piątek, 22 czerwca 2012

114. Kłótnie


Harry opadł na kanapę, nie wypuszczając z uścisku dłoni Ginny, która usiadła obok niego. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Nic jej się nie stało, była cała i zdrowa. Dziecku chyba też, bo wspomniała o nim przed chwilą. Ucisk w klatce piersiowej nieco zelżał, choć zdenerwowanie nie przeszło.
- Naprawdę wszystko jest w porządku – szepnęła mu do ucha. – Nie masz czym się denerwować.
Oparła się o jego bok, unosząc mu ramię i kładąc je tak, że lekko ją objął. Hermiona wcisnęła mu do drugiej ręki kubek z parującym napojem, a Ron dolał do niego trochę Ognistej Whisky. Dopiero po kilku chwilach, kiedy wypił połowę tej herbaty, odzyskał zdolność mówienia. Oderwał wzrok od Ginny i spojrzał na swoich przyjaciół. Hermiona siedziała w fotelu obok z opuszczoną głową i splatała palce ze zdenerwowania, a Ron stał przy kominku. W ręku ściskał szklankę z Ognistą, którą wlał sobie tuż po tym jak nalał Harry’emu, i wpatrywał się w obie kobiety.
- To może mi ktoś wreszcie wyjaśni, co się stało? – zapytał Harry.
- Ja też z chęcią bym się dowiedział – dodał Ron rozdrażnionym tonem.
Harry zerknął na niego. Widać dziewczyny ukrywały to także przed nim.
- To nie był żaden śmierciożerca – powiedziała cicho Ginny, wskazując na gazetę, teraz leżącą na stoliku przed nimi.
- Tego zacząłem się domyślać – powiedział szorstko Harry. – W takim razie, kto to był?
- Jestem ci winna przeprosiny, Harry – szepnęła Hermiona w stronę swoich kolan. – Tobie też, Ron. – Zerknęła na niego. – Ginny ma rację. To nie był żaden śmierciożerca, tylko ja. Nie spodziewałam się, że to tak zostanie odebrane.
Ginny z trudem powstrzymała Harry’ego, który chciał się poderwać i rzucić na Hermionę. Chwyciła go z tyłu za szatę i pociągnęła do siebie, a on opadł z powrotem na miejsce. Ron zaczął kasłać, gdy zachłysnął się wypitym napojem.
- Hermiono! – krzyknął oburzony Harry. – Po tym, co się wydarzyło wczoraj, robisz taką akcję?! Wszyscy obawiają się kolejnego ataku, wielu wiąże pojawienie się Mrocznego Znaku ze śmierciożercami, nawet Skeeter uważa, że może znowu chodzić o nas, a ty, tak po prostu, wychodzisz na Pokątną w czarnym płaszczu z kapturem i łapiesz Ginny? Nic dziwnego, że tak zareagowali! Powinnaś cieszyć się, że nie zawiadomili Biura!
- Zawiadomili – mruknęła Ginny spod jego ramienia. – Chciałam znaleźć ciebie, żebyś wiedział, że nic mi nie jest, i Mark powiedział, że wysłali cię do Azkabanu, a on właśnie wybiera się tutaj. Wytłumaczyłam mu, co się stało i że to pewnie chodzi o mnie...
- A rodzice wiedzą? – przerwał jej Ron.
- Mamę powiadomiłyśmy na samym początku – wyjaśniła Hermiona. – A tata...
- Dowiedział się od aurorów – skończyła za nią Ginny.
Nagle Hermiona poderwała się z miejsca.
- Przecież ty jesteś głodny, Harry! Czemu nic nie mówisz? Zaraz ci coś przyniosę.
- Dla mnie też! – Ginny podniosła rękę. – Dla mnie też!
Hermiona z uśmiechem wybiegła do kuchni. Ron ruszył za nią.
Harry rozsiadł się wygodniej i założył ręce za głowę. Zamknął oczy. Nie spodziewał się takiego zachowania po Hermionie. Zawsze uważał ją za ostoję rozumu i wiedzy, a dzisiaj zachowała się niczym niedoświadczone dziecko. Zrozumiałby, gdyby to zrobiła Luna. Ale Hermiona?
Poczuł obok siebie jakiś ruch. To Ginny ułożyła się wygodniej.
- Nadal jesteś zły na Hermionę? – usłyszał jej szept.
Otworzył oczy.
- Raczej zaskoczony tym, co zrobiła. A z tobą... wami wszystko w porządku?
Położył dłoń na jej brzuchu.
- Wiedziałbyś od razu, gdyby nie było – mruknęła. – Hermiona zwijała się z bólu, wtedy... no wiesz... – urwała, gdy z pokoju za nimi usłyszeli kłótnię.
- Jak mogłaś jej to zrobić? – zapytał głośno Ron.
- Ty też byś zareagował, gdybyś zobaczył Ginny otoczoną przez te sępy – warknęła Hermiona w odpowiedzi.
- A gdyby przez to straciła...
- Nie porównuj tej sytuacji do naszej! – krzyknęła Hermiona. – I co ty możesz o tym wiedzieć!
- Nie mogę ich słuchać – mruknęła Ginny, wstając. – Możemy wracać? W domu sama coś ci zrobię do jedzenia, bo tu raczej się nie doczekamy.
Harry spojrzał na nią. Stała nad nim z wyciągniętą ręką. Wstał i objął ją, kierując się do wyjścia. Zatrzymali się zszokowani, gdy usłyszeli stłumiony odgłos uderzenia o blat.
- Ja nic nie wiem?! – ryknął nagle Ron. – A kto przez kilka tygodni ukrywał przed wszystkimi twoją depresję? Siedziałaś w pokoju, a ja musiałem wszystko tłumaczyć! A teraz Ginny przez ciebie może przeżyć to samo, co ty! Chcę być chociaż wujkiem skoro nie mogę być ojcem!
Rozległ się donośny plask i Hermiona wybiegła z pokoju. Zapłakana przebiegła przez salon, nie zwracając na nich uwagi, i zamknęła się w łazience. Ginny spojrzała na Harry’ego. Zrozumieli się bez słów. Kiwnęła głową i ruszyła do łazienki, a on poszedł do pokoju, w którym został Ron.
Zapukała niepewnie do drzwi.
- Zostaw mnie! – usłyszała zapłakany głos przyjaciółki.
- Hermiono, to ja. Proszę, otwórz.
Ze środka rozległo się wydmuchiwanie nosa. Chwilę potem drzwi otworzyły się i pojawiła się Hermiona. Oczy miała czerwone a twarz opuchniętą od płaczu.
- Och, Ginny... – Rzuciła się jej na szyję. – Przepraszam, że musieliście być tego świadkami... A gdzie Harry? – spytała, rozglądając się ponad jej ramieniem.
- Poszedł przemówić do rozumu mojemu braciszkowi – mruknęła kwaśno. – Co się dzieje między wami?
Hermiona wyjrzała do salonu, po czym wróciła do środka i zamknęła drzwi. Zrobiła kilka ruchów różdżką i Ginny uświadomiła sobie, że kobieta rzuciła kilka zaklęć przed ich mężami – Colloportus i Muffliato, by nie usłyszeli ich rozmowy. Usiadły na podłodze, opierając się plecami o wannę. Ginny wyczarowała poduszkę, którą podłożyła pod siebie, i usiadła na niej. Hermiona położyła głowę na ramieniu Ginny i czułym gestem pogładziła ją po brzuchu.
- Widzę, że nie mieścisz się już w spodnie – zagadnęła.
- Od kilku dni. Maluszek się rozwija – mruknęła w odpowiedzi z lekkim uśmiechem. – Ale miałyśmy rozmawiać o was, a nie o mnie.
- Taak... Ale to wszystko wiąże się z tobą, Harrym i waszym dzieckiem... – Hermiona schowała twarz w chusteczce i ponownie się rozpłakała.
- Jak to?
- Bo widzisz... – zaczęła Hermiona, gdy się uspokoiła – zazdrościmy wam tego szczęścia. A Ron... – westchnęła – nie może się w takich chwilach opamiętać. Pamiętasz święta? Kiedy Harry powiedział o tym całej rodzinie?
Ginny kiwnęła głową. Oczywiście, że pamiętała, a także ich późniejszą rozmowę, gdy to ona pytała się Hermiony, czy nie jest zła, bo w końcu to ona pierwsza będzie miała dziecko. Skrzywiła się na tę myśl. Na Merlina! Przecież w tym wszystkim nie chodzi o jakąś głupią rywalizację między nimi! Uderzyły ją jednak następne słowa wypowiedziane cicho przez przyjaciółkę:
- Ron był wściekły, bo Harry znowu okazał się w czymś lepszy od niego.
- Co?! – Podskoczyła zaskoczona, a jej krzyk odbił się echem od ścian.
- Od lat próbowałam go przekonywać, że nie powinien. Że Harry’emu zależy tylko na rodzinie i miłości, którą otrzymał od was... Ale to do niego nie docierało... Po każdym twoim porwaniu wściekał się na Harry’ego, że to jego wina... Nie widząc przy tym jak Harry cierpi, gdy nie ma cię koło siebie... Pamiętam, jak kilka lat temu... – urwała, zastanawiając się zapewne, czy powinna jej o tym mówić, ale w końcu zdecydowała się dokończyć – Ron nie wytrzymał. Powiedział Harry’emu wiele przykrych słów, rzucał w niego zaklęciami... Z trudem powstrzymałam go przed czymś gorszym... Harry zniósł to ze spokojem, twierdząc, że na to zasłużył... – Hermiona ponownie urwała, gdy zobaczyła jej bladą twarz. – Wszystko w porządku? – zapytała. – Przepraszam... może nie powinnam...
- Nie, Hermiono...
Ginny przypomniała sobie, jak Harry mówił jej w Hogsmeade o reakcji Rona po jego powrocie, ale wtedy nie bardzo się tym przejęła, choć powinna. Zaczynało do niej docierać, co się działo z jej bratem przez wiele lat. Najwięksi przyjaciele, a jednak dla Rona to zawsze była rywalizacja... Czy Harry o tym wiedział? Potrząsnęła głową.
- To było cztery lata temu, prawda? – spytała.
- Tak, na twoim ostatnim roku w Hogwarcie, gdy Harry wrócił z Egiptu, a ty zostałaś porwana po raz kolejny...
Zapanowała cisza.
- Ale co to ma wspólnego z dzisiejszą waszą kłótnią?... – odezwała się po dłuższej chwili Ginny.
- Podczas świąt powiedziałam ci, że staramy się z Ronem o dziecko... – zaczęła Hermiona.
- No taak... – powiedziała ostrożnie.
- No i nie możemy... I Ron nie może się z tym pogodzić...
Ginny wyciągnęła rękę i mocno objęła Hermionę. Przypomniała sobie sen sprzed lat, w którym widziała ich wspólną przyszłość.
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz... Teraz potrzebujecie tylko dużo cierpliwości i wzajemnego zrozumienia... A za kilka lat nasze dzieci będą się razem bawić w naszym ogródku albo w Norze, a my będziemy je obserwować, siedząc na ganku...
Hermiona roześmiała się, gdy wyobraziła sobie ten widok. Z całego serca miała nadzieję, że ta przepowiednia Ginny kiedyś rzeczywiście się sprawdzi.

Tymczasem Harry stał na środku pokoju i patrzył na mężczyznę przed sobą. Ron siedział zgarbiony na łóżku z twarzą schowaną w dłoniach i tylko czerwone uszy zdradzały, że nadal jest wściekły. Szklanka, którą trzymał wcześniej w ręku, stała na stoliczku obok. Była prawie pusta. Harry wyciągnął różdżkę, mruknął: „Evanesco” i szklanka zniknęła.
- Co się z tobą dzieje, stary? – zapytał, gdy Ron podniósł głowę. Na lewym policzku nadal miał ślad po uderzeniu Hermiony. – Topisz swoje problemy w Ognistej? To nie jest rozwiązanie! Alkohol pomaga na krótko, a potem problemy, które są stłumione wracają ze zdwojoną siłą. Myślisz w takich chwilach o Hermionie? Bo coś mi się wydaje, że nie.
- Co ty możesz o tym wiedzieć?
- To dlaczego ona płacze? – Harry wyciągnął rękę, wskazując na salon. – Winisz Hermionę za swoje niepowodzenia?
Ron poderwał się z miejsca, celując różdżką w Harry’ego.
- Nie waż się mi mówić, kogo mam winić a kogo nie! – warknął. – Ty masz wszystko! Dom, moją siostrę za żonę, za kilka miesięcy pojawi się u was dziecko! A ja? Nic!
- Nie przesadzasz? A Hermiona? Poza tym masz spokój, którego nam brakuje...
- Spokój? – prychnął Ron.
- Tak, spokój, choć dzisiaj tego nie widać. – Harry podszedł do okna i wyglądając na ciemną ulicę, powiedział cicho: – nie musisz obawiać się o życie swoich najbliższych, bo pojawił się jakiś szaleniec z całą gromadą swoich zwolenników gotowych was pozabijać, nie musisz stanąć naprzeciwko niego, sam, bez nikogo i czekać na śmierć... – Przełknął z trudem ślinę. – Nie boisz się wyjść na ulicę, by za rogiem nie wpaść na kryjących się dziennikarzy... – Odwrócił się z powrotem do Rona, który stał z opuszczoną ręką, choć różdżka nadal tkwiła w jego dłoni. – Wiesz ile bym dał za jeden taki dzień bez Skeeter i White’a depczących nam po piętach? Bez śmierciożerców? Jeden dzień pełen spokoju dla całej naszej rodziny? Nie... – pokręcił głową – nikt tego nie wie...
Opuścił głowę.
- A to, że widziałem, jak jedna maniaczka torturuje Hermionę? – warknął Ron. – Czyżbyś już o tym zapomniał?
- Nie... – westchnął. – Prawie codziennie śnią mi się koszmary, które nie dają mi zapomnieć o tym, co wszyscy przeszliśmy... Ginny też je ma... Choć stara się je ukryć przede mną...
- I co z tego? – syknął Ron. – To było już dawno...
- Ron, czy ty naprawdę jesteś tak tępy czy tylko udajesz? – krzyknął Harry. – Próbuję ci uzmysłowić, jakie jest życie moje i Ginny, i ty się pytasz: „Co z tego?” Wiesz co? Chyba nie mamy o czym rozmawiać.
Zrobił kilka kroków w stronę wyjścia.
- Harry, zrobiło się późno, wracamy do domu? Chciałabym się położyć... – Do pokoju weszła Ginny. – A co tu się dzieje? – zapytała, gdy dostrzegła różdżkę w ręku Rona.
- Nic – warknął jej brat. – I masz rację, Harry. Nie mamy.
Odwrócił się od nich. Ginny spojrzała na Harry’ego, ale on pokręcił głową. Przeszła obok niego i stanęła za plecami Rona. Klepnęła go w ramię.
- Ron, jesteś moim bratem, ale czasami mam ochotę ci przywalić.
Ron odwrócił się do niej.
- Za co?
- Za to, że jesteś takim palantem.
- Ginny, zostaw... – Harry wziął ją pod ramię i pociągnął do wyjścia. – Mieliśmy już iść...
- Nie, Harry. Mam mu coś jeszcze do powiedzenia – syknęła i odwróciła się z powrotem do Rona. – Wiesz, wiele razy zastanawiałam się, jak to się stało, że ty i Hermiona jesteście razem. Zawsze słyszałam tylko sprzeczki, potem kłótnie, i w takich chwilach myślałam, że, no cóż, może rzeczywiście przeciwieństwa się przyciągają... a wy naprawdę się kochacie... Nawet nie wiesz, jak się cieszyłam, gdy Hermiona została twoją żoną... – westchnęła. – Po kilku latach niestety doszło do tragedii, Hermiona poroniła. Podziwiałam cię, gdy się nią zaopiekowałeś. Każda kobieta po stracie dziecka potrzebuje wsparcia. Wiesz, że jej nadal tego potrzeba? Dopóki nie urodzi i nie przytuli do siebie dziecka, cały czas będzie się czuła niepełna... niespełniona jako matka... – przymknęła na chwilę oczy – ale ty tego nie widzisz... bo jesteś największym egoistą, jakiego widziały moje oczy. A ja nadal nie rozumiem, dlaczego Hermiona cię kocha...
Odwróciła się, wzięła Harry’ego pod ramię, który stał oniemiały, i wyszła. Po drodze uściskała jeszcze Hermionę, szeptem zapraszając ją do Doliny, gdy tylko będzie tego potrzebowała i przywołała płaszcze, by wyjść.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Wszyscy zamarli zaskoczeni. Hermiona zbladła, a Ron i Harry jednocześnie wyciągnęli różdżki, celując je w drzwi. Ginny stanęła za Harrym.
- Kto tam? – zawołał Ron.
- Mark Newton z Biura Aurorów – odezwał się stanowczy głos. – Szukam Harry’ego Pottera. Jest tutaj?
Ron spojrzał ze złością na Harry’ego i podszedł otworzyć.
- O co chodzi, panie władzo? – warknął, gdy Mark przeszedł przez próg.
- Dobry wieczór, panie Weasley – powiedział spokojnie Mark. – Pani Weasley, pani Potter – skinął głową ku Hermionie i Ginny. – Przepraszam za tą późną i niezapowiedzianą wizytę, ale powiedziano mi, że mogę tu zastać Harry’ego.
- Jak widzisz jestem. – Harry wysunął się do przodu. – Coś się stało, że niepokoisz mnie i moją rodzinę?
- I tak i nie – odparł wymijająco Mark. Rozejrzał się niepewnie. – Czy jest tu jakieś ustronne miejsce, gdzie moglibyśmy w spokoju porozmawiać? Tak, żeby nam nikt nie przeszkadzał? To nie zajmie długo – dodał.
- Oczywiście – powiedziała Hermiona. – Zapraszam tutaj. – Wskazała na mały pokoik, w którym kiedyś mieszkała Ginny. – Czy napije się pan czegoś?
- Nie, dziękuję pani Weasley.
Hermiona wyszła, zamykając za sobą drzwi. Harry wycelował w nie różdżką i mruknął: „Muffliato!”, żeby żadne słowo nie wymknęło się na zewnątrz. Mark usiadł na krześle pod oknem, a Harry przycupnął na łóżku obok.
- Robards jest wściekły – oznajmił Mark bez ogródek. – Odwołał wszystkie misje, także twoją do Azkabanu. Wszyscy mamy skupić się na przeszukaniu Pokątnej i Śmiertelnego Nokturnu.
- Nie sprawdziłem tam jeszcze wszystkiego! – krzyknął Harry. – Wiesz, że tam jest tylko jeden strażnik? Trochę to dziwne, biorąc pod uwagę ilość uwięzionych tam ludzi, nie uważasz?
- To prawda, dziwne. Szczerze mówiąc, byłem pewny, że ich ilość była zwielokrotniona po odejściu dementorów...  – Mark wzdrygnął się i zamknął na chwilę oczy, po czym spojrzał na Harry’ego – ale odchodzimy od tematu... Po informacji o dzisiejszym ataku na twoją żonę...
- Który był fałszywy – przerwał mu Harry.
- ...przeszukaliśmy okolicę i nic nie znaleźliśmy – skończył.
- Domyślam się. Ten wczorajszy atak też nie był tak do końca skierowany w kogokolwiek.
- Jak to? Ty coś wiesz?
- Nie... – mruknął w odpowiedzi. – Co prawda, kilku naszych ucierpiało, ale nikt nie zginął, choć Mroczny Znak nad jednym z domów byłby dowodem... A potwierdzeniem jest tylko zdjęcie w dzisiejszym „Proroku”...
- I właśnie dlatego Robards jest wściekły. Opinia publiczna aż huczy, jacy jesteśmy nieudolni. Chodzą słuchy, że Robards powinien odejść, ale to zostaje w woli ministra... który na razie milczy...
- A mnie Robards pewnie nie chce widzieć... dopóki wszystko się nie wyjaśni, tak? Dlatego wysłał ciebie?
- To może być wyjaśnienie – powiedział Mark, kiwając głową. – Podczas twojej nieobecności podzielił nas na kilkuosobowe grupy, które od jutra mają patrolować tę dzielnicę. Robards chce, byś poprowadził jedną z grup.
- Ja? – spytał zaskoczony Harry.
- Tak, ty. Nie wiem, o co mu chodzi, ale radzę ci uważać.
Harry kiwnął głową.
- Mam wrażenie, że Robards nie panuje już nad tym wszystkim – stwierdził.
- Pewnie masz rację. – Mark zerknął na zegarek i poderwał się z miejsca. – Ale już późno! – wykrzyknął.
Wyszli do salonu.
- Uważaj na siebie, Ginny – powiedział, całując ją w rękę. – Nie zawsze będziesz mogła liczyć na naszą pomoc, zwłaszcza, gdy wydarzenia, takie jak wczoraj i dzisiaj, będą się powtarzać.
- Domyślam się tego – mruknęła z uśmiechem. – Dobranoc, Mark.
- Dobranoc. I jeszcze jedno, Harry – odwrócił się do niego. – Spotykamy się jutro w ministerstwie, gdzie dowiesz się od Paula, kto jest z tobą w drużynie.
- W porządku.
- Dobranoc państwu i jeszcze raz przepraszam za to najście. – Mark zwrócił się do Rona i Hermiony.
Pożegnał się z Ronem, ściskając mu rękę, a Hermionę pocałował w dłoń, następnie otworzył drzwi i zniknął w ciemnościach.
Harry spojrzał na Ginny, która podeszła do niego.
- Wracamy wreszcie do domu? – spytała.
- Marzę o tym – szepnął.
Pomógł jej założyć płaszcz, sam też owinął się peleryną i wyszli na pustą klatkę schodową.
Powrót do domu nigdy nie był u nich tak cichy. Drzwi otworzył im Stworek, który powitał ich zwykłym „dobry wieczór państwu” i oznajmiając, że Zgredek przygotował już dla pani ciepłą kąpiel, po czym zniknął.
Wspięli się bez słowa na górę i Ginny poszła do łazienki. Harry przebrał się w piżamę i usiadł na łóżku. Czekał cierpliwie na Ginny, sam też zresztą chciał się jeszcze umyć. Po kilkunastu minutach całkowitej ciszy, jaka panowała w sypialni i łazience, wstał i sam tam poszedł. Zapukał i nacisnął klamkę. Drzwi nie były zablokowane, więc uchylił je nieco. Ginny siedziała w wannie z zamkniętymi oczami, otulona ciepłą wodą i pachnącą pianą. Jedna ręka zwisała bezwładnie z boku. Spała. Pokręcił głową, uśmiechając się pod nosem i podszedł bliżej, podciągając po drodze rękawy koszuli. Przywołał ręcznik i jej koszulę nocną, wsunął ręce do wody i wyjął ją z wanny.
Uchyliła lekko powieki, gdy przytulił ją do siebie.
- Harry?... Coś się stało? – zapytała sennie.
- Zasnęłaś podczas kąpieli... – szepnął.
Wziął ją na ręce i przeniósł do sypialni. Ułożył na łóżku i przykrył ciepłą kołdrą. Zwinęła się w kłębek i przytuliła do poduszki.
- Dzięki – szepnęła. – Już niedługo nie będziesz miał szansy, by wziąć mnie na ręce, bo zrobię się strasznie gruba...
- Wtedy wykorzystam Zaklęcie Swobodnego Zwisu – powiedział, szczerząc do niej zęby.
- Osz ty! – krzyknęła, wyciągnęła poduszkę spod głowy i rzuciła nią w niego.
Harry chwycił ją w locie i oddał ją żonie. Ginny ułożyła się z powrotem, marszcząc brwi, kiedy wróciło wspomnienie smutnej Hermiony i Rona.
- Mój brat to kretyn – mruknęła.
- Cii... śpij... – szepnął. – Niestety wiem...
Wrócił do łazienki, by wziąć szybki prysznic. Gdy pojawił się z powrotem w sypialni, Ginny unosiła się na łokciach i patrzyła na niego.
- Czy on naprawdę nie widzi, że Hermiona nadal nie doszła do siebie?
- Podobno byłaś zmęczona – powiedział, kładąc się obok niej, opierając głowę na ręku. – I na to wygląda – dodał, gdy spiorunowała go wzrokiem.
- A czego chciał Mark? – spytała. – To twój szef go wysłał, by opieprzył cię za to, co się stało dzisiaj, prawda?
- Nie przejmuj się tym... – wymamrotał. Wyciągnął rękę i lekko przycisnął ją do posłania. Gdy ułożyła się wygodnie, umieścił dłoń w jej włosach, którymi zaczął się bawić. – To nie pierwszy i nie ostatni raz, gdy Robards jest na mnie wściekły. Ale dobrze by było, gdybyście następnym razem nie siały wśród ludzi takiej paniki.
- Dobrze. Przekażę jutro Hermionie zalecenia od aurora rodzinnego – mruknęła. – Ała! – krzyknęła, gdy Harry pociągnął ją za kosmyk.
- Poza tym jutro muszę wcześnie wstać, więc... Dobranoc, Ginny... – Schylił się do niej i pocałował ją namiętnie.
- Dobranoc, Harry – powiedziała i oddała pocałunek równie mocno.

1 komentarz: