z krzykiem. – To nie jest śmieszne! 
Jim zaśmiał się radośnie, klaszcząc rączkami, gdy tata wstał, biorąc go na ręce i podszedł bliżej starszej pani i sześciolatka.
- Dzień dobry, Dromedo. – Harry przywitał się z panią Tonks i zerknął na chłopca. – Myślałem, że chcesz zagrać w śnieżki. – Potargał czerwono-czarne włosy chrześniaka.
Teddy wykręcił się spod ręki wujka i stanął z założonymi rękami na piersi.
- Bo chcę! – wykrzyknął. – Ale nie chciałem tego robić z nim, tylko z tobą – burknął pod nosem, patrząc na Jima.
- Dzień dobry, Harry, Jimmy. – Andromeda Tonks pogłaskała roześmianego chłopca po główce. – Dobrze ci u taty, prawda?
Jim zaczął podskakiwać.
- Tata-tata!
- Jak widać, czasami aż za dobrze – odpowiedział ze śmiechem Harry.
- Witaj, Dromedo! – zawołała Ginny z ganku. – Zapraszam do środka. Zgredek za chwilę poda nam gorącą herbatę, a ja przebiorę i nakarmię tego szkraba. – Wskazała głową Albusa w swoich ramionach.
Andromeda Tonks kiwnęła głową w stronę młodszej kobiety.
- Dzień dobry, Ginewro. Bardzo chętnie. Dziękuję.
Ginny otworzyła drzwi, wpuszczając do środka panią Tonks. Zanim weszła za nią, zobaczyła jak Harry, pomagając sobie zaklęciami, ustawiał na większej mniejszą kulę, tworząc bałwana. Jim stał między jego nogami, jedną rączką trzymając go w okolicy kolana, a drugą opierał się o śnieżną postać.
- Jak skończycie, zrobimy gorącą czekoladę! – zawołała.
Teddy przerwał oklepywanie dolnej części bałwana, wbiegł po schodkach i pociągnął Ginny za szatę.
- Ciociu, a upieczesz ciasteczka?
- Za chwilę będzie obiad – zakomunikowała srogo pani Tonks. 
Ginny ukucnęła przed chłopcem.
- Babcia ma rację, ale myślę, że po obiedzie, jak ładnie zjesz, przygotujemy pierniczki. Zgoda?
Teddy pokiwał gorliwie główką. 
- Będą na choinkę, prawda?
- Jeśli coś z nich zostanie, to na pewno je zawiesimy – zaśmiała się Ginny. – A teraz idź do wujka. Zawołam was, jak będzie obiad.
Teddy kiwnął głową i zbiegł po schodkach, dołączając do zabawy.
- Dziękuję za zorganizowanie tej niespodzianki dla Teddy’ego – powiedziała cicho pani Tonks, patrząc za wnukiem.
- To żaden problem – odparła Ginny, wchodząc do środka. – Przynajmniej ma wreszcie okazję pobawić się z wujkiem.
Obie uśmiechnęły się, gdy Teddy rzucił śniegiem w stronę Harry’ego i bitwa na śnieżki rozgorzała na nowo.
Na obiad wrócili zmarznięci, ale zadowoleni. Teddy cały obsypany śniegiem drżał z zimna, gdy Ginny rzucała na dzieci zaklęcia rozgrzewające. 
- Ciociu, widziałaś naszą bałwanową rodzinkę?
Ginny zerknęła na Harry’ego, na którego twarzy pojawił się psotny uśmiech. „Rodzinka?” szepnęła bezgłośnie w jego stronę, na co delikatnie przytaknął. Czyżby coś jej umknęło? Przecież przez całą rozmowę z panią Tonks obserwowała sytuację na zewnątrz.
- Nie widziałam – przyznała, zdejmując kurteczkę z usypiającego w ramionach Harry’ego Jamesa.
- Szkoda – mruknął Teddy i zaczął opowiadać. – Pani bałwan ma na rękach bałwaniego dzidziusia, a pan bałwan trzyma za rączkę bałwaniątko. Ale jestem głodny! – wykrzyknął, gdy zaburczało mu w brzuchu. Zrzucił kurtkę na podłogę i wbiegł do kuchni.
- Ted Lupin! – wykrzyknęła oburzona pani Tonks. –Wróć tu i odłóż kurtkę na miejsce! Tak samo buty. Nikt nie będzie po tobie sprzątać. 
Teddy pojawił się w progu z naburmuszoną miną. 
- Ale babciu…przecież jest Zgredek…
- Wiesz, że nie toleruję takiego zachowania, a ten skrzat nie jest twoim służącym.
- Wiem – mruknął niezadowolony, jednak posłusznie zdjął buty i wziąwszy kurtkę wyniósł do sieni. 
W kominku zaszumiało połączenie i w płomieniach pojawił się Mark Newton. 
- Witaj, Ginny – przywitał się ze stojącą najbliżej kobietą. – Przepraszam, że przeszkadzam, ale mam sprawę do Harry’ego.
- Cześć, Mark – niemal warknęła w odpowiedzi i odwróciła się do męża. – Tylko nie zapomnij, że za godzinę przychodzi reszta rodziny na przyjęcie urodzinowe Teddy’ego – szepnęła.
Harry przytaknął i oddał śpiącego Jima w jej ramiona. Ukucnął przed paleniskiem.
- Witaj, Mark. Masz coś nowego? 
Od ogłoszenia wyroku Wizengamotu skazującego Malfoya na dożywocie minął miesiąc. Harry nie zapomniał ani gróźb Malfoya, ani ostrzeżeń Kingsleya, by nie łączył tej sprawy z atakiem na Dursleyów. Starał się nie ingerować, ale Mark wielokrotnie konsultował się z nim, gdy chodziło o ich bezpieczeństwo. 
- U tych mugoli spokój – powiedział Mark. – Co prawda doszło do kłótni, gdy wrócił ich syn, ale to raczej jest sprawa rodzinna, a nie nasza. 
Harry kiwnął głową. Kilka dni po niechcianej wizycie u wujostwa spotkał się z Dudleyem. Co prawda z początku było nieco sztywnie, bo żaden z kuzynów nie wiedział, jak ma się zachować wobec drugiego, zwłaszcza Harry, gdy opowiadał Dudleyowi o wydarzeniach sprzed tygodnia na Privet Drive. Kuzyn wysłuchał go uważnie, a potem spokojnie zapytał, czy z rodzicami wszystko jest już w porządku i czy może do nich pójść. Harry przytaknął i po kilku minutach i wyjaśnieniach rozmawiali jak chyba jeszcze nigdy, śmiejąc się i wspominając. 
- Jestem świadomy tego, że Dudley miał odwiedzić rodziców – stwierdził Harry. – Ale nie jesteś tu, by mnie o tym powiadomić, prawda? O co tak naprawdę ci chodzi?
Mark odchrząknął. 
- Jesteś pewien tego Jake’a z Dziurawego Kotła?
Harry zmarszczył brwi.
- Dlaczego pytasz?
- Przeglądałem zeznania tych kilku mugolskich świadków, które dostaliśmy od tych… jak im… pałecjantów.
- Policjantów – poprawił go automatycznie Harry.
- No tak… No więc, wszyscy twierdzą, że jednym z napastników był mężczyzna bardzo podobny do niego.
- Jesteś pewny? Może to tylko złudzenie?
Mark westchnął.
- Harry, bądźmy szczerzy. Wiem, że od porwania Jima nie masz do niego zaufania. Ma kontakty z byłymi śmierciożercami.
- Wiem na razie o jednym – próbował wtrącić Harry.
- Jak uważasz, ale może dobrze byłoby go sprawdzić?
Pytanie zawisło w powietrzu, gdy na Harry’ego wskoczył mały chłopiec.
- Wujek!  Chodź! – Teddy złapał Harry’ego za rękaw i zaczął go ciągnąć w swoją stronę. – Mieliśmy się razem bawić!
Harry odwrócił głowę, by zerknąć na chłopca.
- Zjadłeś obiad?
- Teddy, nie zjadłeś marchewki! – Z kuchni dobiegł ich głos starszej pani.
- Bo jej nie lubię – wymamrotał Teddy w ramię Harry’ego.
Mark parsknął śmiechem.
- Dobra, Harry, widzę, że przeszkadzam. Zostawiam to do jutra na twoim biurku. Zrobisz co zechcesz.
- Dzięki Mark – mruknął, wstając z uwieszonym jego ramienia Teddym. – Do jutra. 
Newton także się pożegnał i z cichym pyknięciem zniknął.
- Hej, mam wrażenie, że nie chodzi ci o marchewkę, co, mały? – zauważył Harry, przerzucając Teddy’ego przez ramię i biorąc go na ręce.
- No… Bo ja … - Chłopiec wtulił twarz w pierś Harry’ego i kolejne słowa stały się niezrozumiałe.
- Jeszcze raz. – Harry odsunął go od siebie. – Nie zrozumiałem.
- Pilnuję, żebyś nie zniknął.
- Nie zniknął? Skąd ci to przyszło do głowy? – zapytał, siadając na kanapie przed kominkiem i biorąc malca na kolana.
- Bo ciocia powiedziała, że gdy w kominku pojawia się ktoś z ministerstwa, to ty znikasz na baaaardzo dłuuugo. A ja nie chcę żebyś zniknął.
- Ciocia tak powiedziała? – zapytał, dostrzegając stojącą w progu Ginny z rękami założonymi na biodrach. 
Znał tę jej minę. Przybierała ją za każdym razem, gdy musiał opuścić rodzinę, bo wzywały go sprawy śmierciożerców. Pokręcił przecząco głową.
- Nooo… - mruknął Teddy. – A potem babcia powiedziała, że jak ładnie zjem, to może będziesz miał dla mnie niespodziankę.
- A co z marchewką młody człowieku? – zapytała pani Potter. – Umowa dotyczyła całego obiadu.
- Ciociu… - jęknął Teddy, odwracając się do niej. – Muszę?
- Tak. Warzywa są zdrowe…
- Zjesz ją razem ze mną, co? – wtrącił Harry. Wstał, stawiając chłopca na podłodze, i podszedł do żony. – Moja porcja wciąż na mnie czeka, prawda?
Ginny skinęła głową.
- Super! – wykrzyknął Teddy, wbiegając do kuchni.
Harry ruszył za nim, ale Ginny go zatrzymała.
- Coś ważnego?
- Nic, co nie może zaczekać do jutra.
- To musiał dzisiaj zawracać ci głowę? – zapytała zirytowana. – Dobrze wiedział, że masz wolne.
Harry westchnął.
- Możemy porozmawiać o tym wieczorem? Mamy gości…
- Wujek, mieliśmy zjeść razem! – zawołał Teddy.
- Teddy, nie przeszkadzaj wujkowi – syknęła pani Tonks.
Ginny przewróciła oczami, a Harry z uśmiechem pocałował ją w policzek i wszedł do kuchni.
------ 
Wkrótce dom Potterów wypełnili przyjaciele i rodzina Weasleyów. Radość Teddy’ego nie miała granic, gdy oglądał wszystkie prezenty, a Molly wniosła olbrzymi tort urodzinowy w kształcie kafla. 
- Fred, George, ani mi się ważcie!
Wściekła Ginny celowała różdżką w stojącego w kącie z niewinną miną brata. W dłoniach trzymał pogięte pudełko, a jego brat bliźniak zamierzał je podpalić.
- Siostrzyczko, to tylko fajerwerki. Dobrze wiesz, że są nieszkodliwe.
- Nieszkodliwe? – syknęła. – Spalicie mi dom!
- Dzieciaki miałyby radochę – westchnął George. – A tak nici z zabawy.
- Fajerwerki! – zawołał podekscytowany Teddy, wybiegając przed Ginny. - Wujek, kiedy będą światełka?
- Chyba nie dzisiaj – mruknął z kwaśną miną George. 
On i jego brat sztyletowali spojrzeniem swoją siostrę. Teddy odwrócił się do Ginny.
- Ciociu… Ja chcę zobaczyć magiczne fajerwerki Weasleyów! – poprosił. – To moje urodziny.
- Wyjdźcie z nimi na zewnątrz – zaproponował Harry, kładąc uspokajająco dłoń na ramieniu Ginny. 
Kobieta z ociąganiem opuściła rękę z różdżką, gdy po głośnym „Hurra!” Teddy wraz z bliźniakami wyszli do ogródka. Odwróciła się do Harry’ego i spojrzała na niego bykiem.
- Za bardzo mu pobłażasz – warknęła.
- To jego urodziny – powiedział spokojnie. – Powinien cieszyć się każdą chwilą.
- Mimo wszystko… - zaczęła protestować.
- Nie jesteśmy jego rodzicami, Ginny, by mu cokolwiek zabraniać – szepnął, zerkając w stronę Andromedy Tonks, która rozmawiała w kuchni z Molly. – Od tego ma babcię.
- Ale puszczanie go z moimi braćmi… - Pokręciła głową. – To może źle się skończyć.
Nagle na zewnątrz coś huknęło i rozbłysło światło. Harry wyszarpnął różdżkę i wybiegł z domu. Za nim wybiegła Ginny i reszta rodziny.
- Co się stało?
Teddy siedział w kucki u stóp schodków werandy przy bliźniakach, którzy leżeli obok.  Chłopiec trzymał się za brzuch i trząsł się ze śmiechu. 
- Bo wujek Fred… - zaczął.
- Cicho, mały – syknął Fred, zsuwając Teddy’emu czapkę na oczy.
- Ej, no! – zaprotestował, poprawiając nakrycie.
- Możecie wytłumaczyć, co się stało? – ponowiła pytanie Ginny.
- Nic się nie stało, siostrzyczko – syknął George, z trudem się podnosząc. 
- Właśnie widzę…
- Wujkowi wystrzelił jeden z pudełka! – zawołał Teddy, nie mogąc się powstrzymać. – I trafił wujka George’a!
Większość zebranych popatrzyło na bliźniaków z politowaniem. 
- A tobie nic się nie stało? – zapytał Harry, podchodząc do chrześniaka. 
- Niiic. I co teraz? – Teddy popatrzył z nadzieją po dorosłych. – Będą fajerwerki?
- Oczywiście, mały – zadecydował Fred. – Zaczynamy zabawę.
- Super!

Harry wyczarował w ogródku przeźroczystą osłonę przed mrozem i zimnym wiatrem i rzucił na pomieszczenie zaklęcie ogrzewające. Teddy skakał z radości za każdym razem, gdy wybuchała kolejna petarda, a różnokolorowe koła i rakiety tryskały iskrami, tworząc w powietrzu zabawne napisy.
Jim z zaciekawieniem obserwował rozbłyskujące światła i wskazywał rączką na pojawiające się magiczne zwierzątka. Choć z początku trochę wystraszył go huk petard, to bliska obecność rodziców pozwoliła mu czuć się bezpiecznie. Biegał między mamą, która zajmowała się dzidzią, a tatą, którego nie odstępował Teddy, i sobie tylko znanym językiem opisywał wszystko co zobaczył. 
Pokaz sztucznych ogni bliźniaków przeciągnął się do późnego wieczora i zakończył się widowiskowym przelotem smoka zionącego ogniem nad głowami zebranej rodziny.
Rodzice i bracia Ginny z rodzinami przenieśli się do ciepłej kuchni i z ożywieniem rozmawiali ze sobą i śmiali z jakiegoś kawału opowiedzianego przez bliźniaków. To Hermiona wskazała Ginny głową na oszkloną jeszcze werandę, gdy dostrzegła jej wzrok przeczesujący obecnych. Kiwnęła jej głową ze zrozumieniem i skierowała się w tamtym kierunku.
Uśmiechnęła się, gdy weszła do przebudowanego na ten wieczór pomieszczenia i zobaczyła przy oknie Harry’ego, ze śpiącymi na jego kolanach chłopcami. Jim leżał na jego piersi, a Teddy oplótł go rękami i nogami jak małpka i zwinął się w kłębek. Cała trójka była przykryta grubym wełnianym kocem.
Podeszła bliżej i położyła dłoń na ramieniu Harry’ego.
- Czas położyć maluchy – szepnęła.
- Nie jestem maluch… – wymamrotał Teddy przez sen, układając się wygodniej na wujku.
- Nie, nie jesteś – przyznał Harry, powstrzymując się od śmiechu. – Ale ciocia ma rację. Czas spać.
Ginny uwolniła go od Jima, biorąc malca na ręce, a Harry, nie zdejmując koca z drugiego chłopca, wstał razem z nim. Gdy przechodzili przez salon Harry obejrzał się i zerknął do kuchni.
- Gdzie Dromeda? – zapytał, nie dostrzegając wśród zebranych tam osób pani Tonks.
- Wróciła wcześniej do domu, wiedząc że Teddy jest u nas bezpieczny. Wróci po niego jutro.
- To dobrze. Teddy ma dodatkowy prezent.
Na piętrze rozdzielili się. Harry wszedł do pokoiku przeznaczonego wyłącznie dla Teddy’ego, przebrał go w piżamę, tak by go nie obudzić i ułożył w łóżku. Chłopiec przez chwilę marudził, ale spokojne słowa wujka i zapalona lampka utuliły go do snu.
Ginny w tym czasie zrobiła to samo z Jimem i sprawdziła co z Albusem. Maluszek już dawno spał w swojej kołysce w sypialni rodziców. Chwilę postała przy obu chłopcach i wyszła na korytarz, by wpaść w ramiona Harry’ego.
- Śpią – powiedzieli jednocześnie.
Nałożyli na całe piętro zaklęcie wyciszające, by dzieci się nie obudziły i zeszli do przyjaciół.

Gdy za ostatnim członkiem rodziny Weasley w kominku zgasły zielone płomienie, usiedli na kanapie wtuleni w siebie. Ginny położyła nogi na jego kolanach, a Harry objął ją ramionami.
- Nareszcie sami – odetchnęli.
- Czego chciał Mark? – zapytała Ginny.
Harry westchnął. 
- Podejrzewa Jake’a o atak na Dursleyów.
Ginny zmarszczyła brwi.
- Podejrzewa?
- Są świadkowie, którzy twierdzą, że był jednym z atakujących. Ma ich zeznania, które zostawił dla mnie w Biurze.
- A ty? Co o tym myślisz?
Harry odchylił głowę i zamknął oczy.
- Dopóki tego nie przeczytam nie chcę popełnić błędu i źle go ocenić.   
- Ufasz mu?
- Markowi?
Ginny wywróciła oczami.
- Jake’owi.
Harry długo nie odpowiadał. Wpatrzył się w dogasający ogień w kominku. 
- Nie dziwi cię, że tak szybko przeniósł się do Anglii? – zapytał nagle. – Tak po prostu rzucił wszystko, bo miesiąc wcześniej spotkał nas? Coś mi w tym nie pasuje.
- Nie przesadzasz? 
- Ginny, on mógł być zamieszany w porwanie Jima!
- Jake? Oszalałeś. – warknęła ze złością i wstała. – On był pierwszym, który był wtedy przy mnie! A potem starał się pomóc.
- Nie twierdzę, że robił to naumyślnie. I nie zamierzam go oskarżać, dopóki wszystko się nie wyjaśni.
- Mam nadzieję – syknęła.
- Ciociu… wujku…
Na schodach stał Teddy, ocierając piąstką oczka. Ginny podeszła do niego. Usiadła na schodku i wzięła go na kolana.
- Co się stało? Czemu nie śpisz?
- Gdzie babcia?
- Wróciła wcześniej do domu, skarbie.
Teddy wtulił się w nią jeszcze bardziej i ziewnął.
- Szkoda, że nie jesteś moją mamą… - mruknął tęsknie. – Babcia tak nie przytula.
- Nie przytula? – podchwyciła ostatnie słowa Ginny.
- Przytula, ale to nie to samo…
Ginny spojrzała na Harry’ego. „I co ja mam mu teraz powiedzieć?” spytała bezgłośnie.
Harry pokręcił głową. Podszedł do nich i usiadł schodek niżej.
- Zawsze możesz się do nas przytulać.
- Zawsze? – Teddy spojrzał na wujka.
- Kiedy tylko będziesz chciał.
- A mogę dzisiaj spać z wami? Będę grzeczny…
Harry uśmiechnął się i przytaknął.
Teddy wyciągnął rączkę w stronę Harry’ego, a gdy ten się przysunął, pocałował go w policzek.
- Kocham cię wujku.
Odwrócił głowę i zrobił tak samo z Ginny.
- Kocham cię ciociu. 
Zeskoczył z jej kolan i wbiegł na górę, wykrzykując:
- To były najfajniejsze urodziny w moim życiu! 
Potterowie spojrzeli na siebie i parsknęli śmiechem. Objęli się i razem weszli za uradowanym chłopcem.