sobota, 23 czerwca 2012

124. Konfrontacja


Ginny zachwiała się lekko po przeczytaniu listu. Zakręciło się jej w głowie i gdyby nie Harry pewnie osunęłaby się na ziemię razem z Jamesem. Opadła ciężko na pobliski fotel i zaczęła się kołysać, powtarzając w kółko:
- Boże nie... Boże nie...
Harry czytał list po raz kolejny, kręcąc się w tę i z powrotem po całym salonie i klął na wszystkie możliwe sposoby.
- Jak mogłem być takim idiotą! Najpierw obserwował mnie w Dziurawym Kotle podczas tamtej imprezy, napisał list, żeby go nie podejrzewać, potem przyszedł do nas, a teraz to... – przeklął tak, że Ginny poderwała głowę i spojrzała z niesmakiem na niego.
- Harry, przestań! – krzyknęła. – Nie tylko ty się denerwujesz!
- A co mam robić? On jest tu gdzieś w okolicy i pewnie nas obserwuje.
- Jak to jest w okolicy? Przecież jest w Mungu! Sam go przecież tam umieściłeś!
Harry potrząsnął głową.
- Co?! – krzyknęła przerażona. – Nie jest?
- Kilka dni temu dostałem wiadomość od szefa uzdrowicieli, że wyszedł ze szpitala w niewyjaśnionych okolicznościach – wyjaśnił.
- I mówisz o tym dopiero teraz? I to tak spokojnie? On może być wszędzie!
Harry zignorował to i spojrzał ponownie do listu.
- On jest obłąkany! Jeśli uważa, że rozkazując nam, coś uzyska, to grubo się myli! – wykrzyknął.
- Harry... – głos Ginny lekko zadrżał – a co z Teddym? Przecież to dziecko...
- Nic mu nie będzie.
- Nie możesz być tego pewny – szepnęła.
- To mądry dzieciak.
Harry odwrócił się i podszedł do drzwi.
- Idę do wioski – oznajmił. – Jeśli Dean się nie deportował, to może ktoś go tam widział.
Ginny wstała.
- To ja pójdę do lasu – zaproponowała. Poprawiła chustę, zawiązując ją mocniej, by miała wolne ręce, i ułożyła w niej Jamesa, przytulając go do piersi.
- Nie – powiedział stanowczo. – Nie puszczę was samych. On może być nieobliczalny! A jak zobaczy, że jesteś sama...
- Poradzę sobie. W razie czego wystrzelę z różdżki czerwone iskry. A jeśli znajdziemy Teddy’ego...
- To strzelamy zielonymi – wpadł jej w słowo.
Kiwnęła głową.
Przeszli razem przez furtkę. Ginny wyciągnęła rękę i poczuła jak palce Harry’ego, splatają się z jej własnymi i zaciskają się na jej dłoni. Spojrzeli na siebie. W swoich oczach dostrzegli to samo: Teddy był dla nich jak syn.
- Znajdziemy go – szepnął Harry.
Ginny czuła gulę w gardle. Nie była w stanie powiedzieć żadnego słowa. Nadal miała poczucie winy i nie mogła sobie wybaczyć, że mogła do tego dopuścić.
Harry objął ją i pocałował mocno i czule, po czym pochylił się i pocałował Jamesa.
- Uważajcie na siebie – szepnął i odszedł główną drogą wiodącą do pobliskiej wioski.
Ginny patrzyła chwilę za nim, po czym wyciągnęła różdżkę, odwróciła się i ruszyła ścieżką, którą zawsze chodzili na spacery.
Przez korony drzew przebijało się światło słońca, a wokół panowała głęboka cisza, słychać było tylko dźwięk jej kroków szeleszczących na ściółce. Podskoczyła przestraszona, gdy jakiś ptak zaćwierkał głośno nad jej głową i odleciał w swoją stronę. Odetchnęła i rozejrzała się. Miała niejasne wrażenie, że od momentu, gdy rozstała się z Harrym przy furtce, ktoś idzie za nią i bacznie ją obserwuje. Czyżby Dean? Jednak, jeśli rzeczywiście tu był, to nie ujawniał się.
Gdy tak zagłębiała się w las, czuła coraz większy niepokój. Nie było żadnych śladów ani oznak, by ktoś oprócz niej tędy szedł. Harry też nie dawał sygnałów, że coś znalazł.
A jeśli Dean jednak się deportował i gdzieś, niewiadomo gdzie, będzie przetrzymywał Teddy’ego i czekał aż oni się rozwiodą? Jak go odnajdą i co zrobią? Jednego była pewna: Harry ma rację – Dean jest nieobliczalny.
Po pewnym czasie doszła do polanki, na której lubili spędzać mnóstwo czasu. Było pusto. Zatrzymała się, by chwilkę odpocząć, jednocześnie wiedząc, że musi być czujna. James smacznie spał w jej ramionach. Spojrzała na drugą stronę. Była tam kolejna ścieżka. Nigdy tam nie chodzili, ale wiedziała, że można nią dojść do rzeki. Skierowała się tam, rozglądając się na boki.
Na skraju polanki, przed wejściem na ścieżkę, stała stara drewniana szopa. Stanęła zaskoczona. Skąd ona się tu wzięła? Przecież nigdy tu jej nie było. Podeszła bliżej. Wyglądała tak, jakby ktoś sklecił ją z kilku desek w bardzo szybkim tempie.
Za szopą, między drzewami, mignął jakiś cień. Zacisnęła mocniej rękę na różdżce, minęła szopę i weszła w ciemny las. W oddali zobaczyła kolejny ruch. Była pewna, że to musiało być to samo, co wcześniej. Szła powoli i ostrożnie, przygotowana na wszystko. Pomyślała, że jeśli to Dean, to przyszedł czas na konfrontację.
Odwróciła się i przeraził ją widok, który zobaczyła. Szopa od tej strony nie miała jednej ścianki, a w środku, na brudnej ziemi leżało dziecko. Krzyknęła i podbiegła do niego. Teddy miał skrępowane rączki i nóżki i nie ruszał się. Osunęła się przy nim na kolana. Różdżką usunęła więzy i przyciągnęła go do siebie.
- Teddy... – szepnęła. – Słyszysz mnie? Już nic ci nie grozi...
Chłopczyk otworzył oczka i spróbował coś powiedzieć, ale żadne słowo nie opuściło jego ust. Wskazała na niego różdżką i mruknęła: „Finite”.
- Ciocia! – krzyknął i rzucił się na nią. Cały drżał, gdy gładziła go uspokajająco po pleckach.
- Już dobrze, kochanie, ciocia już cię nie zostawi, a zaraz zawołam wujka.
Teddy zacisnął rączki na jej szyi, przyciskając się do niej jeszcze mocniej.
- Ostrożnie, dzidziuś – mruknęła, bo krzyki jej i Teddy’ego sprawiły, że James zaczął płakać.
Wyjęła go z chusty i sprawdziła pieluszkę. Nagle usłyszała za plecami nierówny odgłos klaskania. Poczuła, jak Teddy, który nadal zaciskał rączki na jej szyi, spina się ze strachu, a potem usłyszała dawno niesłyszany głos:
- Brawo, Ginny. Cieszę się, że przyszłaś tu sama. To wiele ułatwi. A teraz bądź tak dobra i zostaw oba bachory Potterowi i chodź ze mną. Potem go powiadomimy, gdzie ma ich szukać.
- Nigdzie się stąd nie ruszę – powiedziała stanowczo.
Odsunęła od siebie rączki Teddy’ego, szepcząc „popilnuj dzidziusia”, obok niego ułożyła Jamesa i wstała.
- Czego chcesz, Dean? – zapytała, odwracając się do niego.
- Dobrze cię widzieć, kochanie – powiedział.
Stał oparty o boczną ściankę i uśmiechał się.
- Nie jestem twoim kochaniem – warknęła. – Czego chcesz? – powtórzyła.
- Nie czytałaś moich listów? Kocham cię i chcę byś była moja.
- Ale ja ciebie nie kocham. Myślałam, że to zrozumiałeś, gdy się rozstawaliśmy... To nigdy by nam nie wyszło, bo od lat kocham Harry’ego...
Zauważyła, że skrzywił się po tych słowach.
-  Jesteś z nim szczęśliwa? Bo ni cholery na to nie wygląda.
- Oczywiście, że jestem. – Odwróciła się na chwilę i wzięła płaczącego Jamesa na ręce, by go uspokoić. Teddy siedział skulony w kąciku i trząsł się ze strachu. – A on jest owocem naszej miłości i szczęścia.
Dean poruszył się i zrobił kilka kroków w jej stronę.  Ginny wyciągnęła rękę w obronnym geście.
- Nie zbliżaj się do mnie! – krzyknęła.
- Odłóż tego dzieciaka – powiedział. W jego głosie czuć było nutę groźby. – Dla własnego dobra, połóż go z powrotem.
- Muszę go nakarmić, wtedy się uspokoi...
- Nie prowokuj mnie, bym coś mu zrobił. I nie chcę na niego patrzeć, bo to syn Pottera, a nie nasz – syknął.
Położyła z powrotem Jamesa przy nóżkach Teddy’ego i odwróciła się. Rozłożyła szeroko ramiona, starając się jedną ręką ochronić znajdujące się za nią dzieci, a drugą wycelowała w niego, trzymając w dłoni różdżkę.
- Dean, co się z tobą stało? – zapytała cicho.
Nie odpowiedział. Był teraz bardzo blisko. Machnął ręką, jakby od niechcenia, i jej własna różdżka wyrwała się jej z ręki i odleciała w ciemny kąt szopy. Chwilę potem Dean chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie.
- Puszczaj! – krzyknęła.
Próbowała mu się wyrwać, ale on zacieśnił chwyt i pociągnął za sobą.
- Będziesz moja... – syknął jej do ucha i wyprowadził ją na zewnątrz.
Teddy zaczął krzyczeć, a James nie przestawał płakać.
------
Harry zatrzymał się w pół kroku i odwrócił się. Ginny już nie było widać, bo droga, po której szła, skręciła w bok, zanurzając się w ciemny las.
Gdy przechodzili przez furtkę był pewny, że Dean stoi gdzieś niedaleko i wszystko obserwuje. Chciał go sprowokować do jakiegoś ruchu, dlatego wykorzystał niewinny pocałunek z Ginny. Nic jednak się nie wydarzyło. A jeśli on tylko czeka na moment, gdy będzie sama? Nie mógł mu na to pozwolić. Miał tylko nadzieję, że Ginny, gdy się o tym dowie, nie będzie miała mu tego za złe i nie powie, że zrobił to na pokaz. Zresztą on naprawdę chciał wesprzeć ją na duchu.
Wtedy uświadomił sobie, że wypuszczając w niebo jakiekolwiek iskry, żadne z nich ich nie zobaczy, bo będą daleko od siebie, a drzewa są zbyt wysokie. Zawrócił i pobiegł za nią. Po drodze wyciągnął spod szaty pelerynę-niewidkę i nałożył ją na siebie. Tak dotarł na polankę.
W pierwszej chwili pomyślał, że nikogo tu nie ma. Przeciął polanę i już miał wejść na ścieżkę prowadzącą nad rzekę, gdy usłyszał głosy. Obejrzał się.
Stał na wprost wejścia do byle jak skleconej szopy. Dean stał na środku, tyłem do niego, a Ginny stała przodem i z rozpostartymi ramionami ochraniała znajdujące się za nią dzieci. Teddy kulił się pod ścianą, a James leżał obok niego i rozdzierająco płakał.
Wycofał się pod boczną ściankę, gotowy na wszystko, i czekał.
Chwilę potem rozległ się jakiś stuk, następnie usłyszał szarpaninę i krzyk Ginny: „Puszczaj!”, a zaraz potem, w przeraźliwym wrzasku Teddy’ego, Dean wyciągnął ją na zewnątrz. Ginny kopała, drapała i mocowała się z mężczyzną, jednak ten był mocniejszy, szarpnął ją mocniej i pociągnął za sobą.
Harry nie wytrzymał. Nikt nie będzie tak traktował jego żony. Ściągnął z siebie pelerynę i wrzasnął:
- Puść ją, Thomas!
Dean zatrzymał się i odwrócił wraz z Ginny.
- No, no, no – zacmokał. – Szanowny małżonek przyłączył się do naszej zabawy. To raczej ty rzuć różdżkę, Potter, bo jeszcze coś jej się stanie – mruknął, przyciskając różdżkę do odsłoniętej szyi Ginny.
- Lepiej to zrób, Potter, jeśli chcesz jeszcze mieć ją żywą. – Harry zamarł, gdy usłyszał za sobą nowy, zachrypnięty głos. Upuścił różdżkę.
- To niesprawiedliwe! – krzyknęła Ginny, natychmiast jednak zamilkła, bo Thomas wbił mocniej różdżkę w jej szyję.
- Nic nie jest sprawiedliwe, skarbie.
- Thomas, pośpiesz się – mężczyzna za Harrym zwrócił się do Deana – bo zaraz mogą tu się pojawić jego koledzy.
- Nie znasz Pottera? – prychnął Dean, nie zważając, że Harry wciąż tu jest – on zawsze sam wszystko chce zrobić...
Nagle zza niego błysnęło jasne światło, które sprawiło, że osunął się na ziemię, uwalniając Ginny.
Harry, nie zastanawiając się, co się stało i wykorzystując nieuwagę tego, który go trzymał, uderzył go łokciem w brzuch, odwrócił się, chwytając napastnika za przegub i wykręcił mu rękę z różdżką do góry, aż w powietrze strzeliły kolorowe iskry. Chwilę szamotali się ze sobą.  W ułamku sekundy Harry schylił się po swoją różdżkę i wrzasnął:
- Expelliarmus!
Różdżka tamtego odleciała w bok i zniknęła w gęstej trawie. Mężczyzna zgięty w pół rzucił się do przodu, uchylając się przed zaklęciem oszałamiającym, które świsnęło tuż nad jego głową. Dopadł Deana Thomasa, złapał go za szatę i krzyknął do Harry’ego:
- To jeszcze nie koniec, Potter! To dopiero początek!
Po czym obaj zniknęli.
Tymczasem Ginny zaskoczona tym nagłym uwolnieniem, spojrzała do tyłu. Kilka metrów za nią stał Teddy z czerwonymi włoskami, trzymając oburącz jej różdżkę. Był przestraszony, a z oczek i po policzkach ciekły ogromne krople łez. Gdy zobaczył, że Ginny na niego patrzy, upuścił różdżkę i opuścił główkę, jakby czekał aż ciocia zbeszta go za to, co zrobił. Wiedział bowiem, że nie wolno mu się posługiwać różdżką dopóki nie pójdzie do Hogwartu.
Ginny podbiegła do niego i uklękła przy nim, chwytając go w objęcia.
- Nasz mały obrońca! – zawołała z czułością.
Chwyciła różdżkę, odchyliła się do tyłu i krzyknęła:
- Drętwota!
Zaklęcie minęło jednak cel, ale była pewna, że Harry sobie poradzi. Odwróciła się z powrotem do Teddy’ego, który wciąż się trząsł i płakał ze strachu. Z szopy nieustająco dobiegał rozdzierający płacz dziecka.
- Chodźmy do Jamesa – powiedziała Teddy’emu – bo maluszek się boi.
Wstała, wzięła go za rączkę i razem weszli do środka.

Harry wszedł do szopy kilka minut później i zastał Ginny siedzącą po turecku na podłodze, kołyszącą i karmiącą Jamesa i obejmującą przytulonego do jej boku Teddy’ego. Cicho szeptała uspokajające słowa. Na dźwięk jego kroków podnieśli głowy i odetchnęli z ulgą, uśmiechając się. Podszedł do nich i uklęknął obok.
- Chyba czas do domu – mruknął.
Rozłożył szeroko ręce, by objąć ich wszystkich i teleportował się pod furtkę w Dolinie Godryka.
Weszli na podjazd. Harry chwycił Teddy’ego za rączkę i objął Ginny ramieniem. Od ganku biegli ku nim przyjaciele: Hermiona i Ron. Na tarasie siedziały pani Tonks i pani Weasley. Molly trzymała się za serce.
- Co wy wszyscy tu robicie? – zapytał Harry, gdy się zrównali.
- To raczej wy się wytłumaczcie – syknął Ron. - Czekamy na was od kilku godzin!
- Zgredek powiedział coś o porwaniu panicza... – wtrąciła Hermiona. – Porwali Jamesa?
Harry potrząsnął głową, a Ginny zacieśniła mocniej ręce na tobołku w jej ramionach.
- Wejdźmy do domu – zaproponował Harry. – Przebierzemy się, Ginny skończy karmić małego, a ja spróbuję wam to wszystko wyjaśnić.
Nikt nie zwracał uwagi na Teddy’ego, który gdy tylko zobaczył babcię, uwolnił rękę z uścisku Harry’ego i wbiegł do środka.
Potterowie znaleźli go w pokoju, który zajmował przez ostatni tydzień. Leżał na łóżku zwinięty w kłębek i chlipał w poduszkę, co chwilę pociągając noskiem. Jego włoski nie były już czerwone tylko brązowe. Harry usiadł obok niego i pogłaskał go po pleckach.
- Teddy? Wszystko w porządku? – zapytał.
Chłopiec pokręcił główką.
- Spójrz na mnie – poprosił Harry. Podniósł Teddy’ego i posadził na swoich kolanach. – Ciocia powiedziała mi, co zrobiłeś. To wymagało naprawdę dużo odwagi i jestem z ciebie bardzo dumny.
- A-ale... – Teddy załkał, wtulając się w niego – p-przecież nie mogę używać ró-różdżki dopóki nie będę staa-rszy... – Ponownie pociągnął noskiem.
- To była wyjątkowa sytuacja – powiedział Harry. – Bałeś się i chciałeś nam pomóc. W takich chwilach dzieci mogą użyć magii i czyjejś różdżki. – wyjaśnił.
- Naprawdę?
- Naprawdę.
- I nie jesteście źli?
- A wyglądamy na takich? – spytała Ginny z uśmiechem, stojąc w progu.
Teddy obrócił się i spojrzał na nią, a potem z powrotem na Harry’ego i pokręcił główką, jednak od razu wyprostował się, przypominając sobie, że na dole czeka babcia.
- A babcia?
- Może być zła na nas, ale nigdy na ciebie.
- Ale ja nie chcę wracać do babci – jęknął. – Chcę zostać z wami!
Ginny podeszła do nich bliżej i ukucnęła przed Teddym.
- Wiesz, że zawsze możesz do nas przychodzić – powiedziała. – A u babci jest twój prawdziwy dom i wszystkie zabawki, o których zapomniałeś.
- No i babcia na pewno się za tobą stęskniła – dodał Harry. – A teraz czeka, byś do niej zszedł i się przywitał.
- No doobrze – jęknął.
Zsunął się z kolan wujka i już miał wybiec z pokoju, by pobiec do babci, gdy uświadomił sobie, że ciocia nie trzyma na rękach Jamesa. Odwrócił się do Ginny i zapytał:
- Ciocia, a gdzie dzidziuś?
- Na dole, pod opieką babci Molly i cioci Hermiony – odparła. – Biegnij do salonu, a my z wujkiem zaraz do was dołączymy.
Teddy kiwnął główką i wybiegł. Ginny wstała i spojrzała na Harry’ego.
- Co zamierzasz im powiedzieć?
- Na pewno nie wszystko. Najgorsze jest to, że Dean nie działa sam.
- Mówisz o tym drugim, który zaatakował ciebie?
Harry skinął głową.
- Właśnie. Możliwe, że to on, albo ktoś inny z jego otoczenia, pomógł Thomasowi uciec ze szpitala.
Ginny zbladła.
- Chyba nie myślisz o tym, o czym ja myślę? – szepnęła. – Harry, on w szkole był Gryfonem! Mieszkał razem z tobą w dormitorium!
- I co z tego? – krzyknął i wstał. Podszedł do najbliższej ściany i oparł się o nią plecami. – To nie pierwszy Gryfon, który przeszedł na stronę śmierciożerców. Chyba pamiętasz, że z moim ojcem też mieszkał taki jeden szczur – syknął i splunął – który w końcu go zdradził.
- Harry! – krzyknęła, jakby sobie coś uświadomiła – przecież Dean pochodzi z rodziny mugolskiej! Dla śmierciożerców to zwykły mugolak i szlama! Najchętniej by go zabili, a nie brali pod swoje skrzydła!
- I w tym cały problem. Ostatnio śmierciożercy nie działają tak jak kiedyś. Wszystko wskazuje jednak na to, że Thomas jest po ich stronie, albo pod wpływem jakichś zaklęć. Może nawet Imperiusa. A jego obsesja na twoim punkcie jest dodatkowym sposobem dostania się do nas.
- I co możemy zrobić?
- Myślałem o wyprowadzce z tego domu.
Ginny zamarła.
- Co? Gdzie?
- Na Grimmauld Place – powiedział, starając się mówić spokojnie.
- Ale przecież tu jest twój dom, tu się urodziłeś, tu się urodził nasz syn... – próbowała oponować.
Harry podszedł do niej i wziął ją w ramiona.
- Wiem, ale tam też może być nasz dom.
- Kiedy mielibyśmy to zrobić? – zapytała. – Wiesz przecież, że od lat nikt tam nie sprzątał. Nie zabiorę do tego syfu małego dziecka!
- Powiedziałbym, że powinniśmy się tam przenieść najszybciej, jak to będzie możliwe, i dlatego jutro zamierzam wysłać tam Stworka, by zaczął przygotowania.
-  I myślisz, że ten stary skrzat wszystko zrobi?
-  Będę go kontrolował każdego dnia po pracy...
Nagle z dołu usłyszeli krzyk Molly:
-  Ginny, kochanie, jak będziesz szła, to nie zapomnij wziąć pieluchy dla Jamesa i jakieś nowe śpioszki, bo te ma kompletnie brudne.
Całkowicie zapomnieli, że na dole siedzi część ich rodziny i czeka na wyjaśnienia. Ginny przewróciła oczami.
- Jakby nie mogła sama ich przywołać – mruknęła do Harry’ego, po czym odwróciła głowę i krzyknęła: – dobrze, mamo! Już schodzimy!
Chciała odejść, ale Harry chwycił ją za ramię i przyciągnął z powrotem do siebie.
- Zastanów się nad tym, co powiedziałem – poprosił. – A wieczorem, jak już zostaniemy sami, to jeszcze o tym porozmawiamy.
- W porządku – mruknęła.
Przechodząc korytarzem, przywołała z sypialni ciuszki Jamesa i zeszła na dół. Harry podążył za nią.
Na kanapie w salonie siedział Ron i przeglądał „Proroka”, Hermiona bawiła się z Teddym na podłodze przed kominkiem, pani Weasley siedziała w fotelu i uspokajała wnuka, by przestał płakać, a pani Tonks prowadziła przed sobą różdżką tacę z herbatą i ciasteczkami, którą postawiła na stoliku, i usiadła na kanapie obok Rona.
Na widok Potterów schodzących ze schodów, Ron poderwał głowę i zawołał:
- No wreszcie! Wyjaśnicie nam w końcu, co się stało?
Zwinął gazetę i odłożył ją na bok.
- Za chwilę – odparł Harry.
Ginny podeszła do matki. Wzięła Jamesa na ręce i wyszła do kuchni, by tam w spokoju zmienić mu pieluchę i przebrać go w czyste śpioszki. Kiedy wróciła, Harry siedział na krześle na wprost niej i odpowiadał na pytania. Na chwilę ich oczy się spotkały i Harry uśmiechnął się na ich widok.
Fotel, który wcześniej zajmowała Molly, stał pusty, bo mama przeniosła się na kanapę obok Andromedy, która tuliła do siebie Teddy’ego. Ginny usiadła w nim po turecku, kładąc sobie na kolanach Jamesa i zaczęła go karmić.
Nie słuchała tego, co mówił Harry, bardziej skupiała się na tym, co powiedział na górze, zanim tu zeszli. Zresztą, tak mu obiecała. Nie chciała się stąd wyprowadzać. Kochała ten domek, pewnie tak samo, jak on. Przypomniała sobie, co mówił kilka dni temu, że tutejsze zabezpieczenia nie dają pewności i śmierciożercy znają ten adres. Pewnie rozważał to już od tamtego czasu, a porwanie Teddy’ego przeważyło szalę i dziś podjął ostateczną decyzję o przeprowadzce do dawnego domu Syriusza. Ona musi tylko powiedzieć „tak, kochanie” i iść za nim.
- Tylko dlaczego zabrał Teddy’ego? – usłyszała pytanie Rona.
Poruszyła się niespokojnie, ułożyła Jamesa na ramieniu i spojrzała na Harry’ego.
- Chciał wyciągnąć Ginny z domu, bo mimo wszystko tutaj jest mnóstwo zabezpieczeń.
- Czyli to był Dean, tak? – dopytywała się Hermiona, nadal siedząc na podłodze. Obok niej piętrzyła się wieża z klocków. – Czemu się na was uwziął?
Harry zerknął na Ginny. Nie bardzo chciał mówić o ostatnich żądaniach Deana.
- Mam pewne podejrzenia, że śmierciożercy maczali w tym palce – mruknął. – Bo na końcu pojawił się jeden z nich i zaatakował mnie. – Wszyscy zebrani wciągnęli powietrze. – I gdyby nie Teddy, pewnie źle by się to dla nas skończyło.
Andromeda przytuliła mocniej do siebie Teddy’ego, aż mały jęknął niezadowolony. Zapanowała cisza. Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, a cienie wydłużać. Teddy skulił się na kolanach babci i zasnął.
Wkrótce wszyscy zaczęli się zbierać. Ron i Hermiona pożegnali się z Potterami i opuścili dom. Ginny zauważyła po ich minach, że Harry ich nie przekonał, a żegnając się z Hermioną odniosła wrażenie, że bratowa niedługo się pojawi, by dowiedzieć się więcej.
- Pewnie jesteście zmęczeni – zwróciła się Molly do Ginny i Harry’ego, wstając. – Tyle mieliście wrażeń...
- Bardziej Teddy – mruknął Harry, zerkając na śpiącego chłopca.
- Ale przyda wam się trochę odpoczynku – powiedziała pani Tonks. – My też już pójdziemy. Dziękuję wam za wszystko. Jutro zgłoszę się po jego rzeczy.
- Ależ proszę zostać – zaprotestował Harry. – Zorganizuję pani pokój...
- Tydzień z tym brzdącem każdego by zmęczyło, a jeszcze ten dzisiejszy dzień... – Andromeda pokręciła głową. – Jeszcze raz wam dziękuję.
Wzięła Teddy’ego na ręce i deportowała się za ogrodzeniem. Harry wziął Jamesa od Ginny i wyszli na ganek. Ginny uściskała mamę na pożegnanie.
- Ucałuj tatę – szepnęła. – A w przyszłym tygodniu może wpadniecie razem, co? Myślałam o takim małym przyjęciu z okazji narodzin Jamesa... Może w sobotę? – zaproponowała.
- Dobrze, przekażę ojcu wasze zaproszenie – powiedziała Molly. – I uważajcie na mojego wnuka – zastrzegła i pocałowała Jamesa w czółko.

5 komentarzy:

  1. dzielny, mądry Teddy...

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochany Teddy ...

    OdpowiedzUsuń
  3. Mój bohater Teddy :3 Tak samo waleczny jak Remus i Dora...Chciałabym takiego syna...:*
    Wszystko jest pięknie opisane ! Jak zawsze ;)
    Piszesz jak urodzona pisarka i nie mogę się oderwać od czytania !

    OdpowiedzUsuń
  4. Mój mały Teddy... dzielny jak Remus i Tonks:*:*:*

    OdpowiedzUsuń
  5. Teddy to cały Reamus i Dora .
    Wkońcu w jego żyłach płynie krew Lupinów i Tonksów.

    OdpowiedzUsuń