czwartek, 21 czerwca 2012

105. Różne formy wyjaśnień i przeprosin


Była późna noc, gdy stanęli na ganku własnego domu. Weszli do środka, a Harry szybko zamknął i zaryglował drzwi, po czym odwrócił się z zamiarem objęcia Ginny. Ta jednak zwinnie uniknęła jego wyciągniętych rąk.
- Zrobię herbaty – mruknęła i poszła do kuchni. – A ty rozpal w kominku – zawołała przez ramię.
Harry spojrzał na nią, marszcząc brwi. Zrobił kilka kroków i zatrzymał się w progu, opierając się o framugę i krzyżując ramiona na piersi.
- Czy coś się stało? – zapytał.
- Co? – Odwróciła się do niego zaskoczona. – Nie wiem o czym mówisz. Po prostu chcę się napić herbaty.
- Nie mówię o herbacie – mruknął. Podszedł do stołu i usiadł na najbliższym krześle. – Kiedy wróciłem po ciebie, Molly nie kryła zdenerwowania, a ty byłaś blada i trzymałaś coś w ręku. Co to było?
- Ach, to... – szepnęła.
Westchnęła. Coraz trudniej było cokolwiek przed nim ukryć. Postawiła na stole kubki z herbatą i usiadła naprzeciwko niego.
- Powiesz mi? – poprosił. Położył rękę na jej dłoni i lekko uścisnął. – Mieliśmy nie ukrywać nic przed sobą.
Nie odpowiedziała od razu. Wypiła łyk napoju i w końcu się odezwała, spoglądając na niego.
- Dostałam wiadomość od Gwenog Jones.
Wyciągnęła z kieszeni spodni zwinięty pergamin i podała mu go. Harry przeczytał uważnie list, po czym spojrzał na nią uważnie.
- Czy jesteś całkowicie pewna, że to od niej?
Ginny przewróciła oczami.
- Czy ty zawsze musisz dochodzić do najgorszych wniosków? – zapytała, wstając. Podeszła do zlewu, by pozmywać. – Właśnie dlatego nie chciałam ci o tym mówić, bo wiedziałam, jak na to zareagujesz.
- A jeśli to jakiś podstęp?
Rozległ się brzęk upuszczanych kubków stłumiony przez płynącą wodę.
- Na Merlina, Harry! – warknęła. – Dałbyś już z tym spokój! To nie jest żaden podstęp! Po prostu Gwenog zarządza dodatkowy trening.
- Trening? Skąd możesz wiedzieć? Zapominasz do czego śmierciożercy są zdolni? Czyżbyś zapomniała...
Dał się słyszeć suchy trzask i szczątki kubka rozsypały się, raniąc dłonie Ginny. Przeklęła pod nosem.
- Ginny! – krzyknął, poderwał się z krzesła i doskoczył do niej. – Zostaw to.
Złość w jego głosie mieszała się z przerażeniem.
- To nic... – szepnęła, zaciskając zęby. Krew skapywała wielkimi kroplami, mieszając się z wodą. Wskazała głową na szafkę po przeciwnej stronie. – W tamtej szafce jest dyptam. Możesz mi go podać?
Wyciągnął różdżkę i przywołał niewielką brązową buteleczkę. Ginny w tym czasie obmyła ręce w zimnej wodzie, po czym wylała po kropli na każdą z dłoni. Buchnął zielonkawy dym, krwawienie ustało, a na wnętrzu dłoni nie było śladu po skaleczeniu.
- I po wszystkim – mruknęła z uśmiechem i spojrzała na niego.
Harry stał nieruchomo, wpatrując się w rozbite skorupy na dnie zlewu.
- Przepraszam – szepnął.
- Za co? To nie jest... – zaczęła, ale on pokręcił głową, przerywając jej:
- To jest moja wina – powiedział stanowczo. – Zdenerwowałem cię. Ale po tym, co się ostatnio wydarzyło...
- O nie – warknęła, grożąc mu palcem – mnie do tego nie mieszaj! Sam poleciałeś za Nottem, ja cię nie popychałam, ani nikt z nas...
- Nie o tym mówię – mruknął niezadowolony – choć może też... – Odwrócił się i wyjrzał przez okno w gęstą ciemność. – Dobrze wiesz, że nie wiadomo ilu śmierciożerców jeszcze jest na wolności. Sam to sobie uświadomiłem w tę noc, gdy zaatakowali Lupinów...
Ginny westchnęła.
- To o tym rozmawiałeś dzisiaj z Kingsleyem na cmentarzu, tak?
- Nie do końca. Kingsley wyznaczył mnie do wyłapania tych, którzy ostatnio uniknęli Azkabanu...
Zapanowała cisza. Ginny objęła go ramionami, przytulając się do jego pleców. To był znak, że ma już dość wysłuchiwania jego podejrzeń, tego tematu i w ogóle powinni wreszcie zająć się sobą i przestać o tym mówić.
Harry chwycił ją za ręce, przez chwilę bawił się jej palcami, pocałował obie jej dłonie i w końcu odwrócił się i uniósł własną rękę. Kciukiem pogładził jej wargi, potem pochylił się i pocałował. Choć pocałunek był drapieżny, zaborczy i odbierał oddech, Ginny zupełnie się roztopiła, pozwalając się otoczyć, chłonąć jego ciepło. Całowali się po twarzy, po policzkach, po zamkniętych oczach. Poczuła jak jego ręce wsuwają się pod sweter, próbując odnaleźć wrażliwe miejsca.
- Harry... – szepnęła.
Zamarł zaskoczony, po czym opuścił ręce.
- Coś nie tak?
Potrząsnęła głową.
- Chodź na górę... – powiedziała, przygryzając dolną wargę.
Ujął ją w ramiona i lekko uniósł, całując.
Zamknęła oczy. Uległa mu całą duszą. Czuła, jak unosi ją w stronę sypialni, jak kładzie na łóżku. Pod powiekami zrobiło się jaśniej, gdy Harry zapalił w pobliżu kilka świec. Nie śmiała się jednak odezwać; nie chciała psuć tej chwili.
- Kocham cię, Ginewro Potter – wyszeptał jej do ucha.
Jego pocałunki ją sparaliżowały. Leżała z zamkniętymi oczami, pozwalając mu odpinać guziki swetra. Nie protestowała, kiedy ręce zacisnęły się na jej gołych ramionach i zdjęły ramiączka koszulki, odsłaniając piersi. Nie buntowała się, gdy jednym ruchem różdżki pozbawił ją spodni i reszty stroju.
- Ja też cię kocham – wyszeptała w odpowiedzi.
Leżała naga, nadal nie otwierając oczu, czekając. Wkrótce poczuła, jak Harry wspina się na łóżko, obsypując pocałunkami każdy fragment jej skóry, jaki miał po drodze. Rozkoszowała się tym dotykiem, gdy pocałunkami podążał w górę. Wplotła palce w jego włosy i pociągnęła go do góry. Z jej ust wymknął się cichy jęk, gdy położył się na niej i przygniótł swym rozkosznym ciężarem, całując ją teraz w usta. Wygięła się w łuk, by mocniej przylgnąć do jego ciała.
Słowa były zbędne, gdy kochali się tej nocy do świtu.

Poranek zapowiadał się leniwy i senny. Za oknem wisiały ciężkie ołowiane chmury, płatki śniegu wirowały w powietrzu, pokrywając parapet białym kożuchem.
Harry otworzył oczy i ziewnął szeroko. Był pewny, że Ginny jeszcze śpi, bo leżała wtulona w jego bok i z głową na jego piersi, niczym na poduszce, a jej spokojny oddech owiewał jego klatkę piersiową. Uśmiechnął się na wspomnienie dzisiejszej nocy. Była taka piękna i cudowna. Przymykając oczy widział to wszystko, co jeszcze kilka godzin temu działo się w tej sypialni. Przypominał sobie każdy pocałunek, ciche westchnienia i szeptane do uszu intymne słowa. Oboje cieszyli się swoją bliskością i miłością w tych chwilach namiętności.
Wyciągnął rękę i sięgnął po okulary leżące na nocnej szafce, przy okazji zerkając na stojący obok budzik. Była siódma; mieli więc jeszcze chwilę na leniuchowanie.
Wsunął lewą rękę w rude, miękkie włosy, które rozsypały się na jej nagich plecach, przykrywając też jego brzuch. Ginny mruknęła coś niezrozumiale i poruszyła się. Chwilę potem uniosła głowę i czekoladowe oczy napotkały zielone, ukryte za szkłami okularów.
- Która godzina? – wymamrotała.
- Siódma – odparł.
Przysunęła się bliżej i pocałunkiem zamknęła mu usta. Musnęła tylko swoimi ustami jego wargi. Ale to wystarczyło, żeby objął ją i przytulił mocno do siebie. Przełożyła nogę przez niego, kładąc się na nim i mocniej wpiła się w jego usta. Ich języki wyszły sobie na spotkanie. Pieściły się delikatnie, wyrażając swoją tęsknotę i pragnienie bliskości.
- Dziękuję – szepnęła, gdy oderwali się od siebie.
Położyła się na boku, opierając głowę na ręku. Kilka rudych kosmyków zasłoniło jej twarz.
- Za co? – zapytał, odgarniając te niesforne włosy.
- Za wszystko. Za wczoraj... Za to, że nie roztrząsałeś dłużej tamtego tematu... I za tę wspaniałą noc... – wyliczała, a potem zamruczała niczym zadowolona kotka.
Harry nie odezwał się. Podniósł się i usiadł na łóżku, opuszczając nogi na podłogę. Ginny też się podniosła, uklękła za nim na stopach i zarzuciła mu ręce na szyję, prawie się na nim wieszając.
- Odprowadzę cię do Holyhead – powiedział.
Jęknęła. Rozluźniła uścisk, a ramiona opadły jej na kolana.
- Dlaczego?
Odwrócił się do niej i delikatnie ujął ją za brodę.
- Mam idealny pretekst by być z tobą dłużej i świetną wymówkę by spóźnić się do pracy – oświadczył. – A Robardsowi powiem, że zacząłem już pracować nad postawionym mi zadaniem. Pewnie masz rację i to zwykły trening, ale nie wadzi sprawdzić... Będę spokojniejszy – dodał cichym głosem.
Ginny kiwnęła głową.
- No dobrze.
- Użyję peleryny-niewidki, byś nie musiała się tłumaczyć. Zgadzasz się na taki manewr?
- Tak – mruknęła.
Harry naciągnął spodnie i wstał, ale Ginny wskoczyła na jego plecy i uwiesiła się od tyłu na jego szyi, oplatając go nogami w pasie. Zatrzymał się w pół kroku i lekko się pochylił do przodu, łapiąc ją za pupę, by nie zsunęła się z jego pleców.
- Dasz mi iść do łazienki? Czy idziemy tam razem? – zapytał.
- To propozycja? – zamruczała mu do ucha. – Kto by pomyślał, że Harry’emu Potterowi nie wystarczyła jedna noc...
Na te słowa Harry uszczypnął ją w udo.
- Ała! – krzyknęła i opuściła nogi na podłogę i stanęła o własnych siłach.
- Tak się zachowujesz, jakby to tobie coś brakowało... – mruknął z błyskiem w oku. – Jak chcesz możemy wziąć wspólny prysznic... – zaczął.
Potrząsnęła głową.
- Bardzo chętnie przystanę na tę ofertę, ale chyba nie dzisiaj – powiedziała. – Ty idź pod prysznic, a ja przygotuję śniadanie. Potem się zamienimy – zaproponowała.
- W porządku. – Kiwnął głową. – Będę za pięć minut.
Kiedy zszedł na dół ubrany w typową szatę czarodzieja, śniadanie rzeczywiście było już gotowe. Na stole stał talerz z grzankami, obok słoik z dżemem, a na kuchence pogwizdywał czajnik, zwiastując zagotowaną wodę.
Ginny stała przy oknie z miseczką płatków w ręku i patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem, wspominając zapewne cudowne chwile sprzed kilku godzin.
Harry odchrząknął. Nie zareagowała. Zrobił kilka kroków i objął ją tak, jak ona zwykle robiła. W szybie zobaczył jej błogi uśmiech.
- Ginny?
Nie odezwała się. Odsunął jej włosy, przechylił lekko głowę w bok i wpił się w jej szyję. Zamruczała cicho, zadowolona.
- Jak miło... – szepnęła niemrawo, jakby dopiero się budziła. Chwilę potem podskoczyła, rozsypując płatki na wszystkie strony i odwróciła się. – Ty już gotowy? – spytała.
- Gotowy i głodny – powiedział, śmiejąc się. Odebrał od niej miseczkę, machnął różdżką i płatki potulnie wróciły do niej z powrotem.
Usiadł przy stole i przywołał mleko, którym zalał płatki.
- Przepraszam, zamyśliłam się. Która godzina? – zapytała, przecierając oczy.
- Mamy chyba jeszcze trochę czasu. O której masz być w Holyhead?
- Gwenog prosiła...
- O ile to rzeczywiście ona... – przerwał jej Harry sceptycznym tonem.
- ...żeby być jak najwcześniej – wycedziła przez zęby, kończąc zdanie. – Za chwilę wracam – rzuciła i pobiegła na górę.
Miała ochotę go udusić. Zwierała i rozluźniała ręce, jakby naprawdę zaciskała je na jego szyi. Wspomnienie dzisiejszej nocy uleciało, czar prysł. Teraz czuła tylko gorycz. Powinna już dawno się do tego przyzwyczaić, że gdy chodziło o śmierciożerców, Harry stawał się stanowczy, zapominał o wszystkim i nie brał niczego pod uwagę oprócz zemsty za ostatnie lata. Czy tak będzie wyglądać każdy dzień, gdy będzie wychodził do ministerstwa?
Wzięła szybki prysznic, wysuszyła włosy, związując je w koński ogon, ubrała się w szatę do quidditcha i zbiegła na dół.
Harry klęczał przed kominkiem z głową w płomieniach i tłumaczył coś komuś po drugiej stronie. Minęła go bez słowa i poszła do kuchni.
W progu aż stanęła zdziwiona. Stół był pusty i czysty. Wszystkie naczynia leżały w zlewie i cicho pobrzękiwały, same się myjąc.
Na ramieniu poczuła jego dłoń. Odwróciła się. Zaśmiał się cicho z jej miny. Palcem podniósł jej brodę do góry, tym samym zamykając jej usta, otwarte ze zdumienia.
- Harry... ty... posprzątałeś po śniadaniu? – spytała, niedowierzając własnym oczom.
- No co? Mieszkanie u Dursleyów czegoś mnie chyba nauczyło – mruknął, obejmując ją.
- Nie... – pokręciła głową – nie o to mi chodziło. To znaczy... też... – zająknęła się. – Myślałam, że nie umiesz używać takich zwykłych zaklęć gospodarskich.
- No cóż... To dzięki Hermionie – powiedział. – Choć tak naprawdę powinienem dziękować także tobie.
- Mi?
- W zeszłym roku, gdy ty byłaś jeszcze w Hogwarcie, a Hermiona przychodziła tutaj...
- Chcesz powiedzieć, kiedy sprzątała nasz dom? – przerwała mu, mrużąc oczy.
- Dasz dokończyć? – Ścisnął ją za biodra. – Poprosiłem ją o kilka lekcji. I tak się nauczyłem. Wielu rzeczy się od niej nauczyłem... – zamilkł, zatapiając się we wspomnieniach.
Ginny chrząknęła.
- Czego to ja się jeszcze dowiem? – syknęła, uwalniając się z jego objęć. Stała teraz z założonymi rękami, tupiąc lekko nogą. – Może jeszcze powiesz, co tak naprawdę robiliście, gdy ukrywaliście się przed Sam-Wiesz-Kim? A może jednak Skeeter miała rację i między tobą i Hermioną coś wtedy...
Harry otrząsnął się na te słowa.
- O czym ty mówisz? Między mną i Hermioną jest tylko przyjaźń i ty dobrze o tym wiesz. I nie wymawiaj przy mnie tego nazwiska! Ta baba za dużo już namieszała w naszym życiu.
Ginny opuściła ręce i zaśmiała się cicho. On chwycił ją w ramiona i uścisnął mocno.
- Zaraz... Jesteś zazdrosna o Hermionę? Gdyby Ron się o tym dowiedział...
- To by cię zabił. Wiem. – Parsknęła śmiechem. – Nie, nie jestem zazdrosna. I wiem, że między tobą i Hermioną jest tylko przyjaźń. Przepraszam, Harry. Nie mogłam się powstrzymać.
- Skąd ci to nagle przyszło do głowy? Czyżby Skeeter znowu coś napisała o mnie w dzisiejszym „Proroku”?
- Nie! – Potrząsnęła energicznie głową. – To znaczy nie wiem, nie czytałam go dzisiaj. Po prostu byłeś taki poważny, gdy mówiłeś o Hermionie, że chciałam ci przypomnieć o swojej obecności...
Schylił lekko głowę i pocałował ją. 
- Nigdy nie musisz mi o tym przypominać – mruknął. – Bo zawsze wiem, że jesteś. Niestety to były trudne czasy dla nas obojga... – westchnął, a ona kiwnęła głową. – Ale to już minęło i teraz na zawsze będziemy razem.
Stali chwilę w ciszy wtuleni w siebie. Słychać było tylko ciche pobrzękiwanie naczyń w zlewie za nimi.
- No, ale na nas już czas – powiedział i poruszył się, przywołując ich płaszcze i pelerynę-niewidkę.
Pomógł jej się ubrać, pelerynę schował pod szatę i wyszli.

W niewielkiej szatni szumiało jak w ulu. Sześć kobiet siedziało na ławkach pod ścianami, cicho ze sobą rozmawiając, i obserwowały siódmą, stojącą na środku pomieszczenia.
Ginny siedziała w kącie pomiędzy dwoma pałkarkami Rachel i Fioną. W głowie brzmiały jej ostatnie pouczenia Harry’ego, który z pewnością stał teraz za drzwiami i podsłuchiwał wszystko Uszami Dalekiego Zasięgu: „Miej różdżkę w pogotowiu i w razie czego użyj zaklęcia tarczy”.
- Gwenog, czemu nas wezwałaś? – zapytała Trudy, siedząca po drugiej stronie, jedyna blondynka w tym gronie.
Była szczupła i zwinna. Nic dziwnego, że została wybrana na szukającą.
- To najgorsza pora na trening – zauważyła Melanie.
- Największemu przeciwnikowi nie życzyłabym gry o tej porze – stwierdziła Fiona.
Gwenog podniosła ręce i zapadła cisza.
- A kto mówił o grze, czy o treningu? – zapytała. – Każdej z was napisałam o spotkaniu drużyny, a nie treningu, choć może niedługo będzie nam potrzebny.
- To może wreszcie wyjaśnisz nam, o co chodzi – warknęła Rachel.
- Nie ma się czym denerwować – powiedziała Gwenog. – Po prostu wczoraj dostałam propozycję od kapitana Armat. Chcą z nami zagrać towarzyski mecz po świętach.
Wokoło przeszedł zgodny szmer.
-  Sama byłam tym zaskoczona, ale chciałabym znać wasze zdanie.
- Armaty z Chudley? – zapytała Ginny. – Oni chcą z nami grać?
- Jak tak bardzo pragną i sami pchają się pod topór... – mruknęła któraś z jej lewej strony, chichocząc cicho.
- Jeśli gra Gorgowicz, to wygraną mamy w kieszeni. Ostatnim razem tyle razy stracił kafla, że Zjednoczeni wygrali trzysta pięćdziesiąt do dziesięciu – dodała inna.
- A te dziesięć zdobyli, bo Wood dał im fory...
- Tego się obawiałam – warknęła Jones, kręcąc głową, urywając im tę rozmowę. – Czy wy w ogóle zdajecie sobie sprawę, że nigdy nie grałyśmy w takich warunkach?
- Oni też nie – mruknęła Gertie.
- Nie wiem, czym się przejmujesz, Gwenog – powiedziała Trudy, wstając i klepiąc ją po ramieniu. – To będzie dobra zabawa.
- Nie uważacie, że to idiotyczny pomysł? – warknęła Gwenog.
Wszystkie pokręciły głowami.
- Daj spokój, Gwenog – powiedziała Fiona. – Potraktujmy to naprawdę jak zabawę i rozgrzewkę przed kolejnym sezonem. A nasze rodziny będą miały szansę lepiej się poznać, nie uważasz?
- Słuchajcie, a może przy okazji zrobimy zbiórkę datków na Szpital Świętego Munga? – zaproponowała Rachel. – Tak, by zachęcić widzów i by ten mecz nie był całkowitą stratą czasu?
- Świetny pomysł! – krzyknęła Gertie, klaszcząc w dłonie i podrywając się z miejsca. – To, co? Idziemy potrenować?
Spojrzały wyczekująco na Gwenog. Ta westchnęła rozdrażniona i machnęła rękami w stronę drzwi.
- W takim razie, moje panie, zapraszam na boisko.

Harry odetchnął z ulgą, zwijając Uszy Dalekiego Zasięgu. To rzeczywiście było spotkanie drużyny Harpii, zwołane przez jej kapitana Gwenog Jones.
Chyba dostaję paranoi, skarcił się w myślach. Czemu w każdej sytuacji widzę prawdopodobieństwo ataku śmierciożerców? Czyżbym miał stać się podobny do Szalonookiego, który wszędzie widział czarnoksiężników?
Za drzwiami rozległ się śmiech i tupot nóg. Szybko uskoczył pod ścianę. Zrobił to w ostatniej chwili, bo drzwi otworzyły się i wyszła Jones, prowadząc za sobą resztę drużyny. Gdyby zrobił to sekundę później, wpadłyby na niego.
Ginny szła na końcu i rozmawiała z jedną z zawodniczek. Rozglądała się dyskretnie, by tamta nic nie zauważyła. Czyżby chciała się upewnić, czy on jeszcze jest? Wstrzymał oddech i wciągnął brzuch, gdy go mijała. Miał wrażenie, że jej wzrok padł dokładnie na niego, a gdy odeszła, obejrzała się przez ramię, machając mu ręką i uśmiechając się.
Zaczekał aż umilkną ich rozmowy i w końcu wyszedł na zewnątrz. W oddali, nad boiskiem widział śmigające w różne strony zielone smugi; to Harpie zaczęły już trening. Westchnął. Sam z chęcią by polatał, musiał jednak wracać do ministerstwa.
Otulił się szczelnie płaszczem, obrócił się w miejscu i zniknął.

3 komentarze:

  1. Blog super!!!! Napisz książkę!!!!! I jest blad w tytule ale to nie wazne xdd

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie zastanawiałaś się, czy czasem nie wysłać tego pani Rowling?
    Rewelacyjny blog!

    OdpowiedzUsuń
  3. nie do Rowling do księgarni

    OdpowiedzUsuń