sobota, 16 czerwca 2012

51. Ucieczka


Harry biegł obok Rona i Hermiony żwirową aleją ukryty pod peleryną-niewidką. Odczuwał ulgę, że Ginny jest już bezpieczna.
- Harry! – krzyknął Ron. – Jaki masz plan?
- Muszę dostać się do Malfoya i dorwać Bellatriks.
To najbardziej pulsowało mu w głowie. Tylko, że tak naprawdę nie miał żadnego planu. Nie miał żadnego pomysłu, jak odzyskać różdżki. Jedynie chęć zemsty wrzała mu w żyłach za to, co się stało Ginny. Czuł się za to wszystko odpowiedzialny.
- Może na razie się nie wtrącaj, Harry – powiedziała Hermiona, jakby czytała w jego myślach. – Spróbujemy zdobyć dla ciebie jakąś różdżkę.
Ale ostatnie słowa Hermiony zagłuszyły krzyki wybiegających przez otwarte drzwi śmierciożerców. Ron i Hermiona, krzycząc zaklęcia oszałamiające wbiegli w tłum. Harry nie chciał zostać w tyle i pobiegł za nimi. Wpadł na jakiegoś śmierciożercę i spod peleryny rąbnął go pięścią w twarz. Nie zważał na to, że zachowuje się jak mugol. Musiał jakoś się bronić. Tamten zachwiał się i Harry, wykorzystując jego nieuwagę wyszarpnął mu różdżkę z ręki. Śmierciożerca zaczął się rozglądać wokoło ze zdumioną miną, szukając tego, kto to zrobił, ale Harry trafił go natychmiast zaklęciem oszałamiającym powalając nieprzytomnego na ziemię. Teraz mógł biec dalej. Poprawił pelerynę i pobiegł za Ronem i Hermioną, którzy walczyli już z drugiej strony budynku.
Śmierciożercy zaatakowali w ogrodzie grupkę walczących. Harry dostrzegł wśród nich Tonks, Remusa i Kingsleya, a także, co zmroziło go najbardziej, prawie połowę Gwardii Dumbledore’a. Powietrze rozbłysło od różnokolorowych smug padających zaklęć i krzyków ludzi. Zobaczył, że jedno z zaklęć oszałamiających rzucone przez Dołohowa minęło jedną z bliźniaczek Patil o kilka cali. Harry zareagował błyskawicznie. Obrócił się w tamtą stronę, wyciągając różdżkę i kierując nią w śmierciożercę trafił go zaklęciem oszałamiającym prosto w pierś.
Bitwa rozgorzała na dobre. Członkowie Zakonu Feniksa i Gwardii Dumbledore’a dzielnie stawiali opór śmierciożercom. Harry rzucił się w wir walki. Strzelał oszałamiaczami i zaklęciami rozbrajającymi w każdego śmierciożercę, na jakiego wpadł. Nigdzie nie widział Rona i Hermiony, ale miał nadzieję, że walczą z drugiej strony i nic im nie jest.
Tak samo wśród śmierciożerców nie widział tych, na których chciał się zemścić.
Peleryna zsunęła mu się z ramion, ale chwycił ją w biegu i wepchnął pod kurtkę, przy okazji trafiając Drętwotą Traversa prosto w pierś.
- To za Ginny! – krzyknął, przeskakując przez jego nogi i pobiegł dalej.
Gdy tylko to zrobił usłyszał z każdej strony krzyki śmierciożerców.
- To Potter!
- Łapcie go!
Uskoczył w bok i zobaczył jak tuż obok niego świsnęło Mordercze Zaklęcie.
- Nie zabijajcie go! Mamy go oszołomić, a nie zabijać! Lucjusz potem się nim zajmie!
Obrócił się wokół własnej osi i zobaczył, że z każdej strony otaczają go czarne peleryny śmierciożerców. Zobaczył, jak w oddali, za ich plecami, Kingsley walczy z Dołohowem, Tonks z Macnairem, Seamus i Dean z jakimiś innymi zamaskowanymi jeszcze śmierciożercami. 
- Protego! – krzyknął, próbując osłonić się przed latającymi wokół niego świetlistymi smugami.
Poczuł, że coś chlasnęło go po twarzy, ale Zaklęcie Tarczy znacznie osłabiło siłę zaklęcia rzuconą przez jakiegoś śmierciożercę. Zachwiał się lekko i odwrócił w tamtą stronę.
- Koniec zabawy, Potter – warknął tak dobrze znany mu głos tuż przy jego uchu.
Harry rozejrzał się ponownie. Przyjaciele, którzy jeszcze przed chwilą walczyli w niewielkiej odległości od niego, teraz leżeli na ziemi powaleni przez swoich przeciwników. Z każdej strony otaczali go śmierciożercy. Zbliżali się do niego, tworząc ciasny krąg, a ich różdżki wycelowane były w jego serce. Tuż przy nim stał ten, na którym chciał się zemścić. Harry zrobił kilka kroków w bok, cały czas patrząc na swojego przeciwnika. Ukucnął, bo w tym samym momencie tuż nad jego głową świsnęły trzy zaklęcia oszałamiające.
- Koniec zabawy – powtórzył Lucjusz Malfoy. – Jesteś sam, Potter, a nas jest sześciu...
Harry poczuł jak na dno żołądka opada mu wielki kamień. Wpadł w pułapkę, z której tym razem już się nie wymknie. Strach ścisnął go za gardło, nie pozwalając mu cokolwiek powiedzieć. Strach? Nie, to nie był strach. Tak naprawdę chciał coś odkrzyknąć Malfoyowi, bo poruszał ustami, ale ktoś rzucił na niego zaklęcie uciszające.
- Expelliarmus!
Różdżka wyrwała się Harry’emu z ręki i poleciała w stronę Malfoya. Harry rzucił się za nią, ale Dołohow machnął swoją różdżką i struga czerwonego światła trafiła go w biegu. Upadł na ziemię, przez chwilę patrząc na zebranych nad nim śmierciożerców. Usłyszał jeszcze ich triumfalny śmiech, a potem... stracił świadomość.
------- 
Ginny obudziła się wtulona w ciepły koc i miękką poduszkę. Nadal była senna, więc nie otwierała oczu, czując, że za chwilę zaśnie znowu. Gdzieś z oddali usłyszała niewyraźne szepty najbliższych.
- Jesteście. Wszyscy już wrócili?
- Chyba tak.
- Zostali tylko niektórzy, żeby zabrać śmierciożerców do Azkabanu. Niestety nie było wśród nich Lucjusza Malfoya i Bellatriks Lestrange.
Ginny otworzyła oczy. Za oknem było ciemno, a to znaczyło, że jest tu już kilka godzin. Za oknem deszcz bębnił w parapet. Pogoda diametralnie się zmieniła. Przekręciła głowę w stronę wejścia skąd dochodziły ją głosy mamy, Rona i Hermiony.
- A gdzie Harry? Nie jest z wami? – zapytała mama.
Ron pokręcił głową i mruknął:
- Znaleźliśmy tylko to.
Ginny ostrożnie i powoli podniosła się o parę cali, chcąc zobaczyć o czym mówił Ron. Dostrzegła w jego ręku lśniącą, srebrzystą szatę – pelerynę-niewidkę Harry’ego.
- Jeszcze nie wrócił? – spytała zaskoczona Hermiona. – Myśleliśmy, że już tu jest.
- Co się stało? – spytała mama.
- Rozdzieliliśmy się w trakcie walki. Nie wiemy, co się z nim działo przez dłuższy czas – powiedział Ron.
- A co z Ginny?
- Śpi. Lepiej, żeby na razie się o tym nie dowiedziała.
Ginny usiadła na łóżku i rozejrzała się. Na pobliskich łóżkach, które wcześniej były puste, leżeli członkowie Zakonu i Gwardii. Wśród nich dostrzegła Colina Creeveya, Seamusa Finnigana  i Erniego Macmillana, a także Tonks. Przy niej siedział skupiony Remus. Trzymał ją za rękę przyciśniętą do ust. Miał zamknięte oczy i wyglądał jakby się modlił.
Spojrzała z powrotem w stronę drzwi. Coś się stało z Harrym. Przecież on zawsze był z Ronem i Hermioną. Prawie nigdy się nie rozstawali. Odrzuciła koce i gdy miała opuścić nogi przez krawędź łóżka zobaczyła to pani Pomfrey i podeszła do niej.
- Co ty wyprawiasz? Musisz odpoczywać! – krzyknęła i pchnęła Ginny z powrotem na łóżko.
- Ale ja...
- Panno Weasley! – warknęła, grożąc jej różdżką.
- Ginny, co się dzieje? Gdzie ty się wybierasz? – Pani Weasley podbiegła do córki. Ron i Hermiona stanęli obok niej. Ron pospiesznie chował pelerynę za szatą.
- Mamo, czy Harry już wrócił? – spytała.
- Jeszcze nie – szepnęła Molly, biorąc Ginny za rękę, a ta opadła na poduszki.
- Na pewno Malfoy w końcu go dopadł – szepnęła Ginny, wpatrując się pustym wzrokiem w sufit. – To dlatego nie wiecie, co się z nim stało.
- Słyszałaś naszą rozmowę przed chwilą, prawda? – zapytała podejrzliwie Hermiona.
Ginny nie odpowiedziała, tylko poruszyła potakująco głową. Odwróciła się od nich i zamknęła oczy.
- Wszystko będzie dobrze, Ginny, zobaczysz. – Hermiona podeszła bliżej, kładąc rękę na jej ramieniu.
- Nic nie jest dobrze – mruknęła wtulona w poduszkę. – Nie chowaj tej peleryny, Ron. Tak, widziałam ją – dodała, odwracając się do nich.
Podniosła się powoli do pozycji siedzącej patrząc na nich.
- On tam został – szepnęła.
- Niemożliwe – powiedział Ron, kręcąc głową. – Cała rezydencja została przeszukana od piwnic po dach przed naszym odejściem i nic nie znaleźliśmy.
- Może coś jednak przeoczyliście? – dopytywała się Molly, która usiadła obok Ginny na łóżku i przytuliła ją do siebie.
- Wątpię. Myślę, że Malfoy deportował się stamtąd zanim to zrobiliśmy. I prawdopodobnie... – zawahał się, spoglądając na siostrę – był z nim Harry.
- Bellatriks na pewno też – dodała Hermiona.
Ginny westchnęła. Tego się najbardziej obawiała. Mama przytuliła ją mocniej.
- Wszystko będzie dobrze – mruknęła. – On wróci...
- Mam złe przeczucia. – Ginny pokręciła głową i położyła ją na ramieniu matki.

Gdy Harry się ocknął stwierdził, że nie może się ruszyć. Zaczął się miotać, ale niewidzialne więzy zacisnęły się mocniej na jego klatce piersiowej. Wisiał do góry nogami w ciemnym pokoju i obracał się powoli na niewidzialnej linie. Okulary ledwo trzymały mu się na nosie. Z prawej strony dostrzegł kominek, w którym palił się ogień, oświetlając ponure pomieszczenie. Wokół niego krążył Malfoy. Z tyłu dochodził do niego ostry kobiecy śmiech. Obracając się w tamtą stronę, zobaczył wyłaniającą się z ciemnego kąta Bellatriks Lestrange.
- Potter... Wiesz, że teraz jesteś całkowicie w naszych rękach? – powiedział Lucjusz. –Taak... zemsta jest słodka...
- Zapłacisz... za... to... Malfoy... – powiedział Harry, z trudem wymawiając każde słowo.
- Ty mi grozisz? – prychnął. – Ty? Crucio!
Zawył z bólu. Miał wrażenie, że jego ciało przeszywa milion noży rozpalonych do białości, rozdzierając każdy cal jego skóry. Okulary spadły mu z nosa. Zwinął się z bólu, chcąc się uwolnić, ale ból był tak mocny, że ledwo udawało mu się zachować przytomność. I nagle wszystko ustąpiło. Zwisł bezwładnie w sznurach i spojrzał bezradnie na śmierciożercę, a ten zaśmiał się ironicznie.
- Nie masz szans, Potter. Uważasz, że możesz się ze mną mierzyć?
- To mnie zabij – wydyszał. – Odnajdą mnie i...
- Masz na myśli swoich przyjaciół z Zakonu Feniksa? – Bellatriks parsknęła szyderczym śmiechem. – To pomieszczenie jest całkowicie zabezpieczone przed nimi.
Harry rozglądał się po pokoju, gdy powoli obracał się na linie. Dostrzegł na kominku leżące dwie drewniane pałeczki, bardzo podobne do różdżek. Czyżby to były...
- Pozwoliłeś żeby twoja dziewuszka przeszła to wszystko. Myślisz, że ją ocaliłeś? – spytał Malfoy, a Harry wzdrygnął się. Miał nadzieję, że Ginny jest bezpieczna. – To, że udało się tobie i twoim przyjaciołom wyprowadzić ją bez żadnego problemu, było częścią mojego planu. Wiedziałem, że po tym, co jej się stało będziesz chciał się zemścić.
Bellatriks parsknęła śmiechem, gdy Harry znowu zaczął się miotać, próbując się uwolnić.
- Nie dostaniecie jej w swoje łapy! Nie pozwolę na to!
- Tak myślisz? Zobaczymy, co powie twoja dziewuszka, gdy nie wrócisz! – syknęła Bellatriks.
- Nie pozwolę wam jej tknąć!
Bellatriks i Malfoy wybuchli drwiącym śmiechem i jednocześnie krzyknęli:
- Crucio!
Znowu zawył z bólu. Czuł, jak kości płoną mu żywym ogniem... głowa pęka mu z bólu... Pragnął, żeby to się skończyło, niech go zabiją... ale niech nic nie zrobią Ginny...
Nagle wszystko ustało. Znowu zwisł bezwładnie w sznurach, które trzymały go głową w dół i patrzył na nich poprzez mgłę.
- Wiem o czym myślisz, Potter... tak... – zaczął Malfoy.
- To mnie zabij! – krzyknął Harry. – Przecież tego właśnie chcesz, prawda?
- Zabić ciebie? Taak... miałem taką ochotę, gdy zginął Draco, ale teraz... – Malfoy kroczył wokół niego z nieskrywaną satysfakcją. – Teraz... mam inne plany.
Zapanowała cisza. Słychać było tylko trzaskanie ognia w kominku. Harry myślał o Ginny i o tym, jak się stąd uwolnić. Na pewno zabezpieczyli przed teleportacją nie tylko pokój, ale i cały dom, w którym się znajdowali, tylko... gdzie tak dokładnie są?
- Zniszczę cię, Potter – wycedził Malfoy, przerywając ciszę. – Będziesz patrzył na śmierć swoich najbliższych, tak jak ja patrzyłem na śmierć Draco. Ale najpierw... Crucio!
Ból ogarnął go ponownie. Opadł na podłogę z głuchym łoskotem, wijąc się i krzycząc.
- To cena za brak wyobraźni, Potter. Zgrywanie bohatera ci nie pomoże.
Malfoy opuścił różdżkę i wyszedł z Bellatriks z pokoju. Ból ustąpił, ale Harry był tak słaby, że każdy ruch sprawiał, że poruszał się ociężale, jakby wszystkie członki miał z ołowiu. Założył okulary, które znalazł tuż obok siebie. Nie miał siły wstać, a co dopiero deportować się do Hogwartu. Nagle wpadł mu do głowy pomysł, tylko czy on mu pomoże?
- Stworek... Zgredek... pomocy... – jęknął.
Trzasnęło i przed nim pojawił się domowy skrzat. Stworek patrzył na swojego pana z mieszaniną buntu.
- Mój pan... mnie wzywał?
- Stworek... – Harry odetchnął lekko, spoglądając na skrzata. – Zabierz mnie stąd do Hogwartu, dobrze? Tylko najpierw... muszę...
Harry zerknął na gzyms kominka. Wyciągnął rękę w tamtą stronę i słabym głosem powiedział:
- Stworku, tam są dwie różdżki. Podaj mi je...
Uszy skrzata oklapły.
- Stworkowi nie wolno dotykać różdżek. To wbrew prawom skrzatów.
- Ten jeden raz możesz to zrobić. Zezwalam ci. Tylko podaj mi je, nic więcej... ja nie dam rady...
Stworek kiwnął głową. Podszedł do kominka, złapał różdżki i drżąc cały podbiegł do Harry’ego, podając mu je. Harry rozpoznał w jednej z nich swoją różdżkę z ostrokrzewu, a w drugiej wierzbową różdżkę Ginny. Schował je pod bluzę i wyciągnąwszy rękę w stronę skrzata szepnął:
- Dziękuję Stworku. A teraz... – zawahał się, wsłuchując się w odgłosy zza drzwi – zabierz mnie do Hogwartu.
Stworek chwycił wyciągniętą rękę Harry’ego, a chwilę potem pochłonęła ich gęsta ciemność.
------- 
- Dopóki Harry nie wróci, szkoła zostaje zamknięta. – McGonagall stała w drzwiach skrzydła szpitalnego i ogłaszała nowiny. – Jak na razie poinformowałam wszystkich uczniów, że ferie wielkanocne są wydłużone o parę dni.
Ginny siedziała wyprostowana na łóżku i nie patrzyła na dyrektorkę. Wpatrywała się w niebo za oknem, które powoli zmieniało kolory: z ciemnego granatu do zimnej, stalowej szarości, a potem w delikatną pomarańcz obszytą złotem. Gdzieś tam, nie wiadomo gdzie, jest Harry uwięziony przez Malfoya. Czy jeszcze żyje? Na pewno – przekonywała sama siebie w duchu za każdym razem, gdy nachodziły ją takie myśli.
Wokół niej stała cała rodzina, przyjaciele. Wszyscy obróceni w stronę McGonagall słuchali jej z uwagą. Dyrektorka mówiła coś o bezpieczeństwie szkoły, ale Ginny nie zwracała uwagi na jej słowa.
Nagle podwójne drzwi sali szpitalnej za plecami McGonagall, otworzyły się ze zgrzytem i wszyscy spojrzeli w tamtą stronę. W progu stał, jeśli można tak powiedzieć, słaniając się na nogach, Harry. Mały skrzat podtrzymywał go pod ramię. Harry miał bladą twarz i podkrążone oczy, okulary ledwie trzymały mu się na nosie. Mokre włosy oblepiały mu twarz. Oparł się plecami o lewe skrzydło drzwi, osuwając się po nim. Ginny jęknęła. Nie zważając na nikogo, wstała i podbiegła do niego. Usłyszała jego szept:
- Śmierciożercy... Ginny...
Ron i Lupin też natychmiast podbiegli do niego. Remus chwycił go za ramiona, Ron za nogi i razem położyli go na najbliższym łóżku, a pani Pomfrey zajęła się opatrywaniem jego ran.
- Ginny, połóż się – powiedziała Molly, stając za nią i obejmując ją ramionami i odciągając ją od niego. – Wrócił i teraz musi odpocząć. Ty też powinnaś jeszcze leżeć.
Zaprowadziła ją z powrotem do łóżka.
Ginny obejrzała się, spoglądając na niego. Pani Pomfrey obmyła mu już twarz. Był trupioblady, oczy miał zamknięte. Położyła się posłusznie na swoim łóżku i przymknęła oczy. Żyje... jest tu, blisko... może nie do końca zdrowy, ale cały, bezpieczny. Marzenie, że go zobaczy wreszcie się spełniło.

Harry opuścił skrzydło szpitalne tydzień później. Dwa dni wcześniej pani Pomfrey pozwoliła Ginny wrócić do wieży. Od powrotu Harry’ego nie mieli żadnej szansy na spokojną rozmowę, bo ciągle ktoś im w tym przeszkadzał. Teraz, gdy Harry szedł pustymi korytarzami, pomyślał, że nastał na to czas, ale nigdzie nie mógł jej znaleźć. Nie było jej w Wielkiej Sali, ani w wieży Gryffindoru i w końcu pomyślał o swoim gabinecie. Otworzył drzwi i usłyszał głosy swoich przyjaciół próbujących uspokoić Ginny. Gdy tylko zobaczyli, że on wchodzi, odsunęli się od niej, a Ginny podniosła się z sofy i krzyknęła:
- Harry, ja już nie mogę! Mam tego wszystkiego dość!
Podbiegła do niego i zaczęła go okładać pięściami po ramionach i piersiach. Ron i Hermiona wycofali się do kąta, próbując wtopić się w tło. Dał jej się pobić, czuł, że jej to pomoże, że gdy wyładuje swoją złość, to jej ulży.
- Nie mam już siły walczyć ze śmierciożercami! Rozumiesz?
- Wiem, Ginny, wiem.
Nie był w stanie nic więcej powiedzieć. Chwycił ją za ręce, przysuwając do siebie i mocno przytulił. Próbowała mu się wyrwać, ale gdy poczuła jego ciepło, za którym tak tęskniła, przestała się z nim szarpać i położyła głowę na jego ramieniu. Chłonęła jego bliskość, po raz pierwszy od dłuższego czasu. Cały czas jeszcze drżała i pociągała nosem. Powoli się uspokajała.
Harry spojrzał na Rona i Hermionę i bezgłośnie wskazał głową na drzwi. Chciał z nią zostać sam. Hermiona przytaknęła i ciągnąc za sobą Rona wyszła z gabinetu.
- Nigdy nie obiecywałem, że życie ze mną będzie łatwe – powiedział, gdy zamknęły się za nimi drzwi.
- Wiesz, co czułam, gdy nie wracałeś przez tyle godzin? Czułam ogromną pustkę, jakby ktoś wydarł mi wnętrzności. Każda godzina tamtej nocy... każda minuta... ciągnęła się jak rok...
Jego ramiona były mocne i ciepłe, a dłoń gładziła jej włosy najdelikatniej na świecie. Pochylił się, by złożyć na jej ustach pocałunek – taki, który skasuje wszystkie mroczne myśli, wszystkie dni, godziny i minuty nieznośnego zagrożenia. Objęła ramionami jego szyję i wtuliła się w niego mocniej, bo w sercu czuła lęk, że ten pocałunek może być tylko przerwą przed kolejną walką. Była przerażona. Bo co by się z nią stało, gdyby straciła go bezpowrotnie?

7 komentarzy:

  1. Uwielbiam fragment w którym Ginny bije Harry'ego!

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham twoje opowiadanie!!! :* Piszę komentarz dopiero teraz, chociaż od 3 dni czytam to opowiadanie i po prostu nie mogę się oderwać! Pierwsze co robię gdy włączam komputer to czytam twoje opowiadanie! Wyznaję ci miłość! xD Serio, masz wielki talent, to opowiadanie może być według mnie wydrukowane jako 8 część serii!!! Podziwiam cię, że twój piękny i bajkowy sposób pisania, pomysły i...NO WSZYSTKO CO JEST W TYM OPOWIADANIU! XD :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Jest swietne , tylko nie rozumiec jak to jeat mozlewe ze Harry Potter wybraniec ktory zabil Voldemorta nie moze sobie poradzic z kilkoma smierciozercami .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Harry zabił Voldemorta, niszcząc horkruksy, a na końcu jakby wykorzystał to, że Voldi jest osłabiony bez horkruksów - jakby nie patrzeć to przecież kawałki jego duszy, hallo :D poza tym Voldemort był jeden, a śmierciożerców jest kilkunastu i władają taką samą bronią jak, a mają nawet więcej - mają nos :D

      Usuń