niedziela, 24 czerwca 2012

130. "Czy możemy to naprawić?"


Ginny obudził ból pleców. Próbowała się obrócić, ale była unieruchomiona. Pod sobą czuła twarde podłoże i na dodatek miała wrażenie, że leży w dość dziwnej pozycji. Nogami dotykała podstawy fotela, a głowa leżała na czymś miękkim, podnoszącym się i opadającym w równym rytmie. Otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą drewniane sztachetki łóżeczka Jamesa. Harry leżał obok, obejmując ją ramionami, a ona opierała się o jego klatkę piersiową. Oboje byli nadzy. Czemu nie są w łóżku?
Wtedy nawiedziło ją wspomnienie dzisiejszej nocy i uśmiechnęła się. No tak... Przecież kochali się tutaj całą noc, odkąd James zapłakał po raz pierwszy. Ona przybiegła od razu i wzięła malca na ręce, by go nakarmić i przewinąć. Harry przyszedł później, choć może był tu od samego początku i obserwował ją? Nieważne. Gdy ułożyła Jamesa z powrotem do łóżeczka i stała nad nim pochylona, Harry objął ją od tyłu i zaczął pieścić i całować. I tak skończyli, spleceni razem, właśnie na podłodze.
Spojrzała w okno. Niebo zasnute było ciężkimi ołowianymi chmurami zwiastującymi ulewę. Skrzywiła się. Nienawidziła listopada i tej przygnębiającej pogody.
Poruszyła się i poczuła jak Harry delikatnie całuje ją w ramię. Też nie spał. Westchnęła zadowolona.
Nagle uświadomiła sobie, że piętro niżej jest jej brat i poczuła jak się czerwieni. A jeśli on wszystko słyszał?
- Harry... – zagaiła – rzucałeś wieczorem Muffliato?
- Czemu pytasz? – mruknął jej w ucho, uprzednio je całując.
- Ron.
To jedno krótkie słowo sprawiło, że czar prysł niczym bańka mydlana. Harry oderwał się od niej, przeklął i wstał. Wyciągnął rękę i pomógł jej się podnieść, po czym oboje wrócili do sypialni.
Po kilku minutach, już ubrani, zeszli na dół. Ron siedział przy stole i czytał „Proroka”, gryząc tost. Zatrzymali się w progu kuchni i spojrzeli na siebie. Lepiej będzie udać, że nic się nie stało.
Harry usiadł na wprost Rona, a Ginny po ułożeniu Jamesa w kojcu znajdującym się przy kominku usiadła obok niego. Zgredek podał im kawę i gorące bułeczki.
- Co planujecie na dzisiaj? – zapytała Ginny. – Bo ja jak tylko przestanie padać chcę wybrać się do Nory.
Ron oderwał się od gazety i spojrzał na Harry’ego. Nie mógł ruszać się bez niego, nawet na spacer po okolicy, bo Robards nakazał Harry’emu pilnować każdy jego ruch, a on nie chciał narażać przyjaciela.
- Planowałem iść do Doliny, by sprawdzić, co się tam dzieje – powiedział zamyślony Harry – ale teraz... Może wybierzemy się razem do Nory? – zaproponował.
Ron potrząsnął głową i zbladł. Jeszcze nie był gotowy na spotkanie z rodzicami.
- Coś się stało, Ron? – zapytała Ginny, gdy zobaczyła jego bladą twarz.
- Musimy iść do Nory? Chciałem z tobą pogadać – zwrócił się do Harry’ego – w cztery oczy i w spokoju – dodał szybko, bo Ginny chciała się wtrącić.
Harry kiwnął powoli głową.
- Dobrze – zgodził się. – W takim razie myślę, że pobyt w Dolinie będzie najlepszym wyjściem.
Wstali i ruszyli do wyjścia.
- Tylko przyjdźcie potem do mamy na obiad! – Ginny zawołała za nimi. Odwrócili się do niej. – Och, Ron, dałbyś spokój! – krzyknęła, widząc jego skrzywioną minę – mama nic ci nie zrobi!
- Jesteś pewna? Bo ja nie jestem – burknął. – Już zapomniałaś jak za każde, nawet małe przewinienie otrzymywaliśmy od niej burę?
- Byliśmy dziećmi...
Ron potrzasnął głową.
- Pewnie od ślubu Freda i George’a szykuje się na mnie i to dlatego mnie szukałyście.
- Ona się o ciebie martwiła! – wykrzyknęła. – Bardziej jest wściekła na Hermionę. Jak chcesz to ją trochę ułagodzę przed waszym przyjściem.
- No dobrze – mruknął, nie do końca jednak przekonany – i nie licz na szczęśliwe zakończenie.
- Już ja go sprowadzę – powiedział Harry i pociągnął Rona za sobą.
Wkrótce obaj ubrali się w ciepłe kurtki i deportowali się spod drzwi domu.

Ginny naszykowała najpotrzebniejsze rzeczy dla Jamesa, zmniejszyła wózek, chowając go do torebki wraz z pieluchami i czystymi śpiochami, i tuląc dziecko do siebie weszła w kominek.
Gdy pojawiła się w Norze zobaczyła, że przy kuchennym stole już ktoś siedzi. I nie był to tata.
- Dzień dobry, pani Tonks – przywitała się. – Jak miło panią widzieć. Gdzie Teddy?
- Witaj Ginewro – starsza pani wyciągnęła do niej rękę – Teddy bawi się w salonie. Z chęcią pobawiłby się z kimś w swoim wieku...
- No to raczej się nie doczeka, bo ten szkrab – zerknęła na śpiącego Jamesa, ściągając mu czapeczkę – i tak będzie dla niego za mały. Zostaje mu tylko Victoire...
Obie zaśmiały się cicho i w tej samej chwili z salonu wyszła Molly i podeszła do Ginny.
- Moje skarby przyszły do babci!
- Mamo ciszej, bo jeszcze go obudzisz – syknęła Ginny.
Molly wyjęła Jamesa z jej rąk i przytuliła do siebie. Pocałowała małego w czółko.
- Długo śpi?
- Jakąś godzinę. Położę go do wózka, jeśli pozwolisz.
- Ciocia!
 Z salonu wybiegł Teddy. Wszystkie kobiety przytknęły palce do ust, by go uciszyć. Chłopiec zatrzymał się przy babci i przyglądał się, jak ciocia wyciąga z torebki dziecięcy wózek i powiększa go do prawidłowych rozmiarów, po czym ustawia go w kącie pomieszczenia, a babcia Molly kładzie do niego dziecko i rozpina mu kurteczkę.
- Gdzie wujek Harry? – zapytał.
- Będzie później – powiedziała Ginny. – Poszedł z wujkiem Ronem do Doliny Godryka. – Gdy to powiedziała zobaczyła jak jej matka mruży oczy i zaciska usta w wąską kreskę.
- To super! – wykrzyknął Teddy i wybiegł z powrotem do salonu.
Pani Tonks wstała i wyszła za nim, pozostawiając je same.
- Mamo... – zaczęła Ginny.
Molly potrząsnęła głową. Przez cały czas stała tyłem oparta o wózek i patrzyła na wnuka, który na okrzyk Teddy’ego skrzywił się i zaczął płakać. Wzięła go na ręce i zaczęła kręcić się z nim w tę i z powrotem po kuchni, by go uspokoić. Ginny usiadła na krześle, obserwując swoją mamę i synka.
- Ron jest u nas od wczoraj – powiedziała. – Harry został wyznaczony przez Biuro do jego kontroli. Mają przyjść potem tutaj.
Mama kiwnęła głową i usiadła na pobliskim krześle, układając Jamesa na kolanach i przytrzymując jego główkę.
- Wiem o wszystkim od ojca – odezwała się w końcu. – Gdy wrócił wczoraj z pracy powiedział mi, że aurorzy aresztowali Rona... Tylko nie rozumiem, dlaczego? Co on takiego zrobił? Czy to wiąże się z tym jak wyglądał w sobotę na weselu Freda i George’a? I co tam robił Harry?
Ginny przewróciła oczami.
- Mamo, przecież Harry jest aurorem! Więc chyba nic dziwnego, że był w pracy! – Molly skinęła głową ze zrozumieniem. – Poza tym próbował Rona jakoś z tego wyciągnąć, bo Ron... pobił się w sobotę z Wiktorem Krumem... o Hermionę. – Poczuła się jak mała dziewczynka, która skarży się na swojego brata.
- Z tym bułgarskim zawodnikiem quidditcha?
Ginny przytaknęła.
- Ktoś podczas ich pojedynku rzucił na Kruma zaklęcie Cruciatus – wyszeptała, a mama pisnęła przerażona. – I oni oskarżyli o to właśnie Rona. Co prawda sprawdzili mu wczoraj różdżkę i stwierdzili, że to nie on, ale Bułgarzy wymusili dodatkowe przesłuchanie i śledztwo...
- A-ale... Co to ma wspólnego z Hermioną?
Ginny przygryzła wargę.
- Nie jestem pewna, czy powinnam ci o tym mówić, bo to ich sprawa...
- Chyba się domyślam w czym rzecz – mruknęła kwaśno mama, kiwając głową.
- Czego się domyślasz?
- Dwa miesiące temu w „Czarownicy” było napisane, że jeden z Bułgarów spotkał tu swoją dawną miłość. I zobaczyłam na zdjęciu parę... Ta dziewczyna, choć próbowała się zasłonić, była taka podobna do Hermiony, i przypomniałam sobie, co pisali przed laty... O niej, Harrym i tym trzecim. A w sobotę, gdy zobaczyłam, że Hermiona jest sama i Ron... – pokręciła głową – wszystko wskoczyło na swoje miejsce – westchnęła.
James zaczął się wiercić i grymasić, pokazując swoje niezadowolenie. Ginny wzięła go z jej rąk i zaczęła zabawiać go grzechotką. Maluch wyciągnął rączki, próbując ją złapać.
- Od kiedy nie mieszkają razem? – spytała Molly.
- Nie wiem, chyba od tygodnia. Mamo, proszę... – jęknęła i wskazała na salon – nie uważasz, że nie powinnyśmy zostawiać samych twoich gości? My też pójdziemy się pobawić, tak? – zaszczebiotała do Jamesa, który zamachał nóżkami i zagruchał z radości.
Wiedziała, że mama będzie chciała wyciągnąć z niej wszystko co wie. Mimo że sama nie pochwalała tego, co się działo między Ronem i Hermioną, mówienie o tym nie było proste. Zwłaszcza, że czuła się jakby ich zdradzała.
------
Dwaj mężczyźni szli przez spustoszony ogródek, patrząc na odbudowywany dom. Oprócz remontu trwała tu rozbudowa budynku wszerz i wzwyż, bo Harry chciał dodać do niego kilka nowych pokoi.
Choć od tamtej tragedii minął już prawie miesiąc, Harry nie mógł się pogodzić z tym, że nie był wtedy z Ginny i Jamesem. Za każdym razem, gdy tu przychodził czuł ucisk w sercu, przypominając sobie, co myślał, kiedy zobaczył po raz pierwszy te gruzy; wtedy miał wrażenie, że został sam na świecie. Na szczęście świadomość, że teraz oboje czekają na jego powrót przyćmiewała to uczucie.
Obaj zostali pozdrowieni przez budowlańców i przeszli na tyły domu, skąd mieli ładny widok na pobliski las. Wśród krzaków rosnących pod ścianą budynku, Harry zobaczył zielonego smoka; jedną z zabawek Jamesa. Schylił się i podniósł ją, otrzepując z ziemi, po czym ruszył dalej.
- No dobrze – zatrzymał się w miejscu, gdzie kiedyś ustawiali stół na rodzinne uroczystości i odwrócił się do Rona – to o czym chciałeś ze mną rozmawiać?
Ron kręcił się w miejscu, patrząc wszędzie tylko nie na Harry’ego.
- Nie wiem, co robić – mruknął w końcu, pocierając mocno kark. – Czuję się jakbym tracił rozum, a może już zwariowałem. Nie jem, nie śpię od tygodnia. Wszędzie, gdzie nie spojrzę, widzę Hermionę. Nawet w tamtej... – urwał i pokręcił głową. – Nigdy nie zapomnę twarzy Hermiony wykrzywionej złością, gdy mnie wczoraj zobaczyła... Byłem zbyt pijany i oszołomiony, by zrozumieć, co się stało. Dopiero gdy trzasnęła drzwiami a ja zobaczyłem obok siebie tę kobietę... Obcą kobietę w moim... naszym łóżku... – poprawił się – zrozumiałem, co zrobiłem.
- I jak ja mam ci w tym pomóc? – spytał Harry.
Ron zaszurał nogami, wzbijając w powietrze niewielką chmurę kurzu. Podszedł do pobliskiego krzaka i zerwał suchą gałązkę, którą zaczął zginać i łamać na kawałeczki.
- W gruncie rzeczy wczoraj już mi pomogłeś... A właściwie oboje mi pomogliście, ty i Ginny... gdy dostałem w twarz najpierw od ciebie a potem od niej. Chyba tego naprawdę potrzebowałem. A później... gdy słyszałem was na górze... – zająknął się, a Harry odwrócił twarz, by Ron nie dostrzegł rumieńca na jego policzkach na wspomnienie dzisiejszej cudownej nocy. – Na Merlina! Jak ja wam tego zazdroszczę. We trójkę tworzycie wspaniałą rodzinę i w najtrudniejszych chwilach możecie na siebie liczyć.
Odrzucił patyk od siebie i spojrzał na Harry’ego.
- Pół nocy rozmyślałem o tym wszystkim i doszedłem do wniosku, że muszę z Hermioną porozmawiać i wyjaśnić wszystko. Ja też chcę mieć taką rodzinę, jak wy.
- Jak chcesz to zrobić?
- Mówiłem ci wczoraj, że tuż przed aresztowaniem dostałem od niej list? – Harry kiwnął głową, a Ron wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki niewielki pergamin i pokazał mu go. – Prawdopodobnie, w tym samym czasie, kiedy ona to pisała, ja napisałem do niej, że chcę z nią porozmawiać. No i w nocy postanowiłem, że pójdę na to spotkanie. Jakie są szanse, że będę mógł to zrobić?
Harry oderwał wzrok od pergaminu i spojrzał na niego, marszcząc brwi.
- Niewielkie – powiedział po dłuższej chwili. – Samo zebranie świadków i ich przesłuchanie zabierze Wizengamotowi kilka dni... Prawdopodobnie będę musiał iść z tobą do Hermiony, choć wiem, że wolelibyście porozmawiać bez świadków – mruknął – chyba, że napiszesz jej list wyjaśniający, że to na razie nie jest możliwe...
- Ja muszę z nią pogadać! – wykrzyknął Ron. – A jeśli to moja ostatnia szansa, by ją odzyskać?
- A jeśli ona chce odejść? I po to cię zaprasza do siebie?
Ron z trudem przełknął ślinę. Nawiedziło go wspomnienie sprzed lat, gdy niszcząc horkruksa widział złączone w namiętnym pocałunku przerażające postaci Harry’ego i Hermiony. Tyle, że tym razem na miejscu Harry’ego był Wiktor Krum. Skrzywił się z bólu.
- Nie... – jęknął. – Nie wierzę... Ten tydzień był koszmarem. Nawet nie wiesz jak mi jej brakuje. Pomożesz mi? Tylko w ten sposób dowiem się, czego ode mnie chce.
- I myślisz, że ona rzuci ci na szyję, jeśli do niej pójdziesz? – prychnął Harry. – Skąd wiesz, że nie zacznie rzucać w ciebie zaklęciami?
- Tego nie wiem. Zresztą, to bardziej ja powinienem w nią strzelać klątwami, niż ona we mnie, nie uważasz? Za to, co mi zrobiła. Ale nie chcę.
Harry podniósł głowę i spojrzał na zbierające się nad lasem czarne deszczowe chmury.
- Zobaczę co da się zrobić – powiedział. – A teraz, jeśli nie chcemy zmoknąć, musimy stąd zniknąć. W Norze ktoś na nas czeka.
Ron zadrżał i skinął powoli głową. Wiedział, że nie ma sensu odkładać spotkania z matką.
Gdy stanęli przed drzwiami Nory, usłyszeli ze środka krzyk Teddy’ego, płacz Jamesa i podniesione głosy kilku kobiet. Zapukali i weszli do środka. Ron zatrzymał się w progu, widząc ściągniętą twarz matki. Ta rozczarowana mina, której nienawidził w dzieciństwie, gdy coś zbroił, prześladowała go od kilku dni. Zrozumiał, że ma zostać w kuchni i czekać na wyrok.
Z salonu wybiegł Teddy i wskoczył Harry’emu na ręce.
- Wujek! A James zaślinił mi zabawki – poskarżył się.
- Pokaż – mruknął w odpowiedzi i weszli z powrotem do salonu, pozostawiając samych matkę i syna.

Po wyjściu Harry’ego pani Weasley rzuciła wyciszające zaklęcia na kuchnię i zaczęła krzyczeć na Rona, że nie tak go wychowała. Uniosła ręce w górę i uderzyła go w głowę. Ron skulił się na krześle i zaczął mamrotać, że to bardziej wina Hermiony a nie jego, ale Molly nie chciała tego słuchać. Krzyknęła jeszcze raz i wymaszerowała na zewnątrz, by nakarmić kurczaki.

Kiedy wrócili z powrotem na Grimmauld Place Ron, bez żadnych wyjaśnień, zatrzasnął Ginny drzwi przed nosem i schował się w swoim pokoju na pierwszym piętrze. Nie skutkowały żadne jej prośby, by razem z nimi zjadł kolację. Nawet Harry’emu nie udało się go przekonać.
Dopiero następnego dnia, kiedy Ginny wyszła na spacer z Jamesem do pobliskiego parku, Ron zszedł do kuchni.
Harry podniósł wzrok znad pergaminu, który trzymał w ręku.
- Wreszcie obudził się nasz śpiący królewicz – mruknął.
- Ale śmieszne – syknął w odpowiedzi Ron, zajmując miejsce naprzeciwko niego. – Gdzie Ginny?
- Poszła na spacer z Jamesem - odparł. – Zgredek zostawił dla ciebie kanapki – wskazał na talerz przed sobą. – A my musimy pogadać.
- O czym?
Harry podał mu pergamin, który wcześniej czytał.
- To przyszło dzisiaj rano – wyjaśnił.
- Co to? – zapytał z pełnymi ustami.
- Wiadomość ode mnie z Biura. Krum i Bułgarzy wycofali wczoraj wieczorem oskarżenie przeciwko tobie i wrócili do domu.
Kanapka wypadła Ronowi z ręki.
- Co?! – wykrzyknął. – Czy to znaczy?... To znaczy...
- Jesteś wolny. Niestety w przyszłym tygodniu będziesz musiał się jednak stawić w ministerstwie, by mimo wszystko wyjaśnić całą sprawę...
Ron poderwał się z miejsca i zaczął skakać, wykrzykując:
- To super! Czyli będę mógł iść sam do Hermiony?
- Nie widzę problemu – stwierdził Harry.
Ron zatrzymał się przy kominku, gdy coś sobie uświadomił.
- Harry... – zaczął niepewnie – czy będę mógł u was zostać? Nie chcę wracać do siebie. Mam zbyt wiele złych wspomnień związanych z tamtym miejscem...
- Oczywiście, że możesz zostać. – Od drzwi rozległ się głos Ginny. – Jak długo będziesz chciał.
Podeszła do stołu, trzymając Jamesa na ramieniu. Oboje byli cali mokrzy, pewnie na zewnątrz była koszmarna pogoda.
- Dzięki, Ginny – Ron odetchnął z wyraźną ulgą, całując ją w policzek. – Obiecuję, że nie będę wam przeszkadzał i postaram się znaleźć jakieś lokum najszybciej jak się da, nawet, jeśli będę musiał zamieszkać w Dziurawym Kotle.
-----
Hermiona odkąd zamieszkała u rodziców przestała chodzić do pracy. Nie chciała spotkać swoich najbliższych przyjaciół, zwłaszcza Harry’ego, na którego mogłaby przez przypadek wpaść, nie chodziła na Pokątną, bo tak naprawdę nie potrzebowała stamtąd żadnych rzeczy, i po prostu odcięła się od czarodziejskiego świata.
Niestety tutaj też nie bardzo miała czym się zająć. W ciągu dnia, jeśli nie siedziała w swoim pokoju, spędzała prawie cały czas w salonie przed telewizorem i skakała z kanału na kanał, nie odnajdując nic ciekawego. Przez cały czas gryzło ją wspomnienie Rona splecionego z obcą kobietą w ich łóżku i przeklinała go, jak mógł to zrobić. Od razu jednak powracało drugie wspomnienie, gdy tej samej nocy ona zrobiła to samo z Wiktorem.
W sobotę rano uświadomiła sobie, że to na dzisiaj zaprosiła Rona. Czy przyjdzie? Czy będzie w ogóle chciał z nią rozmawiać?
Wstała i szybkimi krótkimi machnięciami różdżką posprzątała cały pokój. Gdy zeszła na dół okazało się, że rodzice wyszli do pracy na całodzienny dyżur. Trochę jej ulżyło. Przynajmniej nie będą świadkami ich kłótni, do której była pewna, że dojdzie.
Zamierzała właśnie usiąść na kanapie w salonie i przejrzeć jakąś mugolską gazetę, którą czytała jej matka, gdy usłyszała na zewnątrz suchy trzask. Ten dźwięk mógł znaczyć tylko jedno: ktoś aportował się na pobliskiej ulicy.
Podeszła do okna i odsłoniwszy delikatnie firankę, zobaczyła przed furtką rudowłosego mężczyznę. Serce zaczęło jej szybciej bić, gdy Ron wszedł na podjazd i podszedł pod drzwi.
Wszedł do środka. Hermiona zatrzymała się przy kanapie. Przez jakiś czas stali na wprost siebie, milcząc. W swoich oczach widzieli niepewność, jak na siebie zareagują.
W końcu Hermiona odzyskała panowanie i weszła na górę, a Ron podążył za nią. Pożerał wzrokiem jej kształty, jej każdy ruch, gdy wspinała się po schodach.  Jeden Merlin wie, że z trudem powstrzymywał się, by się na nią nie rzucić.
Gdy znaleźli się wreszcie w jej pokoju Hermiona podeszła pod okno i odwróciła się do niego. Ron zamknął za sobą drzwi i jednocześnie się odezwali:
- Dlaczego to zrobiłeś?
- Dlaczego to zrobiłaś?
Oboje się zmieszali.
- Ty pierwsza – syknął Ron.
Hermiona potrząsnęła głową.
- Ty pierwszy.
- Nie, ty – warknął. – W końcu ty pierwsza poszłaś do łóżka z Krumem.
- On mnie uwiódł! – wykrzyknęła. – Chciałam tylko żeby ktoś mnie przytulił, pocieszył, poczuć czyjś dotyk, bo od ciebie dawno tego nie dostałam i on to wykorzystał.
- I niby ja mam w to uwierzyć? – sarknął. – Od miesięcy się z nim spotykałaś za moimi plecami! Myślisz, że tego nie wiedziałem? A ten artykuł w „Czarownicy” dwa miesięcy temu?
- Ja tego nie chciałam! – Po jej policzkach zaczęły płynąć łzy. – On mnie zmusił... A to, że ty poszedłeś z tą dziwką z Krwawego Kła to było w porządku? Przygoda na jedną noc, co? Ile ich miałeś pod moją nieobecność?
Ron potrząsnął głową. Podszedł do niej i podniósł rękę, by wytrzeć kciukiem jej twarz mokrą od łez.
- Hermiono... – szepnął. Poczuł w gardle twardą gulę. Przełknął z trudem ślinę. – Nikogo poza tamtą nie miałem. Tamtej nocy byłem tak pijany, że nie wiedziałem co robię. Mam wrażenie, że to tamta mnie wykorzystała, a nie ja ją. Od tamtego dnia nie miałem w ustach kropli alkoholu, nawet kremowego nie piłem... Bo kocham tylko ciebie...
Po tym wyznaniu zapadła cisza.
- Czy możemy to jeszcze naprawić? – zapytała po dłuższej chwili Hermiona. – Czy dasz mi jeszcze jedną szansę?
Ron przysunął się do niej jeszcze bardziej i objął ją ramionami. Jego dłonie bezwiednie zaczęły wędrować po jej plecach i twarzy, wsunęły się w burzę jej włosów, a usta znalazły drogę do jej warg.
- Tak bardzo za tobą tęskniłem...
Hermiona przywarła do niego całym ciałem, odpowiadając na pocałunek. Usiadła na parapecie, oplatając go nogami, a on, nie odrywając się od niej, wziął ją na ręce i zaniósł na pobliskie łóżko, gdzie całkowicie poddali się wirowi namiętności, skrywanemu od tak dawna.

3 komentarze:

  1. No wreszcie się pogodzili!

    OdpowiedzUsuń
  2. Hermiona i tak jest su*ą -.-

    OdpowiedzUsuń
  3. Ulżyło mi...Mam nadzieje że już nie będzie po między nimi żadnych kłótni :)

    OdpowiedzUsuń