czwartek, 28 listopada 2013

165. Ostatnie narodziny w rodzinie i wspomnienia Molly

Ron nerwowo kręcił się po korytarzu kliniki Świętego Munga. Gdyby to było możliwe, w posadzce już dawno powinna była utworzyć się wyżłobiona ścieżka pomiędzy salą, w której leżała Hermiona, a poczekalnią, w której czekała prawie cała rodzina. 
Kiedy dochodził do drzwi prowadzących na salę Hermiony, zatrzymywał się i przyciskał ucho do drewna, ale słyszał tylko jakieś szepty pielęgniarek. 
Z każdą chwilą wywoływało to przerażenie. To nie tak, że się tego nie spodziewał, ale już dziś? Przecież termin porodu był ustalony dopiero za dwa tygodnie. 
Dziesiątki panicznych myśli zalewało jego umysł. Bał się. O Hermionę, o dziecko. Dobrze pamiętał tamten okres, sprzed lat, gdy stracili je tak wcześnie. Jej załamanie. Nie chciał przechodzić tego jeszcze raz, a wiedział, że gdyby tym razem coś… poszło nie tak… nie umiałby jej pomóc. 
Odwrócił się i zrobił kilka kroków w stronę poczekalni, gdy usłyszał przerażający krzyk Hermiony. Miał wrażenie, że cofnął się w czasie do ich pobytu w dworze Malfoyów, gdy była torturowana, a on nie mógł jej pomóc. Wśród krzyków rozpoznał tylko jedno słowo - „Ron!”. Podbiegł z powrotem do drzwi, które otworzyły się w tej samej chwili, w której zamierzał złapać za klamkę. W wejściu pojawiła się jedna z pielęgniarek.
- Co się dzieje? – zapytał.
- Żona miała kolejny skurcz. Chce pana mieć przy sobie – odparła spokojnie. – Proszę za mną. Niech pan tylko to założy. – Podała mu fartuch i wprowadziła do środka. 
Hermiona leżała na boku, zaciskając dłonie na poręczy przy łóżku. Była wyczerpana. 
- Ron… – jęknęła, wyciągając do niego rękę. – Zabiję cię za to-o...  
Usiadł na krześle tuż przy niej.
- Cii... Jestem przy tobie. Czy jest na to jakiś sposób? – zwrócił się do stojącej obok kobiety.
- Dostała przed chwilą silną dawkę. Nie mogę zrobić nic więcej, ze względu na dobro dziecka…
- Ale ona cierpi! – wykrzyknął.
Kolejna fala bólu przeszła przez całe ciało Hermiony. Zacisnęła mocno dłoń na ręce Rona. Pielęgniarka pomogła jej ułożyć się z powrotem na plecach.
- Teraz potrzebny jest spokój. Eliksir powinien zaraz zacząć działać.
- Ron – Hermiona ścisnęła ponownie jego dłoń – naprawdę piłam przed chwilą eliksir przeciwbólowy i już jest lepiej. Po prostu Rose jest niecierpliwa, jak jej tata. – Uśmiechnęła się do niego. – I chce być już z nami.
Kolejny skurcz przepłynął przez jej ciało. Działanie eliksiru zaczynało słabnąć, a bóle nasilać. Pot wystąpił na jej czole, kiedy starała się oddychać równomiernie i głęboko.
- Nie wiem jak Ginny to znosiła za każdym razem – mruknęła – nie mówiąc o twojej mamie…
- Jak chcesz, to je poproszę, są obok…
- Ani mi się waż, Ronaldzie! – wrzasnęła. – Aaa!… 
Pielęgniarki przywołały Octopusa, który sprawdził jej stan na monitorze. Wykonał jakieś skomplikowane ruchy różdżką nad jej brzuchem i stwierdził:
- Córka jest już blisko, pani Weasley. Przy następnym skurczu się urodzi.
Pielęgniarki pomogły Hermionie skulić się na łóżku, Ron stanął obok niej, nie puszczając jej dłoni, a Octopus ustawił się przed nią, gotowy do odbioru porodu.
- Pani Weasley – zaordynował – proszę skupić się na parciu. 
Hermiona spojrzała na Rona i ścisnęła jego dłoń jeszcze mocniej, aż zbielały mu palce.
- Tylko mi nie zemdlej – mruknęła.
Ron nachylił się nad nią, odgarnął mokre kosmyki z jej czoła i szepnął, całując delikatnie jej skroń:
- Nie martw się o mnie. Teraz Rose jest ważna.
Hermiona przymknęła oczy. Była gotowa. Wkrótce zobaczy i weźmie w ramiona córeczkę, na którą tak bardzo czekali. 
- Pani Weasley, przy następnym skurczu proszę wziąć głęboki wdech i przeć – oznajmił uzdrowiciel. 
Hermiona skupiła się na skurczu i parła tak mocno, jak tylko mogła. Ron pomagał jej, podtrzymując jej plecy i ściskając jej dłoń. 
- Bardzo dobrze. Może pani krzyczeć – ponownie rozległ się głos Octopusa, a w odpowiedzi rozległ się krzyk Hermiony.
- Już nie mogę!
- Jesteś bardzo dzielna, Hermiono – mruknął Ron, głaszcząc ją po głowie.
- Widać główkę – oznajmił Octopus. – Jeszcze jeden taki wysiłek i będzie pani mogła przytulić dziecko.
Hermiona zacisnęła zęby, by znów skupić się na parciu. Usłyszała sapnięcie Rona. Zdała sobie sprawę, że prawie zgniata mu palce.
- Przepraszam – szepnęła, rozluźniając chwyt.
- W porządku. – Ron poprawił ułożenie ręki, kładąc na niej drugą dłoń.  – Rób swoje.
- Jeszcze raz, pani Weasley. Głęboki wdech i przeć.
Jej ból ustał prawie natychmiast, kiedy do jej uszu dotarł krzyk dziecka. Opadła na łóżko, płacząc gorącymi łzami ulgi. Uzdrowiciel położył jeszcze nieumytego noworodka na jej brzuchu, a pielęgniarki wytarły go w czyste ręczniki.
- Zdrowa? – zapytała, wyciągając rękę w stronę maleństwa.
- Córeczka ma wszystkie paluszki u rąk i nóg, pani Weasley – odparł Octopus z uśmiechem. – Wszystkie parametry prawidłowe. Chce pan odciąć pępowinę? – zwrócił się do Rona, który otarł ukradkiem łzę i kiwnął głową. – To proszę przytknąć różdżkę w tym miejscu. – Uzdrowiciel wskazał właściwe miejsce, a Ron wykonał polecenie.
Pielęgniarki umyły małą dziewczynkę i przyniosły z powrotem owiniętą w kocyk, by położyć ją na Hermionie. 
- Jestem twoją mamusią – powiedziała miękko przez łzy, gdy Rosie otworzyła oczka i spojrzała na nią po raz pierwszy. – A to jest twój tatuś. – Przekręciła głowę i zerknęła na pochylającego się nad nią Rona.
- Jaka malutka – zauważył, przysuwając się bliżej.
- A czego się spodziewałeś? Że od razu będzie biegać?
- No nie.
Ron nie mógł oderwać wzroku od tej małej istotki, która przyszła na świat. Jego palec był ogromny w stosunku do jej małych rączek, jej główki... gdy tak gładził ją nim delikatnie. Oczywiście, to nie był pierwszy raz, gdy widział nowonarodzone dziecko, był przecież przy narodzinach Jamesa, ale to było rok temu. Teraz patrzył na swoją córeczkę, która była niesamowicie podobna do Hermiony. 
- Jest śliczna – wyszeptał. – Cała ty.
- Jesteś gotowy wziąć ją i pokazać reszcie rodziny? Wszyscy pewnie czekają na jakieś wieści. I dajmy iść im do domu – powiedziała Hermiona. – Harry pewnie rano musi być w ministerstwie.
- Ja? Boję się, że coś jej zrobię. 
- Nie ma się czego obawiać. – Od razu pojawiła się przy nich jedna z pielęgniarek, która wzięła niemowlę od Hermiony i podała Ronowi. – Proszę tu podtrzymać główkę. O tak, idealnie. 
Gdy tylko wziął Rose w ramiona stwierdził, że cały strach zniknął, a on nie ma ochoty z nikim się dzielić swoim zawiniątkiem. Najchętniej tuliłby ją w nieskończoność. Swoimi niebieskimi oczkami patrzyła na niego z niezwykłą ufnością. Niestety chwilę potem zasnęła zmęczona porodem i teraz pozostało mu podziwianie jej słodkiej buźki.
- A panią zabieram na kilka badań – powiedziała pielęgniarka do Hermiony.
Ron oderwał wzrok od maleństwa w ramionach i spojrzał nieprzytomnie najpierw na Hermionę, a potem na kobietę. Czy ona zwariowała? Nie widzi, że Hermiona jest zmęczona i zaraz zaśnie? Jest blada, wygląda na wycieńczoną.
- To konieczne? – zapytał.
- Tak. – Pielęgniarka przytaknęła. – Sprawdzimy tylko czy z żoną wszystko w porządku, a pan w tym czasie uspokoi swoją rodzinę. Za pół godziny proszę wrócić na pierwsze karmienie i badania córeczki.
Hermiona pogłaskała go po dłoni.
- Idź, Ron. Inaczej twoja mama niedługo rozniesie cały szpital.
Kiwnął głową i powoli ruszył do wyjścia. 
----- 
Molly Weasley zerknęła na klepsydrę umieszczoną obok drzwi poczekalni. Ziarenka piasku przesypywały się bardzo powoli, jakby drwiły sobie z oczekujących. Miała wrażenie, że Ron rozmawiał z nimi dobre kilka godzin temu. Co się tam działo?
Chciała wstać i iść sprawdzić, ale poczuła dłoń Artura na swoim ramieniu.
- Spokojnie, Molly. Gdyby coś się działo, już byśmy wiedzieli.
- A jeśli próbują to przed nami ukryć? Jak przed laty? – syknęła w jego stronę. 
- Nic się nie dzieje. Spróbuj się rozluźnić. – Ścisnął jej ramiona i przygarnął do siebie. – Za naszych czasów nie mogłem być przy tobie tak blisko jak Ron, pamiętasz?  Jestem pewien, że gdyby coś się stało, byłby pierwszym, który by nas powiadomił.
- Nie waż się mi przypominać – warknęła, przerywając mu. – Zresztą, co ty tam wiesz…
Bo tak naprawdę nie wiedział. Dobrze pamiętała narodziny każdego z dzieci. Oczywiście Artur miał rację, bo gdy ona rodziła towarzyszyła jej tylko matka i akuszerka, a on przez cały czas krążył między kuchnią a salonem, czekając na jakiekolwiek wieści i opiekując się pozostałymi maluchami.
Wszystkie dzieciaki rodziły się dość szybko. Zaledwie kilka godzin. Choć najciężej miała przy Fredzie i George’u. Na dodatek nikt się nie spodziewał dwójki. I to w Prima Aprilis. Nie uwierzyłaby, gdyby ktoś jej powiedział, że tak będzie. Jednak bóle mówiły jej wszystko. Po narodzinach Freda nie miała nawet czasu, by odetchnąć, bo kolejne skurcze zmuszały ją do parcia. Wtedy nie stosowano żadnych znieczuleń, nawet obawiano się podawać eliksiry przeciwbólowe, a na czas parcia rodziła, klęcząc na łóżku. Po każdym krzyku dziękowała wtedy wszystkim możliwym bogom, za zaklęcia uciszające, żeby starsze dzieci niczego nie słyszały. 
Teraz czasy się zmieniły. Ginny jako jedyna zaufała jej i poprosiła przy narodzinach. Pewnie, gdyby nie ta ostatnia tragedia, Al urodziłby się w domu, jak rok wcześniej jego brat.  Wszystkie jej synowe rodziły tutaj albo ze swoimi matkami. Tylko Hermiona wolała rodzić bardziej nowoczesną i mugolską metodą i Molly obawiała się, żeby to nie skończyło się tak jak z Arturem przed laty.
Rozejrzała się wokół. Oprócz niej i Artura w poczekalni byli już tylko Harry i Ginny ze swoimi maluchami. Ginny trzymała Albusa przy piersi. Co jakiś czas pochylała się w stronę Harry’ego, by zerkać na śpiącego na jego ramieniu Jamesa. Młody mężczyzna rozsiadł się wygodniej na krześle i oparł głowę o ścianę, zamykając oczy. Pewnie był zmęczony po całym dniu w ministerstwie. Chwilę potem jednak objął Ginny i przygarnął ją do siebie, i razem obserwowali swoich śpiących chłopców.
Gdyby ktoś im się przyjrzał, stwierdziłby, że jako rodzice są bardzo zaborczy i nadopiekuńczy. Nikomu, nawet jej i Arturowi, nie chcieli oddać pod opiekę swoich chłopców, choć przecież są dziadkami, wciąż trzymając je w ramionach. Ale też nikt, kto wiedział, co przeżyli przez ostatnie dwa tygodnie, zarówno oni, jako rodzice, jak i Jim, nie miał im tego za złe. Molly była pewna, że oboje nienawidzili tego miejsca, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach, a mimo to przyszli tu, by razem wspierać swoich przyjaciół i towarzyszyć im w oczekiwaniu na kolejnego Weasleya. 
Zmrużyła oczy, obserwując młodego mężczyznę i swoją córkę. Choć od chwili, gdy Ginny zmieniła nazwisko na Potter, minęło już sześć lat, i ma już dwójkę własnych pociech, zawsze widziała w niej tą małą dziewczynkę z dwoma kucykami i brudną buzią od czekoladowego ciasta.
A Harry?
Dobrze pamiętała jak czternaście lat temu pomogła pewnemu czarnowłosemu chłopcu przejść na magiczny peron. Czy już wtedy wiedziała, że ten chłopiec tak odmieni życie całej jej rodziny? Pewnie nie tak do końca. Wtedy widziała w nim po prostu małego zagubionego chłopca, który od tamtej pory stał się dla niej jak syn. Bo kto oprócz niej troszczył się o niego? Syriusz, który przez prawie całe jego życie był w Azkabanie? Dumbledore? Dursleyowie? Oo, ci to na pewno, mruknęła pogardliwie i aż się wzdrygnęła na samo wspomnienie wujostwa Harry’ego. 
Przez wszystkie te lata starała się zastąpić mu matkę, choć wiedziała, że nikt i nic mu jej nie zastąpi. Prała, cerowała podarte skarpetki, karmiła. Robiła wszystko, by chłopak poczuł choć namiastkę tego, co powinien dostać od swoich prawdziwych rodziców. Miłość.
To ona zawsze pierwsza wiedziała, co się stało. Co prawda Minerwa jak i Albus pisali jej o Ronie, ale jego imię zawsze pojawiało się obok, tak samo jak Hermiony. Przyjaciele od samego początku. Wielokrotnie kłóciła się z Dumbledore’em, że Harry jest zbyt młody, że to jeszcze dziecko, ale dyrektor był nieugięty.  Zawsze powtarzał, że on musi poznać swoją moc, musi wiedzieć, z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Przez lata nie dopuszczała do siebie myśli, że Harry będzie musiał stanąć do pojedynku z Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. 
Dobrze pamiętała swój strach, gdy po ślubie Billa i Fleur zniknął wraz z Ronem i Hermioną, a kilka lat później z Ginny. Każdego dnia bała się zajrzeć do „Proroka”, by nie dowiedzieć się o najgorszym. Czasami było jej głupio przyznać się nawet przed sobą, że bardziej boi się o Harry’ego, niż o własne dzieci. 
Kiedy tamtego popołudnia dowiedziała się od Artura, że to już… a potem patrzyła jak Kingsley wynosił Harry’ego bez życia, chciała krzyczeć jeszcze głośniej, niż Ginny. 
Otrząsnęła się ze wspomnień, gdy obok siebie wyczuła poruszenie. Artur jak i Harry i Ginny wstali, patrząc w stronę wejścia. Sama też tam spojrzała. W otwartych drzwiach stał Ron z małym różowym tobołkiem w ramionach.
- Przedstawiam wam Rose Weasley – oznajmił z uśmiechem od ucha do ucha.
- Nareszcie! – wykrzyknęła Molly i natychmiast sięgnęła po swoją wnuczkę. – Jak Hermiona? 
- W porządku – wymamrotał Ron, oszołomiony, że tak szybko odebrano mu córkę. – Jest tylko zmęczona. Ja zresztą też. 
Harry podszedł do niego z wyciągniętą ręką. Ron ujął ją z radością.
- Gratulacje, stary! Witaj wreszcie w gronie ojców! – Harry wyszczerzył się do niego i klepnął go w plecy.
- No tak… – Ron skinął głową, nie spuszczając wzroku ze swojego maleństwa w rękach Molly. – Wiesz, w pewnym momencie myślałem, że znowu trafiłem do Malfoyów.
Harry spojrzał z przerażeniem na niego, przypominając sobie krzyki torturowanej Hermiony i aż się wzdrygnął. Potem przypomniał sobie narodziny Jamesa i jego strach o Ginny, gdy to ona krzyczała.
- Pierwsze chwile ojcostwa. Jeszcze się przekonasz, co to znaczy.
Zerknął na Jamesa.
- Nigdy nie chciałbym przeżywać czegoś takiego, co wy. – Ron pogłaskał po główce śpiącego Jima. – Nie wiem, co ja bym zrobił w takim momencie.
- Jestem pewien, że zrobiłbyś wszystko. Tak jak ja. 
- Pewnie tak… – Ron pokiwał głową, szukając swojej córeczki, która teraz znajdowała się w ramionach dziadka. – Merlinie, jestem ojcem! – wykrzyknął, jakby to sobie dopiero teraz uświadomił.
- Widzę, że wreszcie to do ciebie dotarło – prychnęła Ginny, która w tym momencie do nich podeszła. – Rose jest śliczna.
- Dzięki, siostra. Harry, Ginny – zaczął niepewnie Ron – wiem, że powinniśmy prosić was o to dużo wcześniej, ale zostaniecie chrzestnymi? 
- Oczywiście – powiedzieli razem.
Molly przysłuchiwała się w ciszy ich rozmowie. To nie tak, że chciała ich podsłuchać. Po prostu tak wyszło. Dwór Malfoyów? Kiedy? Jedyny raz, o którym wiedziała, był po porwaniu Ginny, ale wtedy przecież Hermiona nie była torturowana… prawda? A może o czymś nie wiedziała? A może to… zawahała się.
Tak naprawdę nikt nie wiedział, co się z nimi działo przez tamten rok, gdy we trójkę ukrywali się przed śmierciożercami, szmalcownikami i Sami-Wiecie-Kim. Może to wtedy? Bill kiedyś wspomniał, że pewnego poranka pojawili się na progu Muszelki ze słaniającą się na nogach Hermioną, by po kilku dniach ponownie zniknąć. 
Poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Odwróciła się i zobaczyła Artura. Rose trafiła z powrotem w ramiona taty, który musiał wracać już do Hermiony, bo mała była głodna.
Po pożegnaniu się z Ronem oraz Ginny i Harrym, wrócili do pustej Nory. 
Molly przygotowała herbatę i usiadła zamyślona przy stole w kuchni. Artur usiadł przy niej i wziął w ręce jej dłonie.
- Nie idziesz spać? Już późno.
- Jak chcesz to idź sam. Ja jeszcze chwilę posiedzę – odparła nieobecnym głosem.
Nie patrząc co robi, machnęła w bok i przywołała dzbanek i kubki, do których nalała parującego napoju. 
- Coś cię martwi, babciu? – szepnął jej mąż.
- Nie. Po prostu się zamyśliłam.
Artur zmarszczył brwi.
- Molly, przecież widzę, że coś jest nie tak. Jesteś taka od naszej rozmowy w Mungu. Wciąż się na mnie gniewasz, moja Dygotko?
- Gniewam? – powtórzyła zaskoczona. – Ach, nie. 
Molly bez pośpiechu wypiła kilka łyków herbaty, odstawiła prawie pusty kubek na blat i spojrzała na niego.
- Wiesz, gdy tak patrzyłam dzisiaj na nasze dzieci, wróciły wspomnienia, gdy to my stawaliśmy się rodzicami. A teraz to oni będą patrzeć, jak dorastają ich pociechy. Kiedy one tak dorosły? Jak teraz tak myślę, to żadne z nich nie miało prawdziwego dzieciństwa. Zwłaszcza, gdy w naszym życiu pojawił się Harry. No może Bill i Charlie, ale oni też przecież przyłączyli się do walki. Nie, nie mam mu tego za złe, ani nikomu innemu – powiedziała szybko, gdy zauważyła, że Artur próbował coś powiedzieć. – Jestem mu wdzięczna, przecież nie raz i nie dwa uratował członków naszej rodziny, najpierw Ginny z tej przeklętej Komnaty, potem ciebie… ale wciąż i wciąż zamiast cieszyć się z kolejnego roku w Hogwarcie, musiał mierzyć się z Sam-Wiesz-Kim. Każdego lata, gdy na niego patrzyłam, nie widziałam nastoletniego chłopca, ale doświadczonego mężczyznę. 
- To prawda – przyznał Artur. – Harry nigdy nie miał łatwego życia. Ale wierzę w to, że Jim i Al będą je mieli. On da im to, czego jemu zabrakło.
Molly przytaknęła. Nigdy tego nie powiedziała, nawet Arturowi, ale dziękowała Bogu, że po tych wszystkich trudnych czasach zachował jej tego niezwykłego chłopca od przedwczesnej śmierci. Nie dlatego, że jest bohaterem, tylko po prostu dlatego, że kocha go jak syna i dlatego, że czyni jej córkę szczęśliwą.
------ 
Harry ułożył Jima w łóżeczku, nałożył zaklęcia alarmujące, blokujące i wrócił do sypialni. Ginny tam nie było, ale z łazienki słyszał szum płynącej wody, jej szczebiotanie i kwilenie Albusa. Zajrzał do środka i zobaczył swoją żonę kąpiącą chłopca. Wokół nich krążyły latające kolorowe bańki mydlane. Podszedł do Ginny i objął jej biodra, zaglądając przez ramię.
- Jim śpi – wyszeptał jej do ucha. – A ten?
- Też pewnie zaśnie za chwilę – mruknęła Ginny w odpowiedzi, owijając malca puchatym ręcznikiem. – Dam mu tylko jeść.
- A co powiesz na wspólną kąpiel? Zaczekam tu na ciebie… – przygryzł płatek jej ucha.
- Mmm… Brzmi cudownie. – mruknęła zalotnie. – Ale wiesz, że jeszcze nie mogę…
- Wiem. Marzę tylko o chwili relaksu z żoną.
- To daj mi tylko kilka minut, żebym nakarmiła tego głodomora i uśpiła, to może… – Przysunęła się do niego, powoli rozpięła jego koszulę i zaczęła wodzić palcem po jego klatce piersiowej.
- Jak nie przestaniesz, to Al nie doczeka się na kolację – zagroził i spojrzał na nią lubieżnie.
- Pięć minut – zastrzegła i wyszła.
Kiedy wróciła leżał rozciągnięty w wannie z zamkniętymi oczami i najwyraźniej nawet nie zauważył, że weszła do środka. Patrzyła na niego z uśmiechem, starając się ukryć troskę. Już w szpitalu, gdy czekali na rozwiązanie Hermiony, widziała jak bardzo jest zmęczony, ale nie podejrzewała, że aż tak. Wiedziała, że gdzieś w środku wciąż siedzi w nim strach o rodzinę i stres po przesłuchaniach byłych szefów. 
Zapaliła kilka świec, zrzuciła szlafrok z ramion i najciszej jak potrafiła podeszła do niego i weszła do wanny. Niemal bezwiednie otoczył ją ramionami i zaczął delikatnie masować.
- Nie mamy zbyt wiele czasu… – westchnęła z przyjemności, wciskając się mocniej w jego klatkę piersiową. – Jim albo Al mogą…
- Dopiero usnęli. – Wsunął nos w jej włosy i pocałował ją w kark. – Wykorzystajmy ten czas dla siebie. Niech się nauczą, że nie jesteśmy na każde ich skinienie. 
Obrócił ją do siebie przodem i pocałował mocno. Ginny oddała pocałunek i spojrzała w jego zielone oczy. 
- Al jest za malutki, by to zrozumieć – mruknęła. 
- Zrozumie.
Ginny ponownie wtuliła się w ramię leżącego obok niej Harry’ego i uśmiechnęła się lekko, całując jego klatkę piersiową.
- Mama była jakaś taka zamyślona, zauważyłeś? Myślałam, że z początku rozniesie wszystkich, a potem… tak jakoś…
- Pewnie sobie uświadomiła, że teraz ma więcej wnuków niż dzieci – zaśmiał się.
- Nie, to nie to… Nie odrywała od ciebie wzroku.
- Ode mnie? 
- Nie jestem pewna. Może od nas.
Oczywiście, że to zauważył. Nie byłby aurorem, gdyby nie był tak bardzo spostrzegawczy. Miał wrażenie, jakby Molly go sprawdzała, oceniała. To wrażenie nie odstępowało go od ładnych kilku miesięcy, od tamtego nieszczęsnego wypadku Ginny. Co prawda, przez większość czasu starannie to ukrywała, ale dzisiaj było zupełnie inaczej. Dzisiaj jej spojrzenie było zamglone, jakby wspominała dawne czasy. A może to tylko złudzenie? Może po prostu chciała wziąć na ręce, któregoś z wnuków, których oni nie wypuszczali z rąk? 
Ginny przycisnęła swe czoło do jego i spojrzała prosto w zielone oczy. Mogliby tak trwać godzinami. Harry’emu zależało tylko na tym, by być z nią blisko. Oczywiście miał swoje potrzeby, ale wystarczyło mu czuć jej ciepło i patrzeć w pełne podniecenia oczy. Objął ją i mocno do siebie przycisnął, uśmiechając się do niej.
- Kocham cię. Mówiłem ci to już?
- Ostatnio bardzo rzadko – przyznała. 
- Kocham i to bardzo – szepnął. 
Ginny uśmiechnęła się do niego promiennie i ucałowała go w nos.
- Ja ciebie też. Chłopcy są całym moim światem, ale chciałabym mieć cię częściej tylko dla siebie. Chcę znów wieczorami zasypiać, a następnego dnia budzić się przy tobie. 
- I wspólny prysznic co rano?
- Czemu nie… dawno nie masowałeś mi pleców…
- Chodź tu – Harry pociągnął ją i usadowił między swoimi nogami, rozpoczynając masaż.
- Myślisz, że moglibyśmy kiedyś spędzić czas tylko we dwoje? – spytała, lekko przechylając głowę.
- Może, jeśli ładnie poprosimy twoich rodziców... Twoja mama byłaby pewnie zachwycona, mogąc się zająć chłopcami.
- Oczywiście, jeśli wcześniej nie poproszą o to inni. Zajmowanie się piątką takich maluchów jak Al… Jimem… nie licząc oczywiście, Victoire i Dominique’a... – Ginny cały czas przechylała głowę, eksponując miejsca, które wymagają masażu.
- Dlaczego o to pytasz? Chcesz iść do Puddifoot?
- Błagam, tylko nie tam – jęknęła. – Nie chcę się porzygać. Ale dawno nie byliśmy gdzieś razem. Wiesz, że nie byliśmy nigdy na prawdziwej randce? 
- Tak nam się spieszyło do wspólnego życia? – zaśmiał się. 
- Ej! – krzyknęła z udawaną złością. – Oboje tego chcieliśmy. Ale nie uważasz, że wypadałoby kiedyś iść? 
- Wiesz, że teraz mam napięty czas w biurze. Dopóki Robards nie trafi do Azkabanu, nie dam rady.
- Kiedyś się zbuntuję – warknęła i zaczęła się podnosić, ale Harry ją przytrzymał i posadził z powrotem.
- Dobrze, już dobrze… niech ci będzie – udał zrezygnowanego. – Czy mogę zaprosić panią jutro na kolację do tej małej knajpki na Pokątnej, pani Potter? – zapytał oficjalnym tonem.
- Proszę mi wybaczyć, panie Potter, ale… jutro jestem zajęta. – Zaśmiała się. – Muszę nakarmić moich synów. – Odwróciła się do niego i czule pocałowała. 
- Nóż w serce… – westchnął. – Kocham kobietę, która ma już dzieci… czyli wychodzimy? 
- Jeśli chodzi ci o wannę, to tak, a jeśli o jutro… porozmawiam z mamą, dobrze? 
Kiwnął głową na zgodę. Posadził ją na brzegu wanny i wyszedł pierwszy, przygotowując dla niej duży, puchaty ręcznik. Otulił ją z czułością i wytarł jej plecy, wywołując szczery śmiech. 
Schylił się po leżący na podłodze szlafrok i założył go jej na ramiona, potem przywołał swój i wyszli do sypialni.
Al smacznie spał w kołysce, więc przeszli do pokoiku Jima. Ten też smacznie spał w swoim łóżeczku. 
- Uwielbiam patrzeć, jak śpi. – Ginny pochyliła się nad nim, czule całując synka w czółko. – Po tym, co przeżył… to cud, że tak się to skończyło…
- To były najgorsze dwa dni… – mruknął Harry, gładząc go po główce. – Gdybym był bardziej stanowczy… gdybym od razu zaatakował…
- Wciąż cię to męczy? Obaj żyjecie i to jest dla mnie najważniejsze. Nie wiesz, co zrobiłby Robards, gdybyś z nim walczył. Nie chcę nawet o tym myśleć.
Harry objął ją ramieniem.
- Przepraszam. Nie wracajmy do tego – szepnął i poprowadził w stronę drzwi sypialni.
Ginny podeszła z powrotem do Ala. Chłopiec miał otwarte oczka, i gdy tylko zobaczył mamę, zakwilił i wyciągnął do niej rączki.
- A kto tu nie śpi? – zaszczebiotała, biorąc go w ramiona. – Jest mamusia i tatuś… mamusia sprawdzi pieluszkę, da mleczko, tak? I położymy się obok taty…

czwartek, 10 października 2013

164. Nadciąga kolejny Weasley

Ginny uśmiechnęła się szczęśliwa do leżącego przy jej boku Ala. Jej marzenie nareszcie się spełniło. Ta mała kruszynka, która jeszcze kilka dni temu musiała leżeć w sterylnej bańce, teraz spała wczepiona swoimi małymi usteczkami w jej pierś, ssąc pokarm, a jej paluszki zaciskały się na jej kciuku, jakby malec bał się, że gdy tylko ją puści, mama zniknie. Odwróciła lekko głowę, spodziewając się zobaczyć śpiącego obok Harry’ego. Za oknem, na niebie, wisiał ogromny księżyc, który rzucał srebrne światło na jego stronę łóżka. Miejsce było jednak puste. Kołdra odrzucona na bok, poduszka wgnieciona w miejscu jego głowy; jakby dopiero co wstał w pośpiechu. Nadstawiła uszu i wsłuchała się w ciszę panującą w domu. Nie słyszała nic oprócz szumu wiatru poruszającego liśćmi w pobliskim lesie.
Czyżby wezwali go do Biura? A on, nie budząc jej, po prostu wyszedł?
Pochyliła głowę i ucałowała ciemny meszek na czubku główki synka. 
Od odzyskania Jima ich stosunki można było określić jako poprawne. Wiedziała, że wtedy w szpitalu postąpiła egoistycznie, gdy nakrzyczała na Harry’ego. Widziała w jego oczach, jak bardzo go zraniła. Ale gdy zobaczyła jak wchodzi do pokoju, sam, zakrwawiony po stoczonej walce, pomyślała, że stało się najgorsze. Dopiero potem dotarło do niej, że on nawet nie widział Jima, a rany, które odniósł, były skutkiem jego podporządkowania się porywaczom. Sama go zresztą o to prosiła. Pewnie, gdyby nie to, już wtedy Robards i reszta trafiliby do Azkabanu. A tak... musiał się tłumaczyć przed wszystkimi z tego, co się stało... i co zamierza z tym zrobić...
Gdy Fred opowiedział jej jak Jim trafił do sklepu, a potem John Williamson, który pojawił się w Mungu kilka minut później, potwierdził jego słowa i oznajmił, że wszyscy oczekują na Harry’ego na przesłuchaniu ministerstwie, nie mogła wyjść z szoku. Jill? Jill Wailey, dziewczyna, z którą spędziła siedem lat w jednym dormitorium, która kiedyś zdradziła ich, prowadząc prosto w ręce śmierciożerców, teraz współpracowała z porywaczami jej syna? Z byłymi aurorami, wyjętymi spod prawa, którzy teraz mścili się na Harrym za utratę pracy, stanowiska i szacunku w świecie czarodziejów? 
Kiedy Harry, mimo protestów uzdrowiciela poszedł z Williamsonem do ministerstwa, ona pożegnała z bolącym sercem śpiącego Ala i wraz z Jamesem wróciła do Doliny Godryka. Chciała tam zaczekać na Harry’ego i porozmawiać, a może przede wszystkim go przeprosić. 
Jednak on wrócił dopiero przed świtem. 
Nie była gotowa na jego wściekłość. Widziała przez okno w sypialni, jak w pierwszych promieniach słońca odlatuje na miotle do lasu, a potem rozbłyski rzucanych zaklęć. Gdy wrócił, zamknął się w gabinecie i nie wychodził przez bardzo długi czas. Pomyślała, że pewnie nie chciał wyładowywać się także na niej, a może wreszcie zasnął.
Kiedy Zgredek oznajmił, że śniadanie gotowe, Harry pojawił się w kuchni już spokojny i z czułością przywitał się z nią i przytulonym do jej ramienia wciąż przerażonym Jamesem. Jednak gdy spojrzała na jego twarz, zrozumiała, że spędził ten czas na zupełnie innym zajęciu niż spanie.
Wzięła go za rękę i ścisnęła ją mocno.
– Chciałabym cię przeprosić, za to, co się stało wczoraj – szepnęła.
Harry zmarszczył brwi, zastanawiając się o czym ona mówi. Wciąż przeżywał wydarzenia z dzisiejszej nocy. Dopiero po chwili, gdy James zakwilił i wykręcił się w jego stronę, zrozumiał. 
– Nie masz za co. Rozumiem. Byłaś zdenerwowana, spodziewałaś się, że wrócę z Jimem, a ja... 
– Próbowałeś wszystkiego i gdy wróciłeś, starałeś się mnie uspokoić. Nie wiem, może widok krwi na tobie tak mnie przestraszył? Najpierw porwanie Jima, narodziny Ala, a potem jeszcze ty. Zwłaszcza, gdy po południu pojawił się Mark z wiadomością... że zniknąłeś. Po prostu to było dla mnie za dużo. 
Przesunął się do niej na krześle i wziął ją w ramiona. 
– To już minęło. Jesteśmy razem. Spójrz na Jima. – Pochylił się i wziąwszy syna na ręce odwrócił go do niej. – Jest cały i zdrowy. Trochę przestraszony, ale niech się uczy, bo jak niedługo wpadnie w szpony twojej rodziny...
Ginny dała mu kuksańca w żebra. 
– Hej! To także twoja rodzina – mruknęła. – Zresztą teraz wszyscy są bardziej zajęci własnymi dziećmi, więc Jim będzie musiał się nauczyć, że już nie jest najmłodszy. Poza tym już nie mogę doczekać się, kiedy Albus trafi wreszcie w nasze ramiona i będziemy naprawdę rodziną – westchnęła.
– Już niedługo.
Po śniadaniu wybrali się na spacer po lesie. Harry niósł w ramionach Jima i bawił się z nim, podnosząc go nad głowę, naśladując samolot.
Szli znajomą ścieżką, prowadzącą do polany, która była ich miejscem odpoczynku i zabaw, miejscem do ćwiczeń dla Ginny, gdy jeszcze grała w Harpiach, i ostatnio też azylem dla Harry’ego.
– A co z Jill? – zapytała cicho Ginny.
Harry zatrzymał się w pół kroku. Dotarli już do polany. W kilku miejscach widzieli spaloną trawę, połamane gałęzie na drzewach i zniszczoną korę – ślady niedawno rzucanych zaklęć.
Ginny wzięła od niego Jamesa i usiadła na przewalonym drzewie. Czekała cierpliwie, zabawiając chłopca. Harry milczał przez dłuższą chwilę, by ostatecznie odetchnąć i usiadłszy obok nich na trawie, opowiedział Ginny wszystko, co działo się od jego wyjścia ze szpitala. 
Przesłuchanie Jill trwało całą noc. Dziewczyna zdradziła wszystkie kryjówki Robardsa, miejsce przetrzymywania Jima i co działo się z nią od pamiętnego dla Potterów aresztowania sprzed lat. Harry pod koniec dochodzenia z trudem panował nad sobą, by nie strzelić w dziewczynę i zatrzymanych przed świtem mężczyzn jakąś klątwą. To dlatego, gdy wrócił poszedł na polanę rozładować emocje.
Po wyrzuceniu z Hogwartu Jill przez prawie rok była pod nadzorem aurorów. Patrole z początku zmieniały się co dwanaście godzin, ale z każdym miesiącem ich ilość malała, aż Robards ostatecznie stwierdził, że Jill nie zagraża już nikomu i nie jest kontrolowana przez śmierciożerców, więc odwołał wszystkich i uznał jej sprawę za zamkniętą, odsyłając całą dokumentację do archiwum. Niestety tylko na piśmie, bo nieoficjalnie sam przychodził do niej i faszerował ją różnymi eliksirami, a także trzymał ją przez ostatnie miesiące pod Imperiusem i Confundusem.
Straciła poczucie czasu, miejsca i w ogóle wszystkiego. Jej dom stał się dla niej więzieniem jeszcze większym niż wcześniej, a kontakt ze światem, jeśli można było to tak nazwać, miała jedynie przez dwóch mężczyzn - dwóch najwyższą rangą aurorów – Gawaina Robardsa i Terence’a Fireburna.
Gdy obaj stracili stanowiska i zostali aresztowani, mogła odetchnąć z ulgą. Co prawda uwolnienie spod wpływu zaklęć mijało dość długo, ale nikt nie zmuszał jej do picia eliksirów, na które nie miała ochoty, i powoli wracało do niej, co się stało. Zanim zdecydowała się napisać do Harry’ego, jako jedynego aurora, którego znała, z prośbą o pomoc, Robards uciekł i znowu przejął nad nią kontrolę. Jednak tym razem próbowała walczyć z zaklęciami i eliksirami. Kiedy doszło do porwania Jima odzyskała prawie pełnię władzy nad swoim umysłem i w przebłyskach normalności starała się opiekować powierzonym jej dzieckiem.
Wtedy rozmowę przerwała im brązowa sowa, która zrzuciła Harry’emu na podołek zwitek pergaminu. Harry rozwinął go i po przeczytaniu zerknął na stary wysłużony zegarek, który dostał na siedemnaste urodziny.
– To od Octopusa – wyjaśnił. – Chodzi o Ala.
Ginny poderwała głowę.
– Stało się coś? 
– Nie wiem. Prosił tylko o szybkie przybycie. Odprowadzę was do Munga, a potem wstąpię do ministerstwa, sprawdzić co z przesłuchaniem Robardsa. – Przechylił się i musnął palcem nosek synka, a malec roześmiał się radośnie, wyciągając do niego rączki. – Chcesz zobaczyć braciszka? 
James zamiast chwycić tatę za włosy, strącił mu okulary. Na szczęście Harry złapał je w ostatniej chwili i włożył z powrotem na nos. Ginny roześmiała się i wstała.
– Jimmy, okulary tatusia nie służą do zabawy, zapomniałeś? Wracajmy – zwróciła się do Harry’ego. – Muszę wiedzieć, co się dzieje.
Odwróciła się i ruszyła w stronę domu. 
Piętnaście minut potem byli już w Mungu. W pokoju Albusa czekał już na nich uzdrowiciel Octopus. 
– Witam państwa – przywitał się. 
Albus wciąż leżał w bańce, ale już bez górnej powłoki. Ginny podbiegła do niego i, opierając się o przeźroczystą barierkę zwróciła się do uzdrowiciela.
– O co chodzi? Coś nie tak z Alem? – zapytała.
– Wszystko jest w jak najlepszym porządku – wyjaśnił mężczyzna. – Przenosimy chłopca na zwykły oddział, i chciałem, by byli państwo przy synku. 
– Jak to: „Przenosimy?
– Na tamtej sali przygotowujemy dzieci do wyjścia ze szpitala. 
– Czy to znaczy, że... – zaczął Harry.
Uzdrowiciel pokiwał z radością głową.
– To znaczy, że Albus już niedługo, może nawet za kilka dni, będzie mógł wrócić razem z państwem do domu.
– To cudownie! – wykrzyknęła Ginny.
– Mam dla pani również niespodziankę. Proszę usiąść, pani Potter, tak będzie pani wygodniej.
Poczekał aż Ginny przetransmutuje wyjętą z torebki spinkę w wygodny fotel, w którym usiadła, wyjął z otwartej bańki kruszynkę i podał jej do pierwszego naturalnego karmienia.
Ginny rozpłakała się z radości, gdy Al otworzył oczka, spojrzał na nią i przyssał się do jej piersi. Przez cały czas nie odrywał od niej spojrzenia, zaciskając piąstkę na jej włosach.
Ginny spojrzała na Harry’ego. W jego oczach szkliły się łzy, które starał się ukryć, zagadując Jamesa. Ich starszy syn wykręcał się w jego ramionach w jej stronę, aż Harry’emu trudno było go utrzymać. Docierały do niej jego ciche słowa, gdy tłumaczył Jimowi, co się dzieje.
– To jest twój młodszy braciszek, wiesz? Nazywa się Albus. Jak podrośniecie, to będziecie się razem bawić... Al jest głodny. Ty jadłeś kaszkę, a on pije mleczko, które może dać mu tylko mamusia... Rok temu ty też byłeś taki malutki... Będziesz grzeczny dla brata? 
Niestety po karmieniu i przeniesieniu Ala do głównej sali pełnej noworodków, Harry zostawił ich, jak zapowiedział wcześniej, i wrócił do ministerstwa.    
Od tamtego dnia minął prawie tydzień. O postępach w przesłuchaniach dowiadywała się jedynie ze strzępów informacji zamieszczanych w „Proroku”. To nie tak, że Harry nie wracał do domu i jak dawniej prawie zamieszkał w ministerstwie. Był. Zawsze, gdy go potrzebowała był w domu. Nawet, gdy zabierali w końcu Ala ze szpitala nie odstępował ich na krok. Po prostu nic więcej już jej nie zdradził. Nawet to, że Jill została zwolniona za współpracę z Biurem i mogła wrócić do domu. O tym dowiedziała się od samej Jill, która po kilku dniach wysłała do niej list, w którym przepraszała ją za tamten rok sprzed lat, za ostatni okres, porwanie Jima i prosiła o wybaczenie.
Ginny nie wiedziała jak jej odpowiedzieć. Choć w obu przypadkach nie była to do końca jej wina, była przecież za każdym razem pod urokiem innych, najpierw śmierciożerców, potem aurorów, chodziło o stratę zaufania. 
Wczoraj odwiedziła ją Hermiona. 
Jim bawił się przed kominkiem, turlając i rzucając piłeczkę w kształcie kafla, a Hermiona siedziała na kanapie i patrzyła z zazdrością, jak jej przyjaciółka karmi Ala w swoim ulubionym fotelu.
– Wczoraj rozmawiałam z uzdrowicielem – wyznała cicho. – Chciał mnie znowu przykuć do łóżka i zostawić w Mungu aż do porodu.
– Dlaczego się nie zgodziłaś? – zapytała Ginny, odsuwając Ala od piersi i układając go na ramieniu, by mu się odbiło po jedzeniu.
– Bo dobrze się czuję. No okej, nie mam już siły się ruszać, a ten jest coraz niżej i nie daje mi oddychać – poklepała się po brzuchu – i chciałabym już trzymać Rosie w ramionach tak jak ty Ala, ale chcę dotrwać do końca na stojąco, a nie leżąc. Po prostu.
– A nie pomyślałaś, że to dla dobra Rosie? Żebyście obie miały siłę, gdy przyjdzie dzień narodzin?
Wstała i ułożyła maleństwo w kołysce obok siebie. Gdy usiadła z powrotem, Jim przekręcił się do niej na dywanie, odrzucając zabawkę, przeraczkował i, opierając się o jej nogi, wstał. Ginny chwyciła go pod paszkami i posadziła na swoich kolanach. 
– Gdyby chodziło o któregoś z moich chłopców nie wahałabym się ani chwili. Prawda? – zaszczebiotała, pocierając nosem o nos synka. 
Jim poklepał ją po policzku. Przywołała z kuchni miseczkę z zupką i łyżeczką zaczęła go karmić.
– Smakuje zupka maluszkowi?
– Am! – wykrzyknął radośnie, ściskając mamę za szyję i składając całusa na policzku.
Hermiona pokiwała ze zrozumieniem głową. 
– Jesteśmy z Ronem przygotowani na każdą ewentualność – powiedziała i wyciągnęła z kieszeni niebieski kamyk. – Jak coś zacznie się dziać, zrobi się ciepły i pojawi się napis „Zaczęło się” albo coś o czym będę w danej chwili myślała.
Ginny zerknęła na dłoń Hermiony i szczerze się roześmiała.
– Tylko ty mogłaś wymyślić coś takiego. 
– Wiesz, że Ron musi wiedzieć natychmiast.
– Oczywiście. Nie mówię przecież, że nie.
Z kołyski rozległ się płacz obudzonego Ala i Ginny podniosła się, by zajrzeć do malca. Podała Hermionie starszego chłopca. 
– Możesz chwilę go popilnować? 
Posadziła Jima obok bratowej i odwróciła się, by wziąć maluszka.
– Co tam się stało, skarbie? Mamusia weźmie na rączki i będzie dobrze. Zobacz jaki Jim jest grzeczny u...
Nie skończyła, bo Jim, widząc mamę trzymającą inne dziecko wyrwał się z objęć cioci i też zaczął płakać. 
– No to zaczyna się zabawa – westchnęła.
Hermiona się uśmiechnęła. Zobaczyła jednak, że mimo że Ginny uśmiecha się do obu chłopców, ten uśmiech nie dosięgał oczu.
Wstała i położyła dłoń na ramieniu przyjaciółki.
– Coś cię martwi, prawda? – zapytała, obserwując jak młodsza kobieta uspokaja dwójkę dzieci. 
Jim grzecznie siedział w fotelu i ściskał ulubionego Dziobka, podczas gdy młodszy powoli zasypiał w ramionach mamy.
Ginny wzruszyła ramionami jakby w zaprzeczeniu, ale jej westchnienie wyraźnie mówiło, co innego.
– Wyrzuć to z siebie – poprosiła Hermiona. – To zawsze pomaga.
 Ginny machnęła ręką.
– To naprawdę nic ważnego. Po prostu Harry, on... – Przygryzła wargę. Odłożyła śpiącego Ala z powrotem do kołyski, wzięła Jima na ręce i usiadła z nim w fotelu. 
– Znowu się pokłóciliście? – próbowała wyciągnąć Hermiona.
Ginny potrząsnęła głową.
– On jest po prostu… ostatnio nieobecny. To nie o to chodzi, że ja chcę więcej jego uwagi, czy coś w tym stylu – dodała szybko – ale… coraz trudniej przychodzi mu skupić się na tym, co mówię. Wiem, że ma sporo na głowie, ale gdyby się tym z kimś podzielił… moglibyśmy znaleźć jakieś rozwiązanie. Wiem, że bylibyśmy w stanie…
Hermiona zmarszczyła brwi.
– Oczywiście, że tak. Ale czasami musisz Harry’emu o tym przypomnieć. Przypomnieć, że nie jest sam na sam ze swoimi zmartwieniami. 
 Ginny skinęła zdecydowanie, ale potem ta sama zmarszczka, którą miała, gdy się czymś martwiła, z powrotem umiejscowiła się pomiędzy jej brwiami. 
– Nie chodzi tylko o to, ale także... mam wrażenie, że już go nie obchodzę. Zawsze, kiedy wraca, jest zmęczony lub jego umysł jest gdzie indziej... A ja... Widzisz sama. A to przewinąć Ala, a to wykąpać Jima... Wszystko na raz...
– Nie możesz tak myśleć - zaprotestowała Hermiona. – Jestem pewna, że nie chodzi tu o ciebie. Harry cię potrzebuje. Ale może… może powinnaś po prostu wywierać na niego większy wpływ swoją obecnością, gdy z nim jesteś? Nie zostawiaj go pogrążonego w myślach... Dawaj mu chłopców, niech wie, że ma dzieci, które go potrzebują na równi z tobą...
-----
Ginny oderwała się od wspomnień, gdy do jej uszu dotarły stłumione kroki – ktoś wchodził powoli po schodach i szedł korytarzem. Przygarnęła Ala mocniej do piersi i sięgnęła po różdżkę. 
Dotarło o niej, że jest już wczesny ranek. Pierwsze promienie słońca wpadały przez zasłonięte zasłony. 
Ogarnęła ją panika. Uświadomiła sobie, że już dawno powinna była usłyszeć płacz Jima, upominającego się o uwagę. Dlaczego jest tak cicho?
Podniosła się do siadu, nie odrywając Ala od piersi i spojrzała na otwierające się drzwi. Pierwsze co zobaczyła to lewitująca taca ze śniadaniem, a za nią pojawili się jej dwaj mężczyźni; Harry trzymał w jednym ręku różdżkę skierowaną w lewitującą tacę, a w drugim skulonego Jima, który, gdy tylko przekroczyli próg, wykrzyknął:
– Mama!
Ginny odrzuciła różdżkę i gdyby nie trzymany na ręku Al, pewnie opadłaby na poduszki. Wywróciła tylko oczami. Harry pokręcił z rozbawieniem głową. 
– Mam nadzieję, że cię nie obudziliśmy. 
Ginny potrząsnęła głową. Harry odstawił tacę na nocną szafkę i usiadł obok. James uwolnił się z objęć taty i przeraczkował do mamy.
– Dzia! 
Wyciągnął rączkę i stuknął palcem w główkę noworodka, który od razu zaczął płakać. Ginny zajęła się uspokajaniem maluszka, a Harry pochylił się i odsunął Jamesa.
– Jim, ostrożnie. To twój braciszek, a nie nowa zabawka. 
Chłopiec popatrzył na tatę, po czym znowu przysunął się bliżej mamy, podniósł się wyżej i pocałował brata w wyjętą z kocyka rączkę. Oboje rodzice patrzyli z zaskoczeniem na syna.
– Ślicznie, skarbie.
Harry wdrapał się głębiej na łóżko i usiadł ze skrzyżowanymi nogami obok swojej rodziny. Z chęcią spędziłby tak z nimi cały dzień, ale już niedługo czekał ich najazd wszystkich Weasleyów.
– Gotowi na dzisiejszy dzień? – zapytał.
Ginny oderwała zamyślone spojrzenie od dwóch małych chłopców i spojrzała na Harry’ego. O czym on mówi? Co ma być dzisiaj?, pomyślała i chwilę potem rozszerzyła oczy w przerażeniu. 
– Słodki Merlinie! To dzisiaj?! – wykrzyknęła.
Harry skrzywił się i kiwnął głową.
– Sama tak zadecydowałaś. Zgredek wszystko przygotowuje, a twoi rodzice – zerknął na zegarek – powinni tu być za jakieś dwie godziny – powiedział zrezygnowany. – Zjedz, a potem weźmiemy maluchy na spacer. Świeże powietrze dobrze wam zrobi. 
----- 
Ginny nie mogła się powstrzymać przed ciągłym pochylaniem nad wózkiem, a maluch zdawał się być zadowolony z każdego pocałunku jaki mu wówczas składała. Jim marudził w ramionach Harry’ego, że mama odrywa się od niego i całuje dzidzię, której on nie mógł teraz dotknąć.
Zatrzymali się w cieniu lasu, skąd mieli dobry widok na dom i usiedli na rozłożonym przez Harry’ego kocu. Ginny wygodnie ułożyła się na nim i położyła obok malucha, przysuwając go do siebie. Chłopczyk szybciutko odnalazł drogę do mleka i po chwili zajadał się swoim drugim śniadaniem.
Harry trzymał Jima za rączki i uczył go chodzić. Chłopcu szybko się to jednak znudziło, bo kiedy klapnął po raz kolejny na pupę, przechylił się do przodu i przeraczkował do mamy.
– Mama! Dzia! – zawołał i klepał rączkami po mamie i braciszku.
Al oderwał się od piersi mamy i odwrócił główkę, by popatrzeć na brata.
Ginny podniosła się do siadu i oparła o ramię Harry’ego, który objął ją, i razem patrzyli na pierwszy kontakt obu chłopców. 
– Nie ma na świecie rzeczy, którą mógłbym ci ofiarować w podziękowaniu za te dwa małe skarby, które mi dałaś i jak dzielnie wydałaś tego ostatniego na świat – szepnął Harry, wodząc ustami po jej szyi, co wywołało u niej lekki dreszcz. Odwróciła się do niego.
– A pamiętasz, że ty pomagałeś mi stworzyć oba skarby? – zaśmiała się i pocałowała go namiętnie.
Harry uśmiechnął się do niej, wyjął z kieszeni prostokątne pudełeczko i otworzył wieczko. Na atłasowym materiale leżały trzy srebrne bransoletki; jedna dłuższa i dwie malutkie.
– Od powrotu Jima w nasze ramiona, wciąż nachodzą mnie myśli, że prawie was straciłem. Nie mogę sobie wybaczyć, że nie było mnie wtedy przy tobie. To dlatego byłem właściwie nieobecny przez ten tydzień. Przepraszam – mruknął, zapinając jej na nadgarstku dłuższą bransoletkę. 
– One są przepiękne – westchnęła, gdy dwie pozostałe znalazły się na przegubach obu chłopców.
Każda bransoletka była zupełnie inna. Jej składała się z misternie wyrzeźbionych lilii połączonych ze sobą, Jima składała się z połączonych płomyków ognia, a Al miał cieniutką wstążkę z zapięciem w kształcie malutkiego znicza.
– To świstokliki – wyjaśnił Harry, podczas gdy Ginny oglądała po kolei każdą z bransoletek. Jim trochę marudził. – Będą rosły razem z nimi. Dodatkowo nałożyłem na nie jeszcze kilka zaklęć ochronnych, głównie na tych u Jima i Ala. Dzięki nim znajdę was nawet na końcu świata.
– Nie musiałeś... – próbowała oponować.
– Musiałem. I tak wiem, że daję wam je trochę za późno i mam nadzieję, że nigdy nie będziemy musieli ich użyć, ale wolę dmuchać na zimne.
Ginny nie wiedziała co powiedzieć. Nie potrafiła sobie wyobrazić, co on musiał zrobić, aby dostać aż trzy pozwolenia na świstokliki wielokrotnego użytku. Nie była w stanie zrobić nic innego jak tylko go przytulić. Harry przycisnął czoło do jej, a po chwili z dołu dobiegł ich cichutki jęk dwóch chłopców, którzy domagali się wzięcia na ręce. 
– Nie przeszkadzać, gdy dorośli rozmawiają – Harry udał srogą minę, pochylając się nad nimi i porwał obu w ramiona. Ginny uśmiechnęła się i szepnęła cicho:
– Dziękuję.
----- 
Dom i ogród Potterów pękał w szwach. Przybyli wszyscy, na których im zależało. Przyjaciele i rodzina. Gdzie się nie spojrzało, widać było uśmiech. Wszystkie fotele, kanapy i krzesła były oblegane przez młode matki, karmiące, przewijające i tulące swoje pociechy. Z każdego kąta słychać było płacz niemowlaków, Teddy i Victoire biegali po ogródku, zaczepiając dorosłych, a najstarsze pokolenie siedziało w cieniu starej jabłoni i rozprawiało o ostatnich wydarzeniach. Tylko Hermiona siedziała blisko kominka, tłumacząc się możliwością szybkiego przeniesienia się do Munga.
Nad głowami gości poruszały się swobodnie balony w różnych kolorach z napisem „Mam już roczek”, „Wszystkiego najlepszego James, Al i Harry”, „100 lat!”, a na podwórku strzelały zimne ognie bliźniaków.
Ginny była oszołomiona zamieszaniem, jakie powstało wokół ich małej rodziny. Każdy chciał ich uściskać i wyrazić radość z powodu uratowania Jamesa. Do tego jeszcze doszło wspólne świętowanie urodzin. Widziała zażenowaną twarz Harry’ego, gdy kolejna osoba składała mu życzenia z okazji ukończenia dwudziestu pięciu lat. Zawsze uważał, że nie zasługuje na takie uznanie, a wszystko co robi, to nic innego, jak jego praca.
Wiedziała, że robił to dla Jima, którego trzymał na biodrze, a który cieszył się z każdego całusa od kolejnej ciotki czy wujka, nie licząc babci i dziadka. Była świadoma, że mały pewnie nie wie, że to jego urodziny. Dla niego najważniejsze jest to, że tata trzyma go na ręku.
Nie mogła oderwać od nich oczu. Pamiętała niezadowoloną minę Harry’ego z dzisiejszego poranka, gdy przypomniał jej o tej uroczystości. Nie lubił być w centrum uwagi nawet we własnej rodzinie, ale chyba lepiej zebrać wszystkich jednego dnia, niż przyjmować każdego z osobna przez kolejny miesiąc, prawda? Wiedziała jednak, że po wszystkim będzie musiała mu jakoś to wynagrodzić. 
Zrobiło jej się wstyd. Jak nikt inny zasługiwał na chwilę relaksu, spędzonego tylko z nią i maluchami. Bez namysłu podeszła do niego i, tuląc w jednej ręce Ala, drugą przyciągnęła go do namiętnego pocałunku, czym wywołała pomruki uznania ze strony bliźniaków i oklaski reszty rodziny.
– Kocham cię, wiesz? – szepnęła do zaskoczonego męża. – Kocham cię – powtórzyła głośniej i zaczęła się śmiać, widząc, jak Jim wyciąga rączki i próbuje przekręcić jej twarz do siebie.
– Mama!
– Oczywiście, skarbie, ciebie też kocham. 
Pocałowała go w uśmiechniętą buźkę i poczuła jak tym razem Harry przyciąga ją do siebie i całuje zaborczo.
– Ja też tu mam coś do powiedzenia – mruknął w jej usta.
– Fuj! Oni znowu to robią. Wujek!
Usłyszeli jęk Teddy’ego, który potrząsał za szatę Harry’ego, i szepty wszystkich zgromadzonych. Roześmiali się razem, odwracając się do chłopca.
– Super, siostra! – wykrzyknął Fred.
– Jeszcze w sąsiedniej wiosce nie usłyszeli waszej deklaracji – dodał George.
– Przynajmniej potrafią okazywać sobie uczucia, nie to co niektórzy – mruknęła z przekąsem Hermiona i zwinęła się z bólu na fotelu, na tyle ile pozwalał jej brzuch. – O nie! – jęknęła. – Ron! RON! – zawyła.
Wszyscy jak jeden mąż zamilkli i spojrzeli na nią i podbiegającego do niej mężczyznę, który uklęknął przy niej.
– O co chodzi, Hermiono? 
– Ona rodzi, kretynie! – wrzasnęła Ginny. – Może byś się tak ruszył!
Po dwóch, trzech głębokich wdechach Hermiona uspokoiła się trochę i rozluźniła, opadając na fotel.
– Ginny ma rację. Chyba się zaczęło – powiedziała w końcu, nie puszczając jednak brzucha.
– Powiadomię Octopusa i deportujemy się do Munga. Wytrzymasz?
Hermiona przytaknęła. 
– Wiesz, co robić. Myślę, że masz jakieś pięć minut. 
Ron jednym susem znalazł się przy kominku i wywołał połączenie. W tym czasie pani Weasley przywołała kilka poduszek i podłożyła je pod głowę i plecy Hermiony.
– Oddychaj spokojnie. Teraz myśl o Rose. 
Ron wrócił do niej akurat w chwili, gdy pojawił się kolejny skurcz. Ściskała jedną z poduszek, oddychając szybkimi i krótkimi seriami.
– Musimy iść, Hermiono. Czekają na nas – oznajmił.
– Za... chwilę – jęknęła.
– Oddychaj powoli. – Pani Weasley stała przed nią i rękami pokazywała, jak. – Wdech. – Podniosła ręce do góry, a Hermiona wciągnęła głęboko powietrze. – Wydech. – Opuściła dłonie i Hermiona wypuściła powietrze.
Po kilku takich oddechach, skurcz się skończył.
– Już, Ron. Pomóż mi wstać. – Wyciągnęła ręce w stronę męża.
– Leż. Tak cię przeniosę.
– Nie jestem ze szkła – zaprotestowała. – Podaj mi rękę.
Ron podniósł ją i podprowadził do kominka. Hermiona spojrzała przepraszająco na Ginny i Harry’ego.
– Przepraszam was, ale Rose chce już dołączyć do-o-oo... – Hermiona cicho jęknęła.
– Kolejny skurcz? – zapytała pani Weasley.
Hermiona skinęła głową twierdząco, skupiając się na oddychaniu.
– Bardzo dobrze, Hermiono – pochwaliła ją. – Oddychaj.
– Idźcie już – ponagliła ich Ginny.  – Rose nie chce dłużej czekać.
– Dziękujemy – powiedział jeszcze Ron, nabrał w dłoń proszku Fiuu i razem z Hermioną zniknął w szmaragdowych promieniach.

środa, 28 sierpnia 2013

163. "Gdzie jest mój syn?"

W małym pokoiku w Świętym Mungu panował półmrok, jedynie co jakiś czas błyskawica rozdzierała niebo, oświetlając pomieszczenie. Tak upragniony przez wszystkich deszcz intensywnie obijał się o okiennice. Ginny wyglądająca przez okno po każdym grzmocie lekko podskakiwała, nie mogąc poskładać swoich myśli. Z żalu, bólu i smutku jej serce pękało na pół. Z całych sił powstrzymywała płacz, ale z każdą chwilą było jej coraz ciężej. Jej dwaj mali mężczyźni. Jej synkowie, ukochani chłopcy – James i Albus. Jeden porwany i trzymany pod strażą, nie wiadomo gdzie, dopóki jego tata nie zapłaci złym ludziom, i drugi w ciężkim stanie cierpi i śpi sam na oddziale noworodków w jakiejś szklanej bańce. Obaj z dala od mamy i taty, których w tym wieku najbardziej im potrzeba.
Czuła się bezsilna. Zła na siebie, że nic nie może zrobić, że nie była w stanie uratować Jamesa, ani że nie umie poradzić sobie z rzeczywistością, jaka spotkała ich rodzinę. Rozmyślałaby pewnie i płakała jeszcze długo, gdyby drzwi od jej pokoju nie zamknęły się z cichym kliknięciem. W momencie, kiedy spojrzała przez okno, kolejny błysk rozjaśnił na chwilę pokój i zobaczyła ciemną postać odbijającą się w szybie, a gdy chwilę potem rozległ się grzmot, serce zabiło jej szybciej, a delikatne ramiona męża czule oplotły jej sylwetkę.
– Już jestem.
Gdy się odwróciła, ręce Harry’ego przeniosły się na jej mokre policzki i z niezwykłą czułością otarł kciukami jej łzy. Tak bardzo pragnął zabrać od niej ten ból. Bez słów złapał ją za ramiona i mocno do siebie przycisnął. Schowała głowę w jego koszuli i głośno się rozpłakała. Wziął ją na ręce i zaniósł do szpitalnego łóżka. Usiadł na nim wraz z nią i lekko gładził jej plecy w uspokajającym geście. Pozwolił się jej wypłakać, by napięcie, z dwóch dni w końcu odpłynęło. Wiedział, że nie poczuje ulgi, dopóki nie będzie mogła utulić obu chłopców, ale teraz musiało jej to wystarczyć. Wiedział też, że strach o dzieci rozrywał jej serce... Tak samo jak jemu.
– To już druga noc... – wyszeptała. 
– Wiem. Znajdziemy go i już niedługo wyściskamy Jima za każdą chwilę rozłąki. 
– Co ustaliliście? – zapytała cicho.
Dzisiaj, dzień po otrzymaniu listu z okupem, Harry spotkał się z Markiem Newtonem, Jakiem i Kingsleyem w mugolskiej knajpie w centrum Londynu. Wszystkie inne miejsca były zbyt oczywiste. Nikt z nich nie mógł być pewny czy w ministerstwie i we wszystkich czarodziejskich miejscach Harry nie jest obserwowany i podsłuchiwany przez porywaczy.
– Jake obiecał, że będzie miał oko na każdego gościa Dziurawego Kotła – mruknął – i w razie czego da aurorom sygnał. Na dodatek w pubie Mark posadzi tajniaka. – Ginny spojrzała na niego nierozumiejącym wzrokiem, więc wyjaśnił – auror po zaklęciach maskujących i tym podobnych. Nikt nie będzie wiedział, kim jest naprawdę – dodał, gdy jej spojrzenie zmieniło się w strach. – Niestety ja będę odgrywał najważniejszą rolę...
– A King?
– Pomoże nam jak będzie potrzeba.
Ginny wiedziała, że Harry nie mówi jej wszystkiego, choć pokazał jej zdjęcie od porywaczy. Unikał jej spojrzenia za każdym razem, gdy pytała go o jego zadanie w czasie przekazania okupu, twierdząc, że wszystko jest pod kontrolą. Doprowadzało ją to do frustracji, ale domyślała się, że Harry nie chce jeszcze bardziej jej denerwować. I tak wciąż zamartwiała się ciężkim stanem Ala. Nawet go karmić nie mogła. Codziennie miała odciągany pokarm, który był podawany później malcowi specjalnym dozownikiem. Tak chciała wziąć go na ręce i poczuć jego małe usteczka ssące jej piersi. To był najpiękniejszy czas, gdy w ten sposób karmiła Jamesa. Teraz to powinien być czas Ala. 
Dzisiaj dowiedziała się, że u Albusa wszystko zmierzało ku lepszemu i miała obiecane, że niedługo będzie mogła choć na chwilę wziąć synka na ręce i wreszcie go nakarmić. Tylko kiedy ma być to „niedługo”?
– Jutro mam wyjść do domu – oznajmiła.
Harry odsunął się lekko, by na nią spojrzeć. 
– Już jutro? A co z Albusem?
– On... musi jeszcze tu zostać. Jest jeszcze za słabiutki, by mógł iść ze mną. Tu ma dobrą opiekę uzdrowicieli – powiedziała łamiącym się głosem. – Tylko, że ja nie chcę jeszcze wychodzić. Nie chcę go zostawiać tutaj samego. Poza tym... – jej gardło ścisnęło się z bólu - ...nie czuję się na siłach, by zobaczyć pusty pokoik Jamesa. Harry, powiedz, że to tylko koszmar, zły sen, z którego tylko wystarczy się obudzić, proszę... Powiedz, że Jim jest w Norze z moją mamą... a my szykujemy dla niego wspaniałe przyjęcie urodzinowe...
Harry przygarnął ją do siebie jeszcze mocniej.
– Bardzo bym tego chciał, Ginny. Naprawdę bym tego chciał.
Harry spędził noc na rozkładanym łóżku w szpitalnym pokoiku Ginny. W ogóle nie zmrużył oka. Ginny też nie spała. Kręciła się z boku na bok i cicho łkała. Zasnęła dopiero, gdy Harry położył się obok niej i objął ją ramionami. Sam też zasnął.
O świcie obudził go jej krzyk. Objął ją i mocno przytulił, kołysząc w ramionach. Delikatnie położył dłoń na jej ustach, szepcząc uspokajająco. Poderwała się, a jej krzyki ucichły stłumione dłonią Harry’ego. Spojrzała na niego z przerażeniem.
– Widziałam go... – wychrypiała. – Widziałam Jima. Trzymałam go na rękach, ale on nie reagował... 
Harry jej nie puszczał. Usiadł na łóżku, trzymając ją i kołysząc, jakby była małym dzieckiem, przyciskając usta do jej czoła. 
– Cii... – szeptał miękko. – To tylko nocny koszmar, skarbie. Nie zwracaj na niego uwagi.
– Nie wytrzymam dłużej – załkała żałośnie, po czym schowała twarz w jego koszuli. – Chcę go zobaczyć i uściskać... Jeszcze trochę i oszaleję... 
– Już niedługo Jim będzie z nami – powiedział cicho, kładąc dłoń na jej plecach. 
Gdy myślał, że ponownie zasnęła, wymknął się na chwilę do izolatki Albusa. Stojąc i opierając się o magiczną bańkę obiecał synowi, że jeszcze dzisiaj obaj bracia się zobaczą. Ginny obserwowała go z progu.
– Jemu obiecujesz, a co ze mną? – zapytała.
Harry odwrócił się. Podszedł do niej, wziął jej twarz w swoje dłonie i powiedział:
– Ciebie zapewniam, że dzisiaj nasz koszmar się skończy.
Po czym pocałował ją w usta.
– Tylko bądź ostrożny i nie szarżuj – poprosiła. – Po tym, co zobaczyłam w nocy boję się, że zrobią coś Jimowi. Dlatego błagam, nie rób niczego, co mogłoby tamtych zdenerwować. Chcę odzyskać Jima całego i zdrowego. Ciebie też.
------ 
Harry miał wrażenie, że Dziurawy Kocioł był jeszcze bardziej zatłoczony niż zwykle. Zaraz po wyjściu z kominka poprawił kaptur od peleryny, który zasłaniał mu niemal całą twarz. W ręku ściskał niewielki worek, który miał powiększyć, gdy będzie wkładał okup do pojemnika. Rozejrzał się po zebranych gościach pubu – w najciemniejszym kącie siedział człowiek, tak jak on z twarzą przykrytą kapturem – albo utajniony auror, albo porywacz, a może po prostu zwykły klient. Przy barze stał Jake. Był zbyt zajęty, by mógł dostrzec coś niepokojącego. 
Nie zwracając niczyjej uwagi przemknął ukradkiem w stronę tylnego wejścia i wyszedł na maleńkie podwórko. Odetchnął z ulgą, kiedy został sam. 
Spojrzał na pojemniki na śmieci. Znalazł ten, o którym mówili porywacze i podniósł pokrywę. Na spodniej stronie przyczepiona była ulubiona zabawka Jima i list z wiadomością. 

Nie posłuchałeś nas i spotkałeś się ze swoimi kumplami. Ta maskotka to ostrzeżenie. Jeśli na worek nałożone są zaklęcia lokalizujące, już nigdy nie zobaczysz swojego syna.
Jeśli na Tobie są jakieś zaklęcia – bachor zginie.
Odłóż worek na miejsce i weź zabawkę. Od tej pory masz słuchać każdego naszego polecenia. Inaczej Twój bachor zginie.

Harry zacisnął rękę na papierze i spojrzał na zabawkę. Ukochany Dziobek Jima. Był całkiem zniszczony. Głowa trzymała się na ostatniej nitce, a z wewnątrz wylatywały skrawki waty, umoczone w jakiejś ciemnej cieczy. Krew?
Sięgnął po niego ręką i w tej samej chwili, w której dotknął zabawki poczuł silne szarpnięcie w okolicy pępka. Świstoklik zabrał go w nieznane.
------- 
W małym, zaciemnionym pokoju rozlegał się rozdzierający płacz dziecka. Niespełna roczny chłopiec siedział w kojcu otoczony magiczną blokadą. Młoda kobieta próbowała na siłę go nakarmić.
– Jedz! Albo się zamknij, gówniarzu! – krzyknęła.
Niestety po każdym jej krzyku mały zaczynał płakać jeszcze bardziej. 
– Czy ten bachor może się w końcu zamknąć? – zawołał starszy mężczyzna, który wszedł do środka. – Głowa mnie już boli od tego krzyku.
– Próbuję wszystkiego, ale mały nie chce się uspokoić.
– To staraj się bardziej. Jesteś kobietą, więc powinnaś wiedzieć, co robić z takimi szczeniakami.
– Ale ja nienawidzę dzieci – warknęła – i nie wiem, co im potrzeba. Gdybyś nie zabrał mu tej zabawki, pewnie by zasnął. 
– Musiałem postraszyć Pottera. Teraz zrobi wszystko, co mu rozkażemy, bo będzie się bał o swojego dzieciaka. – Mężczyzna wyciągnął spod szaty małą fiolkę i podał go dziewczynie. – Tu masz silny eliksir uspokajający. Podaj go bachorowi i będzie spokój. 
Kobieta odwróciła się z zamiarem podania mikstury chłopcu. Ten, jakby wyczuwając, że grozi mu niebezpieczeństwo, zaczął płakać jeszcze głośniej, a od niego rozeszła się falami niczym niepowstrzymywana magia. Pierwsze fale były ledwo wyczuwalne, ale każda następna nabierała mocy. Dziewczyna odskoczyła dwa kroki do tyłu. 
– Co to było?
– Dziecięca magia obronna. Lepiej zajmij się tym, co masz robić. 
Kobieta unieruchomiła dziecko, zrobiła tak jak jej powiedział i chłopiec w końcu zasnął.
– Dobrze – powiedział mężczyzna. – Pilnuj małego, bo jest naszą kartą przetargową. Ja muszę załatwić sprawę z Potterem.
– Nie wiem, czy to dobry sposób. Potter może i zrobi co powiesz, ale potem może się zemścić...
– Wziąłem ciebie do opieki nad tym bachorem, a nie do prawienia mi kazań – warknął. – Ta kasa to moja emerytura, której Potter mi odmówił, aresztując mnie. 
To powiedziawszy, mężczyzna odwrócił się i wyszedł.
----- 
Ginny nie potrafiła oderwać wzroku od kruszynki leżącej w inkubatorze. Choć od rana mogła już wyjść z Munga, wciąż przebywała na oddziale dla noworodków. Nie chciała go opuszczać. Jedynie silna potrzeba skorzystania z toalety zmusiła ją do opuszczenia miejsca przy synku. Idąc korytarzem zobaczyła przy wejściu bratową.
– Hermiono, co ty tu robisz? Wszystko w porządku? – zapytała, gdy uściskały się na powitanie.
– To raczej ja powinnam pytać, czy z tobą...
Ginny pokręciła tylko głową.
– Dobrze wiesz, że nie. Od wyjścia Harry’ego dzisiejszego ranka, czuję się jakoś tak... nieswojo. 
– To dzisiaj jest termin przekazania okupu! – zawołała, tłumiąc krzyk przez zakrycie dłonią ust. Ginny przytaknęła. – Słodki Merlinie! 
Nagle Ginny poczuła gwałtowny ucisk w klatce piersiowej. Był tak silny, że ugięły się pod nią kolana i gdyby nie Hermiona i uzdrowiciel, który akurat przechodził obok, wylądowałaby na podłodze. 
– Co się stało? – zapytała Hermiona z troską, pomagając przyjaciółce usadowić się na krześle wyczarowanym przez uzdrowiciela. Mężczyzna podał jej eliksir uspokajający.
– Nie wiem... – odparła cicho Ginny, z trudem łapiąc oddech. – Poczułam się tak, jakby stało się coś złego – dodała i mimowolnie pomyślała o Harrym i Jamesie.
Hermiona zrozumiała natychmiast jej myśli.
– Wrócą obaj, zobaczysz. Jeszcze dzisiaj będziesz tulić ich obu.
– Obyś miała rację. Co z Verity? – zapytała, zmieniając temat.
– Wczoraj urodziła Freda Juniora. Mama jej pomaga. 
Ginny odetchnęła z ulgą.
– Czyli Fred i George postawili na swoim – mruknęła z przekąsem. – I tylko ty zostałaś z naszej piątki. Przepraszam, że znowu to ja byłam pierwsza... 
– Ginny, to nie jest twoja wina. Też bym chciała rodzić razem z tobą, ale...
Jej protest przerwał biegnący korytarzem mężczyzna. Ginny podniosła się z krzesła i spojrzała na aurora, który zatrzymał się przy niej.
– Ginny... – wydyszał.
– Mark? Co się stało?
Mężczyzna nie odpowiedział. W jego spojrzeniu było jednak coś tak niepokojącego, że serce Ginny na moment zamarło.
– Harry...? James...? – odgadła. Jej głos zabrzmiał tak obco, że przez moment zwątpiła, że należał do niej.
Mark położył jej dłonie na ramionach.
– Wysłuchaj mnie spokojnie... – poprosił.
Nim Newton zdążył powiedzieć coś więcej, Ginny osunęła się na podłogę...
----- 
Harry pojawił się na środku jakiejś polany i natychmiast padł na ziemię, by uniknąć lecących w jego stronę śmiercionośnych zaklęć. Schował pod szatę maskotkę Jima, automatycznie wyciągając różdżkę, którą wyczarował tarczę. Ostrożnie podniósł głowę i rozejrzał się. Nie znał miejsca, w którym się znalazł. Leżał na spękanej ziemi z rzadka porośniętej wyschniętą trawą i otoczoną lasem. Spomiędzy drzew po przeciwnej stronie wyszło kilku zamaskowanych ludzi. Szli na całkowitym luzie, pewnie uznali, że dostał jednym z zaklęć. Wystrzelił Expelliarmus, które trafiło jednego napastnika z taką siłą, że jego ciało poleciało dobre kilka metrów do tyłu, nim uderzyło w drzewo. Poderwał się i zaczął wymianę ognia z pozostałymi. Różnokolorowe zaklęcia śmigały w obu kierunkach, większość z tych, odpalonych przez przeciwników, rozbijały się o jego tarczę, ale od czasu do czasu pojawiały się niewybaczalne. Harry uchylił się przed zaklęciem torturującym, niestety trafiło go kolejne. Zawył z bólu i upadł na ziemię.
– Poddaj się, Potter! Jesteś sam a nas jest trzech. 
– Gdzie jest Jim? – zawołał, z trudem podnosząc się na rękach. – Gdzie trzymacie mojego syna? Oddajcie go! To tylko małe dziecko!
– Jeśli chcesz go jeszcze zobaczyć żywego, to lepiej nas posłuchaj, inaczej to on zobaczy swojego ojca w kawałkach. 
Harry otworzył usta, by się sprzeciwić, ale któryś z nich rzucił Silencio i jego protest okazał się bezgłośny. Mężczyźni roześmiali się nieprzyjemnie.
Jeden z nich podszedł do niego i jednym sprawnym ruchem wykręcił mu rękę w nadgarstku, sprawiając, że różdżka wypadła mu z dłoni. Mężczyzna kopnął ją, żeby nie była w zasięgu rąk Harry’ego i wbił swoją różdżkę w jego gardło. 
– Jak będziesz grzeczny, to może się zastanowimy. A teraz czołgaj się – rozkazał, wymierzając mu cios w żebra.
Harry posłusznie zaczął pełznąć w stronę, z której przyszli. Nie było mu łatwo, bo napastnik skrępował mu na plecach oba nadgarstki, więc co chwila lądował twarzą w suchej ziemi. Spomiędzy drzew wyłoniła się zakapturzona postać, która podeszła do nich i chwyciła Harry’ego za włosy, ciągnąc go boleśnie do góry.
– I co Potter? Jak to jest być zdanym na naszą łaskę? 
Harry próbował się wyrwać, ale nie był w stanie się uwolnić. Znał ten głos. Mężczyzna pociągnął go jeszcze mocniej, a inny uderzył go z całej siły w twarz. Jego głowa mimowolnie odskoczyła w bok. 
– Przywiążcie go – padł rozkaz.
Silne ręce uniosły Harry’ego z ziemi za włosy i popchnęły w stronę drzew. Szedł, powłócząc nogami, aż wreszcie wpadł na któryś z pni. W tej samej chwili, w której uwolnili mu nadgarstki, jego ramiona wzniosły się samoczynnie nad głowę tak wysoko, że prawie krzyknął z bólu. Poczuł jak liny mocno przytrzymują go w miejscu. Pociągnął lekko za sznury, próbując ocenić swoje położenie. Jakby w odpowiedzi na jego ruch, liny jeszcze bardziej zacieśniły się na jego nadgarstkach, niemal tamując krążenie krwi.
– Na sznury nałożonych jest kilka zaklęć, więc lepiej żebyś się nie ruszał. Choć jak dla mnie nie ma znaczenia, jak umrzesz.  Wiesz kim jestem?
Harry przytaknął. Otworzył usta, ale nie zdołał się odezwać. 
– Wybawiciel naszego świata pragnie coś powiedzieć – zaszydził mężczyzna, celując w niego różdżką. Pozostali się roześmiali. – Finite
– Pieprzony zdrajca! – Harry splunął na niego. – Ilu byłych śmierciożerców jest na twoich usługach? A w ilu kieszeniach siedziałeś przez te wszystkie lata i utrudniałeś mi ich złapanie? I gdzie jest mój syn? Co z nim zrobiłeś?
Mężczyzna zacmokał i pokręcił głową. 
– Z takim nastawieniem nigdy go nie odzyskasz, Potter. 
– Zgnijesz w Azkabanie, Robards. Gwarantuję ci to.
– Naprawdę sądzisz, że te twoje śmieszne oskarżenia mnie przestraszą? Byłem aurorem, kiedy ty jeszcze sikałeś w pieluchy, jak teraz twój szczeniak, więc nie podskakuj. Jesteś dla mnie nikim, gówniarzu. Wielki Potter, Wybawiciel świata czarodziejów, bla, bla, bla... Może i pokonałeś Sam-Wiesz-Kogo, ale nie czyni to z ciebie aurora. Gdyby nie Shacklebolt, nigdy nie zgodziłbym się byś trafił do Biura. A teraz ty, za zgodą ministra, pozbywasz mnie stanowiska. I dziwisz się, że jestem wściekły? 
Skierował na niego różdżkę i zaczął strzelać różnymi klątwami. Zaklęcia tnące, żądlące i w końcu niewybaczalne, jedne po drugich trafiały w unieruchomione ciało Harry’ego.  
Gdy wreszcie opuścił różdżkę jeniec nie miał nawet skrawka ciała, który byłby nietknięty. Robards uwolnił ledwo przytomnego Harry’ego, który nie mogąc utrzymać się na nogach, upadł na ziemię u jego stóp.
– Zabierzcie to ścierwo z dala od moich oczu i podrzućcie w pobliżu ministerstwa – rozkazał Robards, kopiąc po raz ostatni Harry’ego w brzuch. – I powiedzcie tej małej Jill, że ma zabić dzieciaka.
------ 
Zapadał zmierzch. Na ulicy Pokątnej sprzedawcy zamykali swoje sklepy, kończąc kolejny dzień targowy. Powoli ulica się wyludniała. Młoda kobieta z dzieckiem na ręku wybiegła z ciemnej Alei Śmiertelnego Nokturnu i skierowała się w stronę kolorowej wystawy bliźniaków Weasley. Wbiegła do sklepu i posadziła chłopca na ladzie. Dzieciak zaczął płakać.
– Zaraz ktoś się tobą zajmie – szepnęła i, zostawiając go samego, podbiegła do drzwi. 
– Hej! Zaczekaj! – krzyknął za nią Fred, który w tym samym momencie wyszedł z zaplecza, przywołany dźwiękiem dzwonka. Zerknął na płaczącego malca, rozpoznając w nim swojego siostrzeńca. – James? – spytał zaskoczony i od razu zawołał w stronę kantorka: - George! Zajmij się Jimem i powiadom aurorów, ja muszę złapać tamtą dziewczynę.
Wyciągnął różdżkę i wybiegł. Na Pokątnej zapalały się gazowe lampy, rozświetlając ulicę. Zobaczył jak dziewczyna skręca na Nokturn.
– Stój! – zawołał. – Impedimento! Incarcerus! 
Dziewczyna zwolniła, a gdy magiczne liny oplotły jej ciało, upadła na ziemię. Fred dobiegł do niej, chwycił za ramiona i posadził pod ścianą. 
– Kim jesteś? Co Jim robił u ciebie? Odpowiadaj! – Potrząsnął nią.
Dziewczyna skuliła się i zaczęła płakać. 
– Nie róbcie mi krzywdy! To tamci mnie zmusili... Ja nie chciałam...
– Kim są „tamci”?
Na ulicy pojawili się aurorzy. Jeden z nich podszedł bliżej i klepnął Freda w ramię.
– Panie Weasley, proszę ją puścić. My się już nią zajmiemy. 
– Ale to ona przyniosła Jamesa do mojego sklepu. Chcę się dowiedzieć, co robiła z synem mojej siostry! 
Mężczyzna spojrzał na niego zaskoczony.
– Jamesa? 
– Mój siostrzeniec, James Potter, porwany syn...
– Tak, tak... Syn Harry’ego i Ginny. Wiem. – Auror pokiwał głową. – Gdzie jest teraz chłopiec? 
– Z moim bratem. W sklepie.
– To dobrze. Trzeba oddać go rodzicom. 
– Ja to zrobię – rzucił od razu Fred.
– Dobrze. – Auror odwrócił się do siedzącej kobiety. – A ciebie zabieram do ministerstwa. Tam odpowiesz na kilka pytań.
Dziewczyna pokiwała skwapliwie głową.
– Powiem wszystko, tylko nie wysyłajcie mnie do Azkabanu, proszę. Ja nie chciałam nikogo skrzywdzić.
– O tym porozmawiamy w ministerstwie.
Mężczyzna chwycił ją za ramię i deportował się.
------- 
Harry przetoczył się na plecy i jęknął z bólu. Czuł chyba każdy mięsień, każdą kosteczkę. Spróbował wstać, ale całe ciało odmówiło mu posłuszeństwa i upadł ponownie. W końcu podniósł się i usiadł, opierając się o ścianę budynku. Otworzył oczy i rozejrzał się. Znajdował się wśród pojemników na śmieci w jakiejś wąskiej uliczce. Wokół panowała ciemność. Był sam.
Wstał ciężko i, opierając się o jeden z pojemników, przeszukał kieszenie. W wewnętrznej znalazł zniszczoną maskotkę.
– Jimmy... – jęknął, gdy przypomniał sobie ostatnie słowa Robardsa: „Powiedzcie tej małej, że ma zabić dzieciaka.”
Przytulił maskotkę do serca, skulił się, jakby ostrze przecięło mu wnętrzności i zawył z bólu. Stracił synka. Ginny mu tego nigdy nie wybaczy.
U wylotu uliczki pojawił się jakiś mężczyzna, który poświecił w jego stronę światłem z różdżki. Podbiegł i uklęknął przy Harrym, który wyglądał fatalnie. We włosach miał trawę, jego koszula i spodnie były podarte i odsłaniały zakrwawiony tors.
– Potter? To ty? Słodki Merlinie! Jesteś ranny!
Harry dopiero po jakimś czasie zorientował się, że tamten coś do niego mówi. Podniósł na niego wzrok.
– Mark... Straciłem Jima... Ginny i reszta mnie za to znienawidzą... On nie żyje... To był Robards... – Wiedział, że mówi trochę nieskładnie, ale słowa same wypływały z jego ust. – Kazał komuś zabić mojego Jima...
– Wstawaj, Potter. Zabiorę cię do Munga. Jakiś magomedyk powinien cię obejrzeć.
Pomógł Harry’emu się podnieść. Zarzucił sobie jedną jego rękę na ramiona i pociągnął go w stronę głównej ulicy. 
– Nic mi nie jest – zaprotestował Harry.
– Taa, jasne – prychnął Mark. – A to nie jest krew tylko sok pomidorowy. – Pociągnął lekko za fragment koszuli Harry’ego.
– Nie mam różdżki. Rozbroili mnie...
– Tym zajmiemy się potem. Trzymaj się.
Pojawili się w poczekalni szpitala. Ktoś zawołał uzdrowiciela, który natychmiast pojawił się przy nim, zerwał mu koszulę i zaczął badać jego klatkę piersiową. Harry odetchnął z ulgą, gdy zaklęcia uzdrawiające zaczęły działać. 
– Wszystko będzie w porządku – powiedział medyk. – Za jeden, dwa dni będzie pan wyleczony. Musi się pan teraz położyć i odpocząć.
– Teraz to ja muszę zobaczyć żonę i syna.
Tak jak się spodziewał Ginny stała w pokoiku izolatce przy magicznej bańce. Usłyszała jego kroki i odwróciła się. Nie musiała o nic pytać. Krew na jego koszuli wystarczyła. Zacisnęła dłonie w pięści, podbiegła do niego i zaczęła go bić po klatce piersiowej.
– Gdzie jest mój syn? Gdzie jest Jim? Zabiłeś go!
Harry chwycił ją za nadgarstki i próbował przytulić, ale ona odtrąciła jego dłonie i odwróciła się od niego. 
– Nie chcę cię widzieć. 
– Nie tylko ty straciłaś... – rzucił Harry szorstko, ale w tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi.
Podszedł do nich i otworzył je. W progu stał Fred z zapłakanym małym chłopcem wczepionym w jego ramiona.
– Czy to tutaj są rodzice tego zapłakanego kolegi? 
Ginny odwróciła się zaskoczona. Wyciągnęła ręce i na drżących nogach podeszła do brata.
– Synku! 
Wzięła Jamesa z rąk Freda i przytuliła go do siebie.  

niedziela, 28 lipca 2013

162. Dowód życia

Harry zatrzymał się w progu pokoju izolatki, w którym umieszczono ich syna i patrzył na Ginny głaszczącą przeźroczystą bańkę otaczającą nowonarodzone dziecko. Jej rozpuszczone włosy opadały falami na plecy, otulone w długą koszulę nocną i szlafrok. Słyszał jej szept, by uspokoić malca. 
Dawno nie widział jej tak zdeterminowanej. Choć poród był zaledwie wczoraj i ona powinna była jeszcze leżeć, stała od samego rana przy tym magicznym pojemniku i obserwowała jak mały oddycha, zaciska swoje malutkie rączki w piąstki i płacze, bo chciałby przytulić się do mamy.
Jemu samemu pękało serce, gdy widział, jak kładzie ręce, jakby chciała naprawdę dotknąć i pogłaskać malca. Co ona musiała czuć? Nie mogąc dotknąć żadnego z malców?
Wczoraj po południu, w Biurze Aurorów rozległ się alarm o użyciu zaklęć niewybaczalnych na Pokątnej. Już miał tam wyruszyć, gdy dotarła do niego krótka informacja od Hanny o wszystkim, co stało się z Ginny i Jamesem. To w nią były wymierzone zaklęcia. Tylko dlaczego? Czy to wszystko miało coś wspólnego z wcześniejszym listem z pogróżkami? 
Gdy tylko wybrzmiało ostatnie słowo wypowiedziane przez Hannę, poczuł się rozdarty i przerażony. Tak naprawdę nie czuł takiego strachu nawet wtedy, gdy przed laty stawał przed Voldemortem. Oczywiście, jak każdy, bał się śmierci, ale teraz to wszystko było wymierzone w jego rodzinę, o której marzył od lat, którą stworzył razem z Ginny, a której nie miał wtedy. I co zawinił ten mały chłopiec, że go skrzywdzili, odbierając go rodzicom?  
Wiedział, że Ginny będzie go potrzebować, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że James potrzebuje go jeszcze bardziej. To ostatecznie Mark zdecydował za niego i kazał mu iść do Munga. Co prawda nie obyło się bez kłótni, ale zrozumiał, że i tak nie pomoże jednemu malcowi, ale za to może pomóc w przyjściu na świat drugiemu i wesprzeć Ginny. 
Gdy znalazł się wreszcie w Mungu po raz pierwszy od lat widział jak Ginny płacze.
Wziął głęboki wdech i wszedł do środka. Poczuł silne zaklęcia alarmujące i zabezpieczające. Uzdrowiciele nikogo nie dopuszczali do tej sali, oprócz nich. Nawet Molly, choć próbowała od rana na różne sposoby dostać się do środka, została odrzucona przez blokujące zaklęcie na przeciwległą ścianę, po której się osunęła. Magomedycy od razu przybyli jej na ratunek, oznajmiając: „To dla bezpieczeństwa noworodka”. 
Podszedł do Ginny i od tyłu objął ją ramionami. Westchnęła głęboko i oparła się o jego pierś. 
- Jestem okropną matką – szepnęła.
Harry przycisnął mocniej jej ramiona.
- Nigdy tak nie mów! – zaoponował. – Jesteś wspaniałą matką. Tylko ty potrafiłaś zapanować nad magią Jamesa... Zawsze wiesz, co robić...
- Ale nie byłam w stanie go uratować, a przez to on... – pogładziła dłonią po pojemniku – cierpi. 
- Ginny, nie jesteś winna wszystkiemu. Starałaś się jak mogłaś, by ochronić Jamesa. To tamci są winni. Gdy użyli zaklęć niewybaczalnych zasłużyli na Azkaban.
Odwróciła lekko głowę i spojrzała na niego.
- Wiesz już coś? 
- Wciąż szukają śladów na Pokątnej.
- Niczego nie znajdą. – Jej głos, choć cichy, był pewny. – Byli zbyt dobrze przygotowani i zatarli wszystko.
- Wiem, mówiłem Markowi.
Gdy wczoraj po porodzie, Ginny wreszcie zasnęła zmęczona całym dniem, sam poszedł na Pokątną. Chciał dopilnować wszystkiego. Niestety nikt nie był w stanie mu pomóc. Wiele osób przepytywanych przez niego i aurorów twierdziło, że nic nie widzieli. Tylko Jake opowiedział jak Ginny wyszła na Pokątną bez jego ochrony, choć jej to proponował. Harry uśmiechnął się półgębkiem. Dobrze wiedział, że ona nigdy nie chciała ochrony. Nawet jego. 
Z opisu Jake’a, Harry wywnioskował, że wszystko wydarzyło się u wylotu Śmiertelnego Nokturnu i trwało parę chwil. Ginny zagadywała Jamesa i gdy mijała skręt na tamtą ulicę zrobiło się tam dziwnie ciemno, coś się zakotłowało, błysnęły zaklęcia, a po chwili rozległy się jej krzyki o pomoc. Jake poprosił Hannę o wysłanie wiadomości do Harry’ego, a sam pobiegł do Ginny, która zaczęła rodzić. Nikogo już przy niej nie było. Tylko z boku leżał przewrócony wózek. Chwilę potem deportował ich oboje do Munga, gdzie bardzo szybko zajęli się nią uzdrowiciele.
Harry zerknął w stronę magicznej bańki. Najmniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek widział. Wyciągało swoje malutkie rączki, podkurczało nóżki i cichutko kwiliło. Mała łza spłynęła po jego policzku, kiedy tak patrzył na swojego syna.
- Nie nadaliśmy mu jeszcze imienia – zauważył.
- Co powiesz na Albus? – zapytała, odwracając się do niego.
- Albus? Po Dumbledorze? – Harry był zaskoczony. – Skąd ten pomysł? Myślałem o Arturze, po twoim ojcu. James... – głos mu się lekko zachwiał – ma imię po moim...
- E, nie... – mruknęła, kręcąc głową. – Wystarczy jeden Artur w rodzinie. Poza tym... – zastanowiła się chwilę, czy mówić mu o wszystkim – kiedyś, przed laty miałam sen. Nie wiem, czy to była wizja, czy tylko podświadomość podała mi taką możliwość, ale widziałam nasz rodzinny zegar z pię... – szybko zmieniła słowo, mając nadzieję, że nic nie zauważył – kilkoma wskazówkami. Obok naszych była wskazówka Jamesa, a na innej widziałam imię Al – mruknęła cicho, by ukryć załamujący się głos. – Wydaje mi się, że to skrót od Albus. A czy przypadkiem nie jest on ostatnio w twoich myślach? 
- Wiesz, że nie tylko on.
- Wiem – przyznała. – Nie zwrócisz im życia, ale może uhonorujemy obu mężczyzn, nadając ich imiona naszemu synowi? Ja też jestem winna wdzięczność profesorowi Snape’owi. Za ciebie.
Przytuliła się do niego, chowając twarz w jego szatach. Harry zmarszczył brwi.
- Albus Severus? Tak ma być? – zapytał, czule całując ją w czubek głowy. 
- Dlaczego nie? Tak naprawdę tego małego szkraba nazywałam Alem już od kilku miesięcy, gdy jeszcze hasał mi w brzuchu, aż do wczoraj... – przyznała się.
- W takim razie witaj na świecie Albusie Severusie – wyszeptał Harry i odwróciwszy się do bańki położył na niej dłoń.
Chłopiec, jakby wyczuwając ojca, wykrzywił buźkę. Rodzice od razu uznali to za znak.
- Pierwszy uśmiech do taty – mruknęła Ginny, odchylając głowę, by oprzeć się o ramię Harry’ego.
Niestety nagle aktywował się czar alarmujący. Ginny znieruchomiała i natychmiast uwolniła się z objęć Harry’ego. 
- Co się dzieje z naszym synkiem? – wykrzyknęła przerażona wpatrzona w leżącego Albusa.
Harry też spojrzał na malca. Jego małe ciałko wygięło się do góry, jakby z ogromnego bólu, a jego usteczka otwierały się, z trudem łapiąc powietrze.
Chwilę potem do sali wpadło dwóch uzdrowicieli. 
- Co się stało? – Ginny pytała spanikowana. – Proszę, niech ktoś mi powie, co z Albusem. Błagam!
Harry wyczuł, że jeśli czegoś nie zrobi, ona zaraz rzuci się na nich i rozszarpie wszystkich. Chwycił ją za ramiona i odsunął na bok, pozwalając pracować uzdrowicielom.   
- Uspokój się – szeptał – nie pomożesz w ten sposób...
- Harry... – powiedziała przez łzy, odwracając się, by spojrzeć co się dzieje. – Czy on umrze? 
W gardle Harry’ego pojawiła się twarda gula.
- Nie wiem, Ginny.
Trwali w swoim uścisku, kiedy uzdrowiciele krzątali się nad ich synem. Wreszcie ułożyli chłopca z powrotem w bańce i z przeźroczystą kulą wokół jego główki. Było to zmodyfikowane Zaklęcie Bąblogłowy. 
- Czemu nałożyliście na niego ten bąbel? – zapytał Harry.
Uzdrowiciel odwrócił się do nich.
- Nie ma powodu do niepokoju, panie Potter. To tylko zapobiegawczo. Chłopiec ma problemy z oddychaniem, a ten „bąbel”, jak pan powiedział, mu w tym pomoże.
Harry przygarnął Ginny do siebie i czule gładził jej plecy.
- Jak długo?
- Dzień, może dłużej. Jeśli jest silny jak rodzice, to zdejmiemy mu go w miarę szybko, panie Potter. Proszę być dobrej myśli – odparł uzdrowiciel i wymknął się z sali, kiedy zaniepokojeni rodzice szukali pocieszenia w swoich ramionach.
Po kolejnej godzinie uzdrowiciel wrócił i zaczął badać malca. Ginny, nie puszczając dłoni Harry’ego podeszła do mężczyzny.
– Co z Albusem?
Octopus przestał poruszać różdżką nad chłopcem i spojrzał na nią.
– Pani Potter, jest za wcześnie na wydanie opinii.  Od narodzin nie minęło jeszcze dwadzieścia godzin. Umieszczenie państwa syna w inkubatorze i nałożenie zaklęcia oddechowego wydaje się dobrym posunięciem i rzeczywiście jest coraz lepiej. Największe zagrożenie minęło. Musimy mu teraz zapewnić dobrą opiekę. Pani też powinna odpocząć. Proszę wrócić do swojego pokoju i się położyć.
– Uzdrowiciel ma rację, skarbie – szepnął Harry. – Musisz nabrać sił. 
– A dlaczego nie mogę mieć łóżka tutaj? Tak chciałabym być blisko Ala.
– Niestety nie mogę się na to zgodzić – oznajmił Octopus. – Musimy odnowić zaklęcia na pokoju i inkubatorze, by chłopiec miał zdrowe powietrze.
– Ginny – Harry odwrócił ją do siebie, by spojrzała mu w oczy – wiem, że jest ci ciężko po tym wszystkim, co się wczoraj wydarzyło, ale nie możesz zapominać o sobie. Kiedy znajdziemy Jima, a Al będzie zdrowy, by znaleźć się przy tobie, musisz mieć siłę. Obaj będą cię potrzebować wtedy najbardziej. Nie możemy się poddać. Ani ty ani ja. A wiesz, że tylko wy dajecie mi tę siłę do działania. Zrobię co w mojej mocy, by Jim był z nami jak najszybciej. 
Ginny przytuliła się do niego, kładąc policzek na jego torsie.
– Dobrze – mruknęła. – Zróbmy to dla naszych synów.
Harry podał jej dłoń. Ginny chwyciła ją i po spojrzeniu ostatni raz na bańkę wyszli z izolatki.
----- 
– NIE!
W małym domku w Upper Flagley rozległ się krzyk kobiety, która stała przerażona w salonie i trzymała w dłoni rozłożoną gazetę. Chwilę potem do środka wbiegł rozczochrany rudowłosy mężczyzna z różdżką w jednej i z torbą w drugiej ręce.
– Co się dzieje, Hermiono? – zawołał. – Już czas? Rodzisz? 
Hermiona odetchnęła głęboko i ze łzami w oczach spojrzała na męża.
– Jeszcze nie, ale u Potterów... – Nie była w stanie dokończyć. Wyciągnęła rękę z gazetą w jego stronę – spójrz na to.
Ron opuścił różdżkę i wypuścił torbę z ręki. Odebrał od niej „Proroka” i zerknął na fragment, który pokazywała Hermiona.

Wczoraj na ulicy Pokątnej został uprowadzony z wózka niespełna roczny chłopiec James Syriusz Potter, syn Harry’ego i Ginewry Potterów. Na razie nie ustalono, kim są porywacze. Wiadomo, że to przynajmniej dwie osoby: mężczyzna i kobieta.Chłopiec ma czarne włosy i brązowe oczy. Ubrany był w niebieską bluzeczkę z wyszytym wizerunkiem smoka, szare spodenki oraz granatowe buciki.Wszystkie osoby, które mają jakiekolwiek informacje mogące pomóc w ustaleniu miejsca pobytu dziecka, proszone są o natychmiastowy kontakt z Biurem Aurorów.


Pod spodem widniało zdjęcie uśmiechniętego Jamesa.
Porwali... Jamesa?... – wymamrotał. – Jak to się stało?
Nie wiem, ale Ginny miała być wczoraj u Angeliny i się nie pojawiła...
Ron zerknął na kolejną stronę i wśród różnych ogłoszeń, gdzie czarodzieje zamieszczali informacje dotyczące ślubów, narodzin i pogrzebów dostrzegł kolejną małą notkę.
Ginny urodziła, ale z małym coś jest nie tak – powiedział odrętwiały. – Posłuchaj.

15 lipca przyszedł na świat drugi syn Harry’ego i Ginewry Potter. Chłopiec w ciężkim stanie przebywa na oddziale noworodków Kliniki Magicznych Chorób i Urazów Szpitala Świętego Munga pod stałą kontrolą uzdrowicieli.


– Co? – wykrzyknęła Hermiona i zaklęciem przywołała gazetę, wyrywając mu ją z ręki. – Przecież to ponad miesiąc przed terminem! 
– Wiem.
Opadła na najbliższy fotel, ciężko oddychając.
– Nic dziwnego, że nie dotarła do sklepu Freda i George’a. 
– Myślisz, że to przez porwanie? – spytał cicho Ron, siadając na oparciu fotela. 
– A co innego mam myśleć? Pewnie przy porwaniu zaatakowali Ginny, co spowodowało przedwczesny poród. Trzeba się dowiedzieć, czy możemy im jakoś pomóc. Zafiukasz do Harry’ego?
W kominku zaszumiało połączenie i wśród płomieni pojawiła się głowa Molly Weasley.
– Ron, Hermiono, jesteście? – zapytała.
– Tak, mamo. Wiesz coś więcej, co z Ginny, Jamesem i tym maluchem? – zapytała Hermiona, wskazując na leżącą na stoliku przed sobą gazetę.
– Właśnie miałem zafiukać do Doliny... – powiedział Ron.
– Czyli już wiecie – westchnęła.
Zniknęła z kominka, by chwilę potem wyjść do salonu. Przywitała się z synem i synową i usiadła na kanapie.
– Nie ma nikogo w Dolinie Godryka oprócz Zgredka – oznajmiła.
– Jak to? To gdzie jest Harry?
– Krąży między Pokątną, szpitalem a ministerstwem. 
– Widziałaś go?
Molly przytaknęła.
– Dzisiaj rano byłam w Mungu, ale mnie nie wpuszczono ani do Ginny, ani tym bardziej do małego i widziałam go, jak rozmawiał z uzdrowicielem. Nie wiem jak on to wytrzymuje. Wygląda jak trzy ćwierci do śmierci. Od dwudziestu czterech godzin nie jadł, nie spał. Jak tak dalej pójdzie, to rozszczepi się przy kolejnej teleportacji. Stara się być jak najwięcej przy Ginny i maleństwie, a gdy ta zasypia, deportuje się do Biura Aurorów, żeby sprawdzić jak idą postępy w poszukiwaniu porywaczy.
– A co z dzieckiem? – zapytała Hermiona. – W „Proroku” jest informacja, o jego ciężkim stanie...
Molly z trudem przełknęła ślinę.
– To wcześniak, więc nie wszystko jest jeszcze w porządku. Harry powiedział, że mały miał dzisiaj problemy z oddychaniem – Ron i Hermiona na moment wstrzymali oddech – ale sytuacja od razu została opanowana. Jak powiedział mi uzdrowiciel, który wcześniej rozmawiał z Harrym: „Trzeba być dobrej myśli”. Tylko skąd je brać, gdy drugi malec nie wiadomo gdzie jest? 
Sięgnęła po gazetę i spojrzała na zdjęcie chłopca. Palcem obrysowała jego kontury.
– Nasz mały Jimmy – szepnęła ze łzami w oczach, odkładając gazetę. – Nie chcę nawet myśleć, co przeżywają teraz jego rodzice. 
Ron wstał i podszedł do matki.
– Może trzeba z Harrym pogadać? Jakoś mu pomóc? Przekonać, żeby odpoczął choć chwilę?
– Próbowałam to zrobić przez ponad pół godziny i nic nie wskórałam. Jest uparty, jak zawsze.
– Merlinie! Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam? – wykrzyknęła Hermiona, z trudem zrywając się z fotela.
Ron natychmiast znalazł się przy niej. 
– O co chodzi Hermiono? Rodzisz?
– Na gacie Merlina, czy mam prawo krzyczeć, tylko, gdy zacznę rodzić? – warknęła. – Nie? – Ron potrząsnął głową. – To daj mi spokój. Mamo, gdzie teraz może być Harry?
– Prawdopodobnie w ministerstwie – odparła zamyślona starsza kobieta. – Ginny pewnie zasnęła, więc wykorzystał tę chwilę... Nie powiem, że jestem tym zachwycona... – Zrobiła niezadowoloną minę. 
– Muszę z nim porozmawiać. Natychmiast.
------- 
Hermiona miała pewność, że wszystko pójdzie dobrze. Co prawda, gdy zobaczyła Harry’ego stojącego w Atrium ministerstwa i patrzącego z bólem na zdjęcie swojego syna w „Proroku Codziennym”, w pierwszym odruchu miała ochotę zabrać go do domu i położyć do łóżka. Wyglądał jak wcielenie rozpaczy. Blada i udręczona twarz przyjaciela wyraźnie zdradzała jak bardzo jest tym przybity. I choć spojrzał na nią z namiastką uśmiechu, wiedziała, że to tylko pozory. Za dobrze go znała.
Uściskała go i pozwoliła się poprowadzić do małej mugolskiej kawiarenki niedaleko ministerstwa. Usiedli w dalekim kącie, ukryci za kotarą i kilkoma ochronnymi zaklęciami rzuconymi przez Harry’ego, głównie Muffliato, by nikt ich nie podsłuchał.
– Nie mam zbyt wiele czasu, Hermiono – zastrzegł Harry. – Zaraz muszę wracać do Ginny.
– A nie powinieneś wrócić do domu? Nie spałeś od wczoraj.
– Rozmawiałaś z Molly, prawda? – Hermiona przytaknęła. – To wiesz, że nie mogę. Dopóki nie odnajdę Jamesa...
– Chcesz się wykończyć? – Harry pokręcił głową. – To chociaż coś zjedz. Wyglądasz, jakbyś za chwilę miał zemdleć. Ginny nie będzie miała z ciebie żadnego pożytku, jeśli padniesz z wyczerpania.
Podniosła rękę i przywołała młodą kelnerkę. Zamówiła dwie porcje jakiegoś posiłku i herbatę.
– Myślisz, że dlaczego nie chcę wracać do pustego domu, Hermiono? – Harry skrzywił się i odwrócił twarz do okna. – Bo nie chcę widzieć wskazówki Jima na śmiertelnym zagrożeniu, rozumiesz?
Spojrzał na nią stanowczo. Tę chwilę akurat wybrała kelnerka, przynosząc im zamówienie. Ponownie odwrócił twarz do okna, by tamta nic nie zauważyła. Gdy kelnerka odeszła, Hermiona chwyciła jego dłoń w swoją i szepnęła:
– Skąd wiesz...
– To mój syn, Hermiono! – wykrzyknął, uderzając pięścią w stolik. – Ci, którzy zaatakowali Ginny i porwali Jamesa, tak naprawdę chcieli uderzyć we mnie! I im się to udało. To przeze mnie cierpią wszyscy wokół mnie.  Jak ty byś się czuła, gdyby to twoje dziecko porwali?
– Robiłabym wszystko, by je odnaleźć – przyznała.
– No widzisz. Czyli mnie rozumiesz.
– Wiesz, że tak. – Ścisnęła mocniej jego dłoń. – Dlatego też jestem tutaj. Chcę ci pomóc. 
– Nikt nie jest w stanie mi pomóc, Hermiono. 
– Używałeś Zaklęcia Lokalizującego?
– Oczywiście! – wykrzyknął oburzony. – Jak tylko znalazłem się na Pokątnej. Niestety nic nie zadziałało, bo tamci musieli być już daleko. A Lokalizator działa tylko do kilometra.
– No tak. – Hermiona pokiwała głową. 
Harry ponownie odwrócił głowę do okna, akurat w momencie, gdy w szybę obok niego zastukała nieznana mu sowa. Dobijała się tak, jakby miała najważniejszą wiadomość na świecie. Harry rozejrzał się ostrożnie, czy nie widzi i nie słyszy tego żaden mugol. Gdy uznał, że mimo głośnego stukania ptasiego dzioba o szybę, nikt nie reaguje, wstał i wpuścił sowę. Ptak upuścił list i wyleciał z powrotem. Harry spojrzał na kopertę. Nie była to ani wiadomość z Biura ani ze szpitala. Rozdarł pergamin i ze środka wypadła jakaś kartka i zdjęcie jego synka.
– O mój Boże! – wykrzyknęła Hermiona, biorąc fotografię do ręki. – To James!
Harry rozwinął list. Był to anonim wyklejony z liter wyciętych prawdopodobnie z „Proroka Codziennego”.

Mamy Twojego syna.
Chcemy 50 tysięcy galeonów. Pieniądze włożysz do worka na śmieci, który zostawisz na tyłach Dziurawego Kotła w koszu znajdującym się w kącie zaplecza.
Nie wciągaj w to Biura Aurorów, bo twój syn zginie.
Jeśli nie będziesz sam, twój syn zginie.
Jeśli zostaną użyte jakiekolwiek zaklęcia namierzające na worek, twój syn zginie.
Masz 48 godzin.
Napatrz się na dzieciaka, dopóki możesz.
Niedługo skontaktujemy się z tobą. 

Harry bez słowa odebrał fotografię od Hermiony. James otoczony był magiczną bańką, podobną do tej, w której on był trzymany przez Voldemorta, i płakał. Z boku wystawała czyjaś różdżka skierowana w stronę chłopca i dzisiejsze wydanie „Proroka”. 
Gdy zobaczył synka, poczuł się, jakby ktoś wbił mu nóż pod żebra i ciągnął ostrzem w stronę serca. Merlinie, jak to bolało! To było jeszcze gorsze niż Cruciatus. 
Zerwał się z miejsca i nie zważając na protesty Hermiony wyszedł na zewnątrz. Chciał być sam. Żal i ból przemieniły się w złość. Miał ochotę komuś przywalić. Deportował się na polanę w lesie przy Dolinie Godryka i zaczął miotać zaklęciami, gdzie popadnie, krzycząc i złorzecząc wszystkim bogom.
Wreszcie, po pół godzinie nieustającej kanonadzie zaklęć, upuścił różdżkę i opadł na kolana, chowając twarz w dłoniach i łkając żałośnie.