sobota, 23 czerwca 2012

115. Trudne rozmowy


Ginny zatrzymała się na ścieżce za domem, by zaczerpnąć powietrza. Była połowa kwietnia, zima odeszła i wreszcie zrobiło się cieplej.
- Za chwilę odpoczniemy – powiedziała, z trudem łapiąc oddech. – To już niedaleko.
Nogi zawsze prowadziły ją do ulubionego miejsca pośrodku lasu, gdzie kilka lat temu trenowała quidditcha. Do tej pory była to kryjówka przed mugolami, a także jej rodziną. Tylko Harry znał to miejsce i czasami, gdy miał wolniejszy dzień, przychodził tu razem z nią.
Jej brzuch powiększył się do rozmiarów kafla i coraz trudniej było jej oddychać. Maluszek też zaczął dawać o sobie znać. Najczęściej w nocy, budząc ją z lekkiego snu, i po południu, tak jak teraz, gdy robiła krótkie spacery po okolicy. Harry jeszcze nie miał okazji poczuć kopnięcia syna, bo albo go nie było, albo nie chciała go budzić, gdy wracał zmęczony.
Ginny rozpięła płaszcz i położyła dłoń na brzuchu.
- A wiesz, że tata ma dziś wrócić wcześniej? Przywitasz się? – Dziecko poruszyło się i poczuła kopnięcie. – Też się nie możesz na niego doczekać, co? – spytała z uśmiechem. – Teraz jest zajęty, bo pilnuje, by inni czuli się bezpiecznie. Ale jutro spędzi z nami cały dzień. Będzie też babcia i dziadek... Wszyscy wujkowie, ciocie... Będzie Teddy i Victoire... – westchnęła.
To będzie męczący dzień, ale tak dawno nie widziała swoich braci. Brakowało jej nawet Rona... Zmarszczyła brwi. Od tamtej kłótni, gdy stanęła w obronie Hermiony, nie pojawił się w Dolinie Godryka, a kiedy przychodziła do nich na Pokątną, uciekał do sklepu bliźniaków. Hermiona wzruszała w takich chwilach ramionami i zmieniała temat. Harry też nie chciał o tym mówić, choć czuła, że brakuje mu największego kumpla.
Maluszek ponownie się poruszył.
- Wiem, mam się nie smucić, tak? – Pogładziła się po brzuchu. – Dobrze. W zamian za to coś zjemy. – Sięgnęła do torebki. – Na przykład... jabłuszko.
Wreszcie dotarła na miejsce. Polanka zalana była ostrym światłem słońca rzucającego refleksy na roślinność, która robiła się coraz bardziej zielona, a w oddali słychać było śpiew ptaków. Poczuła kolejne kopnięcie.
- Tak... mi też się tu podoba – powiedziała.
Machnęła kilka razy różdżką i tuż przed nią, na trawie, rozłożył się materac przykryty kolorowym kocem, osłaniającym przed mokrą trawą i zimną ziemią, i kilka poduszek. Uklękła na nich, a potem powoli przekręciła się i niezgrabnie usiadła, odchylając się lekko, by ulżyć obolałemu kręgosłupowi.
- Tutaj zaczekamy na tatę, dobrze? Powinien niedługo być.
Położyła się na boku, kładąc pod siebie poduszkę. Nie zauważyła, kiedy szum wiatru utulił ją do snu.
Obudził ją kolejny delikatny kopniak. Uśmiechnęła się.
- Tata trochę się spóźnia, tak?
- Kto się spóźnia? – rozległ się głos Harry’ego. – Chyba nie ja?
Uniosła się lekko, patrząc jak podchodzi, i ponownie się uśmiechnęła.
- Chodź tu szybko! – zawołała. – Ktoś nie może się na ciebie doczekać.
Wyciągnęła do niego rękę, by pomógł jej się podnieść. Pocałowali się na powitanie i Harry usiadł obok, kładąc jedną rękę za jej plecami, tak żeby mogła oprzeć się o jego bark, a drugą, tę którą cały czas trzymała, włożyła sobie pod sweter i przyłożyła do brzucha.
Nagle pod dłonią poczuł, że pod jej skórą coś się poruszyło. Podskoczył zaskoczony.
- Co to było? – zapytał.
- Synek przywitał się z tatą – odparła z uśmiechem.
- Naprawdę? Tak mocno? A ciebie to nie boli? – Nie mógł sobie wyobrazić, jakie to uczucie, gdy ktoś kopie od środka.
- Troszeczkę – mruknęła – ale z drugiej strony to takie przyjemne...
Odchyliła głowę, kładąc ją na jego ramieniu i zamknęła oczy. Harry westchnął zadowolony i przyciągnął Ginny bliżej. Dawno nie mieli okazji posiedzieć razem, tuląc się do siebie. Zawsze coś lub ktoś im przeszkadzał; a to Hermiona wpadała z wizytą, a to mama zaglądała przez kominek, albo wzywali go do ministerstwa. Chwile takie jak ta zdarzały się tylko w okolicach świąt, a to i tak rzadko, bo wtedy rozchwytywani byli przez liczną rodzinę, a Teddy nie odstępował wujka na krok. Jutrzejszy dzień zapowiadał się podobnie. A co będzie, gdy maluch przyjdzie na świat? Nie będą mieli w ogóle czasu dla siebie, a ich życie obróci się o sto osiemdziesiąt stopni. Za trzy miesiące nie będą już sami, pojawi się ktoś, kto będzie zaprzątał myśli Ginny bardziej niż on i będzie musiał się nią podzielić z tym nowym członkiem rodziny.
Ginny przycisnęła jego dłoń do siebie.
- Knuta za twoje myśli – mruknęła.
- Wiesz, że są warte dużo więcej...
- Jestem tego pewna.
Przysunął się jeszcze bliżej i otoczył ją ramionami.
- Myślałem o tym, jak bardzo kocham pewną kobietę, która jest moją żoną i nosi pod sercem nasze dziecko... – szepnął jej do ucha. Ginny zarumieniła się lekko, niczym mała dziewczynka, jednocześnie ciesząc się, z tych słów. Tak rzadko miała okazję usłyszeć je z jego ust. – ...które teraz wciska się między nas, rozpychając się w brzuchu własnej matki – dodał niezadowolony, gdy malec ponownie kopnął.
- Pewnie chce się wtrącić, a tylko w ten sposób ma możliwość rozmowy z nami – powiedziała ze śmiechem Ginny.
- Pewnie masz rację – przyznał Harry. – O nim też myślałem.
Ginny obróciła się niezdarnie do niego, siadając na stopach i pogładziła go po policzku.
- Co jeszcze trapi naszego tatusia? – spytała zadziornie. – Że nie będzie jedyny w życiu mamusi?
- Że to ostatnie dni w takim spokoju – oznajmił. – Bo jeśli on już jest taki żywy, to co będzie później? Po narodzinach?
- No wiesz... – zaczęła – mieszanka Weasleyów i Potterów musiała zrobić swoje – powiedziała, przygryzając dolną wargę, z trudem powstrzymując się przed wybuchnięciem śmiechem.
- Ciekawe, która rodzina przeważyła w tym eliksirze – mruknął i chwycił ją pod boki, łaskocząc, aż Ginny zapiszczała, i wkrótce oboje zmienili się w kłębek ciał na kocu, a ich śmiech odbijał się od ściany lasu.
- Harry, wystarczy – wysapała, próbując odsunąć jego ręce jak najdalej od siebie.
Usiadła z powrotem na stopach, a Harry ułożył się na boku, kładąc rękę na okazałym brzuchu.
- Już niedługo się o tym przekonamy, co z ciebie wyrośnie, mały – powiedział, po czym uniósł lekko głowę i pocałował pochylającą się do niego żonę.
Maluch poruszył się, dając rodzicom do zrozumienia, że zawsze będzie miał ostatnie słowo, na co ci ostatni parsknęli śmiechem.
Ginny zadrżała, gdy chłodny wiatr przedarł się przez drzewa, a nad lasem pojawiły się ciężkie szare chmury. Harry podniósł się i jednym ruchem wyczarował dodatkowy koc, którym owinął siedzącą kobietę.
- Zimno ci?
- Już lepiej, ale powinniśmy wracać, bo chyba zaraz zacznie padać – mruknęła, wskazując brodą do góry.
Nagle na polanie rozległ się suchy trzask aportacji i tuż przy nich pojawił się domowy skrzat. Harry zerwał się na równe nogi.
- Stworek! – krzyknął. – Nie strasz nas!
Skrzat podniósł swą małą piąstkę do twarzy.
- Stworku, nie! – krzyknęła Ginny.
- Pan Harry wybaczy Stworkowi, ale w domu jest zdenerwowana matka pani Ginewry. Zgredek próbuje ją uspokoić, ale ona nie chce Zgredka słuchać i powiedziała, że będzie czekała dopóki państwo się nie pojawią.
- Dobrze, Stworku – powiedział Harry. – Wróć do domu i powiedz pani Weasley, że my będziemy tam za kilka minut.
Skrzat kiwnął głową, skłonił się nisko przed nimi i deportował się. Harry odwrócił się do Ginny i pomógł jej wstać.
- Czyżby coś się stało? – spytała. – Mama rzadko się denerwuje.
- Przekonamy się w domu. Chodź.
Machnął różdżką i leżący za nimi materac zniknął. Ginny wsunęła rękę pod jego ramię i ruszyli w drogę powrotną.
Przechodząc przez furtkę zobaczyli Molly Weasley wybiegającą z domu.
- Jesteście wreszcie! – zawołała.
- Mamo! – krzyknęła Ginny, gdy matka odciągnęła ją od Harry’ego i uściskała gwałtownie. – Co się dzieje? Nic nam nie jest!
- Ale tak długo nie wracaliście... Zgredek, tak ma na imię ten skrzat? – spytała, patrząc na Harry’ego, a gdy ten potwierdził skinieniem głowy, wytłumaczyła: – oświadczył, że wyszłaś do lasu kilka godzin temu, a ty Harry wyruszyłeś po nią, zaraz po powrocie z ministerstwa. Od razu naszły mnie jakieś szalone wizje o porwaniu. Oba skrzaty ledwo powstrzymały mnie przed wezwaniem aurorów; użyły swoich czarów, by mnie tu zatrzymać. Dopiero teraz mnie wypuściły.
Ginny spojrzała na Harry’ego i oboje zaczęli się śmiać.
- To wcale nie było śmieszne – prychnęła obrażona.
- Wiemy i przepraszamy, mamo – mruknęła Ginny, całując ją w policzek. Ścisnęła ją za ramię i pociągnęła w stronę domu. – A czy poczęstowali cię chociaż czymś?
- Nie byłam w stanie nic przełknąć.
- To ja sobie z nimi pogadam – warknął Harry, kręcąc głową. – Tak się zachować w stosunku do gościa.
- Nie możesz być dla Stworka i Zgredka taki surowy – szepnęła Ginny. – Strzegli naszych tajemnic, tak jak robią to wszystkie skrzaty.
Weszli do środka. Zostawili w sieni płaszcze i kurtki i poszli do kuchni. Oba skrzaty podbiegły do nich. Zgredek odsunął krzesła; na jednym z nich usiadła Ginny, a na drugim Harry, po czym pomógł przysunąć je do stołu, a Stworek wskazał miejsce Molly.
- W takim razie gdzie byliście? – spytała, gdy już zajęła miejsce.
- Na spacerze – mruknęła Ginny. – Codziennie w ten sposób odpoczywam.
Do stołu podszedł Zgredek z tacą wypełnioną miskami z gulaszem i gotowanymi warzywami.
- Dziękujemy – powiedział Harry. – Zostawcie nas.
Oba skrzaty skłoniły się nisko i zniknęły z cichym pyknięciem.
Po zjedzonym posiłku Ginny zebrała różdżką brudne naczynia i podała ciastka i herbatę.
- Ale tak daleko musisz spacerować? – zapytała Molly, której nie wystarczyły poprzednie wyjaśnienia. – Nie wystarczy ci ogródek za domem?
- Pewnie niedługo tak będzie – mruknęła Ginny, gdy usiadła z powrotem. – Ale chyba nie zabronisz mi się ruszać, co? To mnie tak odpręża. No i małemu też się podoba. Niesamowicie się wierci za każdym razem...
- Pewnie uważa, tak jak ty, że to będzie idealne miejsce do gry w quidditcha – wtrącił Harry z uśmiechem. – A przynajmniej do nauki latania.
- Pewnie tak...
- A tak w ogóle, to co mamę do nas dzisiaj sprowadza? – zapytał Harry. – Przecież jutro będziemy się widzieć?
Molly wypiła łyk herbaty.
- Chciałam z wami porozmawiać na osobności. A chodzi mi oczywiście o Rona i Hermionę.
Atmosfera w kuchni zmieniła się diametralnie. Harry odstawił kubek, a jego palce ześlizgnęły się na stół i zacisnęły na jego kancie.
- I co z nimi? – warknął. – Moim zdaniem nie ma o czym rozmawiać.
Odsunął ze złością krzesło, wstał i podszedł do okna.
- Harry... – Ginny próbowała chwycić go za ramię, ale on odtrącił ją i odsunął się na bok.
- Co się stało między wami? – spytała łagodnie pani Weasley. – Nie rozmawiacie ze sobą od tamtego dnia, gdy Hermiona, niby to porwała Ginny na Pokątnej, prawda? O to wam poszło?
- To Ron nie chce z nami rozmawiać – syknął w kierunku okna.
- I nie do końca o to chodzi – mruknęła Ginny. – Choć od tego się zaczęło.
Ginny spojrzała na Harry’ego i wiedziała, że sama będzie musiała wytłumaczyć mamie całą sytuację. Wzięła ją za rękę.
- Ron jest zazdrosny o nasze maleństwo. A raczej o to, że wszystko przytrafia się Harry’emu...
- Ale dlaczego?
- Wiesz, że Ron i Hermiona od lat starają się o dziecko? – zapytała cicho. Molly kiwnęła powoli głową. – A wiesz, że mieliby je już mniej więcej w wieku Victoire?
- Co? – Molly aż podskoczyła na tę wiadomość. – O czym ty mówisz?
Ginny wzięła głęboki oddech.
- Ponad cztery lata temu, podczas świąt, kiedy Bill ogłaszał nam o ciąży Fleur, mieli to zrobić też i oni. Niestety kilka dni wcześniej Hermiona poroniła... – urwała na chwilę. – I przez to straciła też chęć do życia. Była doszczętnie złamana. Ron starał się jak mógł, by ją wesprzeć.
- Pamiętam – wyszeptała Molly. – Hermiona nie wychodziła z ich pokoju przez kilka tygodni. Myślałam, że to przez ten wypadek jej rodziców... Dopiero po przeprowadzce na Pokątną odzyskała, tak mi się wtedy wydawało, humor.
- Każdy tak myślał – powiedziała Ginny. – Potem bała się, że przy następnej ciąży będzie znowu to samo... Od roku jednak znowu próbują, ale Ron... wypomina Hermionie tamten okres odkąd dowiedział się, że my będziemy pierwsi mieć dziecko. Słyszeliśmy to właśnie tamtego dnia, po moim fałszywym porwaniu. I tu wracamy do tego, dlaczego Ron nie chce z nami, a raczej z Harrym rozmawiać. Obaj się wtedy pokłócili o to, że Harry ma wszystko a on nic. Poza tym od lat oskarża Harry’ego o wszystko, co się ze mną działo...
- Niemożliwe... to nie może być mój syn... nie tak go wychowałam... Przecież byliście takimi przyjaciółmi! – krzyknęła do Harry’ego.
- Właśnie, byliśmy – przyznał ze smutkiem i odwrócił się.
Ginny wstała i chwyciła go za rękę.
- Jutro będziemy w Norze, ale nie licz mamo, że między nami dojdzie do jakiegokolwiek pojednania – powiedziała cicho.

Niedzielny poranek przywitał ich delikatnym słońcem. Małe promyczki światła przebijały się przez zasłony i osiadały na meblach i pościeli, mimo to w sypialni nadal panował półmrok.
Harry nie spał dobrze tej nocy. Nadal miał w pamięci wczorajszą rozmowę z Molly i wściekłą twarz Rona sprzed miesięcy. Od tamtego dnia nieraz próbował dotrzeć do niego, by choć zamienić z nim kilka słów, ale Ron unikał go jak ognia. Czy to rzeczywiście był koniec ich przyjaźni?
Otworzył oczy, podciągnął się i usiadł oparty o poduszkę. Lewą ręką sięgnął po leżące na nocnej szafce okulary i nałożył je na nos. Spojrzał na śpiącą żonę. Leżała na boku, zwrócona ku niemu. Zaskoczyła go wczoraj. Wiedziała nie tylko prawie wszystko o Ronie i Hermionie, ale także o nieporozumieniach między nim a Ronem. Wtedy uderzyła go refleksja. To przecież jej brat, na pewno boli ją ten rozłam między nimi.
Ginny uśmiechnęła się, nie otwierając oczu i przeciągnęła się leciutko.
-  Dzień dobry, skarbie – wymruczała. – Coś cię martwi?
-  Skąd wiesz, że...
-  Po tylu latach znam chyba każdą twoją minę – odparła. – Poza tym wiem, że nie śpisz od godziny.
Jęknęła cicho, krzywiąc nieco usta, gdy podsuwała się wyżej, by usiąść obok niego.  
- Nie śpię dużo dłużej – powiedział. – Od dawna maluch kręci się w nocy? I nie daje ci spać?
- Od dwóch tygodni czuję, jak się rusza. Teraz chyba zasnął... – uśmiechnęła się, kładąc dłoń na brzuchu.
Pochylił się do niej i pocałował za uchem.
- To mamy trochę czasu dla siebie – zamruczał, biorąc ją w ramiona. Westchnęła cicho.
Nagle rozległo się zdecydowanie pukanie. Oboje jęknęli.
- Czuję, że jak mały trochę podrośnie, będzie tak samo – szepnęła. – Tyle, że on pewnie wbiegnie do nas bez pukania...
- O ile nie będzie już spał między nami – mruknął i pocałował ją.
Pukanie rozległo się ponownie. Odwrócił od niej głowę i zawołał:
- Proszę!
 Drzwi otworzyły się i do środka weszły dwa skrzaty.
- Śniadanie – zakrakał Stworek.
Podał tacę Ginny i podszedł do okna. Rozsunął zasłony i do sypialni wpadło ciepłe, mocne światło.
- Dziękuję Stworku – powiedziała.
- A rodzice pani Ginewry będą oczekiwać na państwa w południe – zapiszczał Zgredek, który stał od strony Harry’ego.
- No tak... – jęknął Harry, opadając zrezygnowany na poduszki. – Świąteczny obiad w Norze... I dziękuję Zgredku, nie jestem głodny. – Odsunął od siebie tacę.
Oba skrzaty skłoniły się nisko i już ich nie było.
- Harry... – Ginny ścisnęła go za ramię – wiem, że chodzi ci o Rona, ale nie zapominaj, że obiecałeś też Teddy’emu zajączka wielkanocnego.
- Masz rację. Może dzięki niemu uniknę kontaktu z twoim bratem...
- Harry! – warknęła, a taca zsunęła się z jej kolan i upadła z trzaskiem na podłogę. – Moglibyście wreszcie dojść do porozumienia!
Harry poderwał się z łóżka i zaczął się kręcić po pokoju.
- Myślisz, że nie próbowałem? – krzyknął. – Od samego początku chodzę na Pokątną, do nich do domu, do sklepu, ale on mnie unika!
- Może dzisiaj będzie dobra okazja – powiedziała. Wstała i podeszła do niego. – Harry, Ron unika także i mnie, po tym, co mu wtedy powiedziałam.
Harry zatrzymał się w pół kroku i objął ją. Tak jak podejrzewał – jej też brakowało Rona.
- Sama mówiłaś, że wtedy zachował się jak kretyn. Może to on powinien zabiegać o naszą uwagę, a nie odwrotnie?
- A my powinnyśmy zaczekać aż sam zrozumie, jaki z niego palant?
Kiwnął głową.
- W takim razie musimy uzbroić się w cierpliwość.

Prawie wszystkie drzewa w ogrodzie Nory przybrane były czekoladowymi jajkami, a wokoło kicały różnokolorowe zajączki. Teddy i Victoire biegali wokół nich z małymi koszyczkami, do których wrzucali znalezione słodycze i prezenty. Andromeda Tonks i Bill stali w cieniu drzew i obserwowali bawiące się dzieci.
Na widok cioci i wujka Potterów, Teddy upuścił koszyk i podbiegł do nich.
- Wujek Harry! – zawołał i wskoczył mu na ręce.
Jego włoski natychmiast zmieniły kolor z czarnych na turkusowe.
- Cześć Teddy. Co robicie? – zapytał Harry.
- Szukamy czekoladowych zajączków od babciów i dziadka – krzyknęła Victoire, która podbiegła z prawie pełnym koszyczkiem.
- Victoire, nie mówi się babciów tylko babć – poprawił ją Bill.
- Ale tato – jęknęła mała – przecież mówi się dziadków, to dlaczego nie babciów?
Wszyscy parsknęli śmiechem.
Harry i Ginny przywitali się z dorosłymi i otoczeni przez dzieci i ich najbliższych przeszli przez zagracone podwórko.
Teddy nie odrywał wzroku od Ginny i w końcu wypalił:
- Ciocia jest strrrasznie gruba!
- Teddy nie wolno tak mówić o innych – zbeształa go babcia Tonks. – U cioci w brzuszku rośnie dzidziuś, zapomniałeś?
Teddy potrząsnął głową.
- Niee... A dzidziuś się tam nie udusi? – zapytał zaciekawiony.
- Nie – Ginny pokręciła głową – ma małą rurkę, połączoną ze mną i to przez nią je i oddycha.
- Aha... – Teddy zamyślił się. Victoire też obserwowała z zaciekawieniem duży brzuch cioci.
- Ciociu, a wygodnie ci? – zapytała.
- No wiesz... coraz mniej. – Ginny uśmiechnęła się do swojej bratanicy.
- To wyjmij dzidziusia – zaproponował Teddy.
- Nie mogę, bo jest jeszcze za malutki... Dopiero za kilka miesięcy będzie mógł wyjść.
- Ale tak byłoby ci wygodniej – wywnioskował Teddy.
- A my moglibyśmy się z nim pobawić – powiedziała Victoire.
- Na wszystko przyjdzie czas – oświadczył Harry. – A teraz nadszedł chyba czas na obiad.
Weszli do przytulnej kuchni. Państwo Weasley uściskali córkę i zięcia i zaprosili do salonu, bo jeszcze trochę trzeba było poczekać na posiłek. Na jego progu jednak już ktoś stał.
- Ron, co tu robisz? – zapytał Bill.
- Czekam – warknął. – Dzieci, ty i pani Tonks możecie wejść, ale wy – podniósł rękę i wskazał palcem na Harry’ego i Ginny – idziecie za mną.
Odwrócił się i wbiegł na schody, nie oglądając się za siebie. Harry zmrużył oczy, obserwując mężczyznę. Dawno nie widział Rona tak zdeterminowanego. Spojrzał na Ginny, która blada wcisnęła rękę pod jego ramię, i powoli weszli na schody. Z salonu usłyszeli jeszcze rozemocjonowany głos Teddy’ego: „Wujkowie będą się bili!” i spokojny głos Hermiony: „Nie zrobią tego przy cioci, Teddy. Muszą sobie we trójkę coś wyjaśnić”.
Znaleźli się na pierwszym piętrze. Drzwi do sypialni państwa Weasley były uchylone. Podeszli tam. Harry pchnął je i weszli do środka.
Ron stał przy oknie z założonymi rękami na piersiach i patrzył na nich. Miał nieodgadniony wyraz twarzy. Gdy tylko Ginny usadowiła się w foteliku po drugiej stronie, a Harry przysiadł na jego poręczy, wyciągnął różdżkę. Harry poderwał się na równe nogi, ale Ginny powstrzymała go w ostatniej chwili przed rzuceniem się na jej brata, który spokojnym krokiem przeszedł przez pokój, szepnął w kierunku schodów „Muffliato” i zablokował drzwi zaklęciem, po czym z powrotem wrócił na miejsce przy oknie. Harry usiadł ponownie przy Ginny, nadal mrużąc oczy. Nie wiedział, czego można się spodziewać po Ronie.
- Jak się czujesz, siostrzyczko? – zapytał ten cicho.
- Wspaniale. Mama miała rację. To najszczęśliwszy okres dla kobiety, kiedy maluch zaczyna się ruszać.
Ron kiwnął głową i zamknął oczy. Przygarbił się i opuścił ręce.
- Chciałem was przeprosić – zaczął po dłuższej chwili.
- Rozmawiałeś z Hermioną? – zapytał ostro Harry. – Bo to ją powinieneś najpierw przepraszać, a nie nas – warknął.
- Harry... – Ginny jęknęła, ale Ron potrząsnął głową.
- Rozmawiałem już dawno – przyznał. – Tak właściwie prawie miesiąc od tamtego dnia. I chyba wszystko sobie wyjaśniliśmy.
- Chyba? – Ten kwaśny ton Harry’ego sprawił, że Ron wzdrygnął się.
- Nie. Wszystko sobie wyjaśniliśmy. Przestałem pić... i obwiniać ją o tamto i całą resztę...
- Długo ci jednak zajęło, by porozmawiać z nami – syknął Harry. – Wiesz, że od miesięcy próbowaliśmy...
- Tak, wiem. Bałem się stanąć z wami twarzą w twarz, tak jak teraz, i nadal boję... – urwał i przełknął głośno ślinę. – Tak bardzo mnie zabolały wtedy twoje słowa, Ginny... – Spojrzał udręczony na siostrę. – Ale to właśnie one sprawiły, że zacząłem inaczej patrzeć na Hermionę i naszą sytuację. Miałaś rację i dziękuję ci za to. A co do ciebie, Harry... – jego zamglony wzrok padł na najlepszego przyjaciela – przepraszam za wszystkie słowa, które ci mówiłem za każdym razem, gdy śmierciożercy... porywali Ginny... – głos mu się załamał a na twarzy pojawiły się pierwsze łzy. Otarł je ze złością. – W twoich oczach za każdym razem było tyle cierpienia i smutku, gdy jej nie było... Bez zastanowienia rzucałeś się wtedy w niebezpieczeństwo, by ją ratować, a ja... potrafiłem tylko mieszać cię z błotem. A tak naprawdę... nie chciałem tego wszystkiego widzieć, bo ja nigdy bym się na to nie zdobył. I wiem, że pojawienie się wśród was maleństwa, da wam wreszcie to poczucie spokoju i miłości, którego od tak dawna wam brakuje.
Harry siedział sztywno, ściskając zapłakaną Ginny za rękę. Wpatrywał się w Rona, który po tym wyznaniu odwrócił się od nich i wyjrzał przez okno. W końcu wstał i podszedł do niego.
- Cieszę się, że wreszcie to do ciebie dotarło – mruknął.
- Czy między nami... wszystko już okej? – szepnął Ron. – Zaufasz mi jeszcze kiedyś?
- Nigdy w ciebie nie wątpiłem – powiedział. – I mam nadzieję, że tak zostanie.
Uścisnęli się mocno. Ginny podeszła i rzuciła się bratu na szyję. Łzy wciąż płynęły po jej twarzy.
- I zawsze będziesz u nas mile widziany. Nigdy o tym nie zapominaj.

7 komentarzy:

  1. Świetnie piszesz. Gratulacje ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. nie przejmuj się jak nie ma komentarz bo to dlatego że nie mają czasu ich pisać bo chcą czytać kolejne rozdziały ;b

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetnie, jak zawsze:D:D:D Cieszę się, że Ron przeprosił rodzinę;D

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak czasami Teddy coś palnie to chce mi się strasznie śmiać, ale nie robię tego, bo rodzice pomyślą, że jestem chora psychicznie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Przy końcówce sie popłakałam genialne

    OdpowiedzUsuń
  6. teddy jak coś palnie to voldemorta rozbawi

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy prawda ale jak Teddy coś palnie to ...

    OdpowiedzUsuń