Harry zmrużył oczy i naciągnął czapkę z charakterystycznym złotym szponem, osłaniając twarz daszkiem. Piękna pogoda zapewniała tego dnia idealne warunki do rozegrania meczu.
Rozejrzał się. Stadion na Bodmin Moor był wypełniony po brzegi. Gdziekolwiek spojrzał, widział czarodziejów i czarownice poprzebieranych w szaty obu drużyn. Ciemnozielone szaty Harpii mieszały się z żółto-czarnymi strojami Os. Wszyscy byli ciekawi, kto wygra.
Odetchnął.
Wcześniej odprowadził Ginny do szatni i życzył jej powodzenia. To będzie jej pierwszy mecz od dwóch lat, więc uśmiechnęła się do niego nerwowo, stojąc przy drzwiach. Wyglądała na bardzo niepewną. Harry chwycił ją za ramiona i spojrzał głęboko w jej brązowe oczy.
– Dasz radę – zapewnił z całego serca. – Jesteś gotowa.
– To miała być twoja mowa motywacyjna? – Ginny zmrużyła oczy.
– Tę sprawę zostawiam Gwenog. Zresztą chyba nigdy nie bylem w tym dobry.
Ginny skinęła głową i spojrzała na niego z większą pewnością siebie.
– Dzięki, Harry. Zobaczymy się po meczu.
Pocałowała go szybko w policzek i odwróciła się, by otworzyć drzwi. Chwyciła za klamkę i posłała mu ostatnie spojrzenie, po czym zniknęła w głębi szatni.
Harry ruszył do sektora dla rodzin graczy, gdzie czekali już na niego Ron z Teddym.
– Najlepsze miejsca! – usłyszał zachwycony głos Rona. – Dzięki, stary! – Przyjaciel klepnął go w plecy i usiadł na swoim miejscu. – Dałoby się załatwić takie miejsca na mecz Armat?
– Zapytaj siostrę – mruknął z uśmiechem Harry w odpowiedzi, odwracając się. – Ale myślę, że może załatwić tylko na mecz z Harpiami.
– Szkoda.
– Wujek, kiedy będzie ciocia?
Teddy podskakiwał zadowolony obok Harry’ego.
– Za chwilę będzie przedstawienie obu drużyn – powiedział Harry, biorąc na ręce chrześniaka. – W jakim kolorze szat będzie grać ciocia?
– Zielony! – wykrzyknął chłopiec, ciągnąc za swoją bluzę. – Ze sponem!
– Szponem – poprawił go automatycznie Harry. – Bo w grze pokazują pazury.
Rozczapierzył palce i podrapał nimi powietrze ku uciesze Teddy’ego.
– Osy będą miały przerąbane – mruknął Ron.
– Panie i panowie! Czarownice i czarodzieje! – Głos komentatora poniósł się po stadionie. – Oto pierwsza z drużyn dzisiejszego meczu! Przywitajmy nasze urocze panie, Harpie z Holyhead! Morgan! Lewis! Smythe! Mason! Wright! Potter! Iii… Jones!
Z szatni wystrzeliły po kolei wszystkie zawodniczki, śmigając wokół stadionu.
– Ciocia! – wykrzyknął Teddy.
– A oto… – kontynuował komentator – Osy z Wimbourne! Harris! Williams! Troy! Bowen! Gallagher! Roberts! I… Poole!
Siedem żółtych smug wystrzeliło z bramy, okrążając stadion i ustawiając się naprzeciwko Harpii. Z sektora Os rozległo się głośne bzyczenie.
Za nimi wyszedł sędzia, trzymając w jednej ręce skrzynkę, a w drugiej miotłę. Wypuścił tłuczki i złoty znicz. Harry dostrzegł, jak złota piłeczka przelatuje między bramkami i znika.
Sędzia wsiadł na swoją miotłę, wziął do ręki kafel i wzbił się w powietrze.
Rozległ się donośny dźwięk gwizdka, kafel wyleciał w górę i obie drużyny rozpoczęły rywalizację.
– Wystartowali! – wykrzyknął komentator. – Troy! Williams! Potter! Morgan! Wright! Iii… Goool! Dziesięć do zera dla Harpii!
Ciemnozielone sektory fanów Harpii zawyły z radości. Harry bił brawo obok wrzeszczącego z radości Rona, jednocześnie powstrzymując Teddy’ego, który podskakiwał jak szalony, machając rękami, przed zeskoczeniem z trybuny.
– Teraz kafla ma Gallagher! Oj, to musiało boleć! – wykrzyknął komentator.
Cały stadion jęknął, gdy tłuczek odbity przez Lewis trafił Troya w brzuch.
– Sędzia odgwizduje faul!
Kafel trafił w ręce Gallaghera, lecz jego rzut został przechwycony przez Wright i Harpie znowu były w posiadaniu kafla. Rachel podała do Ginny… iii…
W sektorze fanów Harpii rozległo się zbiorowe westchnienie, gdy obrońca Os opuszkami palców zmienił tor lotu i kafel ominął obręcze.
– O mały włos!
Od tego zdarzenia ścigające Harpii nie odstępowały swoich odpowiedników w barwach Os, bezbłędnie odczytując każde ich zagranie. Pałkarki rozbijały ataki przeciwników, a Gertie Smythe zaliczyła kilka spektakularnych obron.
Osy nie ustępowały im kroku.
Serce Harry’ego zamarło, gdy po widowiskowym zdobyciu gola dla Harpii, Ginny została trafiona tłuczkiem w prawy bok. Skrzywiła się z bólu, ale nie zwolniła. Opadła jednak o kilka metrów, zaciskając palce na trzonku miotły. Kafel przeleciał obok niej, przejęty przez zawodnika Os.
– Przerwać to! – krzyknął Ron. – To było celowe!
Harry wpatrywał się tylko w nią.
– No dalej… – mruknął pod nosem, pochylając się do przodu tak, jakby chciał pomóc jej utrzymać równowagę. – Dasz radę…
Ginny uniosła głowę. Harry dostrzegł, jak zaciska zęby i prostuje ramiona pomimo bólu, a w jej oczach płonie determinacja i skupienie. Była gotowa do dalszej walki.
– Niesamowite! Potter wciąż w grze! – krzyknął komentator, a stadion odpowiedział falą oklasków.
Teddy zapiszczał z zachwytu.
– Ciocia! Ciocia! – zaczął skandować.
Osy natychmiast próbowały przejąć inicjatywę, ale Ginny dopadła kafla pierwsza.
Przez kilka sekund troje zawodników walczyło o niego w powietrzu, przepychając się i zmieniając kierunek lotu. W końcu Ginny wyrwała kafla spod ramienia przeciwnika i bez zastanowienia pomknęła do przodu.
– Samotny rajd Potter!
Obrońca Os wyszedł jej naprzeciw.
– Uwaga, Osy! – zawołał komentator. – Radzę trzymać się przepisów, bo w loży honorowej siedzi dziś sam Harry Potter i analizuje każdy manewr… Chociaż, kto wie, może przy okazji wypatruje czarnoksiężników?
Harry udał, że tego nie usłyszał, skupiony na grze, bo Ginny akurat uniosła rękę i rzuciła. Kafel przeleciał między dłońmi obrońcy Os i wpadł w obręcz.
– Dobra robota, Ginny! – wykrzyknął Ron.
Kafla przejął Gallagher, podał do Troya, lecz znikąd pojawiła się Melanie Morgan i przejęła rzuconą piłkę, którą natychmiast podała do Rachel Wright. Ginny dołączyła do nich chwilę później i razem, ramię przy ramieniu, zaatakowały bramki Os.
– Potter znów przy kaflu! – ryknął komentator. – Harpie prowadzą środkiem! Morgan! Wright! I z powrotem do rudowłosej zmory Os – Ognistej Potter!
Ginny odbiła się mocniej, przyjęła podanie od Melanie Morgan i ruszyła samotnie w kierunku bramek. Otoczona z każdej strony przez pałkarzy obu drużyn i głośne buczenie kibiców Os, nie zważała na latające tłuczki. Jeszcze dziesięć metrów… pięć…
– Dasz radę… – mruczał Harry, zaciskając mocniej dłonie na balustradzie.
Ginny minęła jednego ścigającego. Drugiego… Zanurkowała tak nisko, że końcówka miotły niemal musnęła murawę. Zamarkowała rzut do lewej obręczy, zmuszając obrońcę Os do ruchu, po czym posłała kafla w przeciwną stronę.
– TAK! – wykrzyknął Harry, uderzając pięścią w poręcz.
– I trafia! Pięćdziesiąt do trzydziestu dla Harpii!
Trybuny Harpii eksplodowały.
– To jest powrót! – krzyczał komentator. – Panie i panowie, jeśli ktoś miał wątpliwości, czy Ginewra Potter wróciła do formy, właśnie dostał odpowiedź, że jej ogień wciąż płonie!
Ginny wzniosła pięść w powietrze tylko na sekundę, zaraz potem zawracając, już skupiona na kolejnej akcji.
– Trzeba przyznać, że kiedy własny mąż obserwuje z trybun, człowiek chyba naprawdę nie chce pudłować!
– Hej! – krzyknął Ron.
Osy odpowiedziały dwoma szybkimi trafieniami, wyrównując wynik. Tłuczki świstały coraz niżej, coraz bliżej zawodniczek.
– Uważaj! – wyrwało się Harry’emu, gdy jeden z nich przeciął powietrze tuż obok Ginny.
Jakby go usłyszała – pochyliła się w ostatniej chwili, unikając uderzenia, i bez zatrzymania ruszyła dalej.
– Oni zaraz wpadną w obręcze! – zawołał nagle Teddy, wskazując dwóch zawodników z przeciwnych drużyn lecących obok siebie. – Prawda, wujku?
– Znicz! – wykrzyknął jednocześnie komentator. – Szukający chyba dostrzegli złoty znicz!
Harry, Ron i Teddy zamarli, wpatrując się w dwie smugi, zieloną i żółtą, które przecięły powietrze nad boiskiem.
Teddy zacisnął oczy i wtulił się w Harry’ego. Trudy Mason z Harpii i Mike Bowen z Os lecieli ramię w ramię przez całe boisko i gdyby nie poderwali jednocześnie mioteł w przeciwne strony, oboje wpadliby w obręcze bramek.
– To czyste szaleństwo! – wykrzyknął komentator.
– Rozbili się? – zapytał Teddy, nie otwierając oczu.
– Ledwo się wybronili – odetchnął Ron.
Harry położył dłoń na ramieniu chłopca.
– Możesz otworzyć oczy, Teddy. Nic im się nie stało.
– Złapali znicza? – Teddy doskoczył do barierki, rozglądając się zaciekawiony po boisku.
– Jeszcze nie.
– A gdzie ciocia?
Harry wskazał drugi koniec boiska, gdzie ścigające Harpii uformowały szyk i we trójkę zaszarżowały w stronę obrońcy Os. Ginny miała kafla pod pachą.
– Tam.
Harpie wymieniały między sobą szybkie podania. Wright do Morgan. Morgan do Ginny. Osy próbowały zamknąć ją z dwóch stron, ale Ginny zauważyła lukę i zamiast ruszyć do bramek, podała z powrotem do Morgan.
Robards, obrońca Os, przesunął się odrobinę za późno. Ginny dostała kafla ponownie i tym razem nie było już czasu na reakcję. Minęła Troya i Williamsa, ciasno przy ciele, niemal ocierając się o ich ramiona.
Chwilę potem rozległy się okrzyki, bo Ginny strzeliła gola.
– Kolejne dziesięć punktów dla Harpii! Ginewra Potter wróciła na boisko tak, jakby nigdy go nie opuszczała! – kontynuował komentator z wyraźnym zachwytem. – Muszę przyznać, że ta dwuletnia przerwa macierzyńska w ogóle nie zaszkodziła jej sylwetce. A jej rude włosy lśnią w słońcu niczym świeżo wypolerowana Błyskawica!
Na trybunie honorowej Harry zacisnął dłonie tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie na poręczy. Poczuł, jak zalewa go fala gorącej, czystej złości. Wiedział, ile Ginny kosztował ten powrót. Pamiętał jej łzy ze zmęczenia, nocne karmienia i walkę o powrót do kondycji po dwóch porodach z rzędu. A ten palant z loży komentatorskiej sprowadzał to do „atrakcyjnej sylwetki”.
– Co za nadęty dupek – warknął Ron, zerkając na szwagra. – Harry, jeśli ty mu nie dasz w zęby po meczu, ja to zrobię.
Harry nie odpowiedział. Patrzył na Ginny. Widział z tej odległości, jak jej ramiona sztywnieją na miotle. Usłyszała to.
Gdy kilka minut później komentator palnął kolejny tekst – o tym, że rzucanie kaflem wychodzi jej „prawie tak dobrze, jak zmienianie pieluch małym Potterom” – na trybunie Weasleyów i Potterów atmosfera stała się gęstsza niż eliksir wielosokowy.
– Oho… – mruknął Ron, gwałtownie prostując się na siedzeniu. – Zaczyna się. Znam ten wzrok. Ten komentator to trup, tylko jeszcze o tym nie wie. Spójrz na nią, Harry!
Ginny Potter przestała grać w Quidditcha. Zaczęła polować.
Zamiast podać do ruszającej ze skrzydła Rachel, zniżyła lot, niemal kładąc się na trzonku miotły. Ruszyła prosto na ścigającego Os, który właśnie przejął kafel. Szła na czołowe zderzenie z furią, jakiej Harry nie widział u niej od czasów szkolnych awantur ze Ślizgonami.
– Słodki Merlinie, ona go zabije! – wrzasnął Ron, wyskakując z fotela i łapiąc się barierek.
W ostatnim ułamku sekundy, gdy Gallagher, sparaliżowany strachem przed pędzącą na niego rudą kometą, szarpnął za trzonek miotły i stracił równowagę, Ginny minęła go o włos. Brutalnie, z pełną premedytacją uderzyła go barkiem w locie, niemal zwalając z miotły, wydarła mu kafel z rąk i z potężnym zamachem zapakowała go prosto w środkową pętlę Os.
– Tak jest! – wrzasnął Teddy, którego włosy w ułamku sekundy zmieniły kolor na agresywną, jaskrawą czerwień. – Widzieliście to?!
– Gra czystą wściekłością – powiedział cicho Harry.
W jego głosie nie było zazdrości ani strachu. Był tam głęboki, podszyty dreszczem podziw. Znał swoją żonę. Ginny nie grała dla punktów. Grała czystą furią. Jej rudy kucyk miotał się wokół głowy jak płomień rzucony na wiatr, ale na jej twarzy nie było już sportowej pasji. Była tam tylko lodowata, bezwzględna wściekłość.
– Stary, ona robi zwroty na żyletki – Ron z przejęciem śledził wzrokiem każdy ruch siostry. Ginny po raz kolejny zanurkowała tuż przed tłuczkiem, zmuszając pałkarza rywali do ucieczki. – Jeśli ten facet przez mikrofon powie jeszcze jedno słowo o pieluchach albo o jej włosach, to przysięgam, sam polecę na dół i pożyczę jej moją różdżkę.
Osy przejęły kafla niemal natychmiast.
Troy nie zwolnił, mimo tłuczków odbitych przez Jones i Lewis. Przerzucił piłkę do Williamsa, ten podał ją dalej do Gallaghera, który znalazł się już kilka metrów przed bramkami Harpii. Zanim którakolwiek z zawodniczek Harpii zdążyła zareagować, kafel przemknął tuż obok Gertie i wpadł w obręcz.
Kibice Os poderwali się ze swoich miejsc, machając szalikami i chorągiewkami.
– Niesamowity strzał! – ryknął komentator. – Pani Potter, widziała to pani? Osy właśnie przypomniały Harpiom, że ten mecz grają dwie drużyny!
Ginny odwróciła głowę w stronę komentatorskiej loży, mrużąc oczy. Tylko na sekundę, ale wystarczyło, żeby Harry to zauważył.
– O nie – mruknął Ron.
Ginny nie odpowiedziała. Zawróciła i ruszyła za kaflem.
Harpie odzyskały piłkę po kilku sekundach. Melanie podała do Rachel, Rachel do Ginny. Osy próbowały zamknąć ją z dwóch stron, ale Ginny znalazła lukę i przemknęła między nimi. Przez moment wyglądało, jakby miała podać.
Nie podała. Przyspieszyła.
– Potter rusza! – krzyknął komentator. – I proszę państwa, chyba właśnie postanowiła odpowiedzieć na poprzednią akcję po swojemu!
Ginny minęła Troya, gwałtownie odbiła w bok i rzuciła.
Kafel trafił w obręcz, odbił się od jej wewnętrznej krawędzi i wpadł do środka.
Trybuny Harpii eksplodowały.
Ginny nie uniosła pięści. Nie spojrzała na koleżanki. Zawróciła.
– Czy zauważyliście ten ogień, gdy Potter trzyma kafla? – rozległ się głos komentatora. – To już nie jest zwykła ścigająca, proszę państwa. To prawdziwy pożar na miotle!
– Ginny, nie słuchaj tego kretyna! – krzyknął do niej Harry, gdy w tym momencie przeleciała obok ich loży. – Skup się na kaflu!
Harry nie był pewny, czy Ginny go usłyszała. Zaczęła jednak latać jeszcze szybciej i ostrzej, jakby każda kolejna akcja miała być odpowiedzią.
– Potter znowu przy kaflu! – ryknął komentator. – Wygląda na to, że pani Potter postanowiła osobiście dopilnować, żeby Harpie nie miały dziś żadnych problemów!
– On naprawdę nie potrafi powiedzieć po prostu: „ładna akcja”?! – warknął Ron.
Ginny nie zwolniła. Troy próbował ją zablokować, ale Ginny przechyliła miotłę pod ostrym kątem i przemknęła obok niego o włos. Gdy rzuciła, kafel odbił się od obręczy i wpadł do środka.
Trybuny eksplodowały.
– Kolejne dziesięć punktów dla Harpii!
Ginny wykonała honorową pętlę wokół boiska, a gdy doleciała do reszty drużyny przybiła z nimi piątki. Nie cieszyły się długo, bo sędzia już odgwizdał powrót i Osy ruszyły do ataku.
Ginny przez kilka chwil wisiała nad boiskiem, śledząc rozwój akcji. Fiona i Gwenog odbijały tłuczki, spowalniając ścigających Os, którzy próbowali zdobyć bramkę. Gertie bez trudu obroniła strzał i podała kafel do nadlatującej Rachel. Ta szybko przekazała go Melanie, która doleciała do połowy boiska i oddała piłkę Ginny. Ginny rozejrzała się za Rachel, lecz po chwili zdecydowała się ruszyć samotnie w stronę obręczy.
– Potter pędzi w stronę bramek! Najpierw pojawia się ruda smuga, a dopiero chwilę później reszta zawodniczki!
Tłum wybuchnął śmiechem.
Ginny nawet nie odwróciła głowy. Harry zauważył jednak, że mocniej zacisnęła dłoń na trzonku miotły. Nie spojrzała na Morgan, która od kilku sekund leciała zupełnie niepilnowana po lewej stronie. Nie podała. Przyspieszyła.
– Ginny… – mruknął Harry pod nosem, kręcąc głową.
Minęła Troya, gwałtownie odbiła w prawo i poderwała miotłę niemal pionowo. Gallagher rzucił się za nią za późno.
Kafel poszybował przez środkową obręcz.
– GOOOL DLA HARPII! – ryknął komentator. – No proszę! Wygląda na to, że pani Potter postanowiła odpowiedzieć mi po swojemu!
Harry nawet nie drgnął.
Przez następnych kilka minut Osy grały cierpliwie. Nie próbowały już ryzykownych rajdów. Wymieniały krótkie, szybkie podania, zmuszając Harpie do ciągłego zmieniania ustawienia.
Troy podał do Williamsa. Williams do Gallaghera. Gallagher z powrotem do Troya.
Kafel krążył między nimi tak szybko, że Harry przez chwilę miał wrażenie, iż obserwuje jedną złotą smugę.
– Osy rozciągają obronę Harpii! – zawołał komentator. – Świetna organizacja gry!
Gallagher zanurkował w dół, wyciągając Gertie z bramki.
Troy nie czekał ani chwili. Rzucił. Kafel uderzył w górną obręcz i wpadł do środka.
– Kolejne dziesięć punktów dla Os!
Sektor żółto-czarnych eksplodował.
Wynik stopniał do stu dziesięciu do stu.
Harry spojrzał na Ginny. Już zawracała. Za szybko.
Morgan próbowała coś do niej krzyknąć. Ginny nawet nie odwróciła głowy.
– Potter znowu przy kaflu! – ryknął komentator. – A kiedy ona przyspiesza, nawet wiatr wygląda na spóźnionego!
Williams wyrósł przed nią jak spod ziemi, ale Ginny nawet nie pomyślała o zwolnieniu. Zrobiła gwałtowny, niemal samobójczy zwód, obniżając lot tak nisko, że jej buty niemal szorowały po trawie.
Minęła go.
Przed nią była już tylko pętla bramkowa Os i ich obrońca. Ginny uniosła ramię, gotowa do potężnego rzutu.
Wtedy z góry spadł tłuczek.
Uderzył w trzonek jej Błyskawicy z głuchym, mrożącym krew w żyłach trzaskiem. Miotła szarpnęła w bok. Kafel wyślizgnął się z jej rąk.
– Potter traci kafel! – zaryczał komentator. – Świetna reakcja Os!
Zanim zdołała opanować miotłę, Williams przejął piłkę niemal i natychmiast podał do Troya. Walka przeniosła się na drugą stronę boiska.
Troy znalazł się sam przed Gertie. Zrobił krótki zwód, unikając tłuczka odbitego przez Gwenog i posłał kafla prosto w lewą obręcz. Gertie rzuciła się za nim, ale było już za późno.
– I mamy wyrównanie! Harpie straciły przewagę, a Potter chyba będzie musiała przypomnieć sobie, że w Quidditcha gra się zespołowo!
– On naprawdę chce umrzeć – warknął Ron.
Harry poczuł, jak coś ściska go w żołądku.
Ginny nie czekała na wznowienie. Ruszyła po kafla, zanim sędzia zdążył odlecieć od obręczy.
Morgan leciała wolna po lewej stronie. Rachel po prawej. Ginny mogła podać. Nie podała. Przyspieszyła.
– Potter bierze to na siebie! – zawołał komentator. – Czy ktoś jeszcze wierzy, że ona zamierza dziś oddać ten mecz komukolwiek?
Harry zacisnął dłonie na barierce.
To nie był już ten sam mecz.
Ginny nie próbowała wygrać z Osami.
Próbowała uciszyć jeden głos dochodzący z komentatorskiej loży.
– Ginny, tutaj! – krzyknęła Morgan, w tej samej chwili, w której Ginny obróciła się w jej stronę i podała.
Harry odetchnął z ulgą, widząc tę delikatną zmianę w postawie Ginny.
– No wreszcie – westchnął Ron.
Obaj patrzyli jak ścigające Harpii ramię przy ramieniu dolatują do bramek Os i zdobywają gola.
– Cóż za niespodzianka! Pani Potter jednak pamięta, że ma koleżanki w drużynie!
Ginny zmrużyła oczy, patrząc w stronę loży komentatora. Harry wiedział, że to nie wróży nic dobrego. Jednak ona odwróciła się do tamtego tyłem i odleciała w stronę koleżanek z drużyny. Odetchnął, skupiając się na sytuacji na boisku. Wiedział, że przy tak wyrównanej grze, tylko złapanie znicza może rozstrzygnąć wynik tego meczu.
Napięcie na trybunach sięgało zenitu, gdy po kolejnych bramkach na tablicy wyników widniał remis, a kibice zrywali się z miejsc przy każdym gwałtowniejszym zwrocie akcji. Nikt nie chciał przegapić chwili, w której jedna z drużyn wreszcie przechyli szalę zwycięstwa na swoją stronę.
Kafel ponownie był w posiadaniu Harpii. Wszystkie trzy ścigające podawały między sobą piłkę, obserwując zachowanie Os. Wkrótce Morgan zaatakowała. Podała ostatni raz do Wright, a ta wykonała unik przed nadlatującym Robardsem i rzuciła. Niestety kafel odbił się od obręczy i gdyby nie szybka reakcja Ginny Osy przejęłyby grę.
– Potter znowu przy kaflu! Ciekawe tylko, komu najbardziej chce dziś zaimponować – ciągnął komentator z rozbawieniem. – Kibicom Harpii, swoim maluchom, a może mężowi? W końcu niełatwo być panią Potter. Przy takim nazwisku człowiek musi chyba stale udowadniać, że zasługuje na własne miejsce w świetle reflektorów!
Ron przestał się uśmiechać.
Harry zacisnął palce na barierce, ale nie odezwał się ani słowem.
I wtedy, zupełnie nie w porę, przypomniał sobie ich rozmowę sprzed tygodnia, gdy Ginny zagroziła mu, że jeśli usłyszy jak ktoś przedstawia ją jako żonę Harry’ego Pottera, najbliższy tydzień spędzi w pokoju z Albusem.
Wtedy uznał to za żart. Teraz kącik jego ust drgnął ledwie zauważalnie.
Nie miał wątpliwości, że Ginny pamiętała tamtą groźbę. I że gdyby mogła teraz usłyszeć jego myśli, prawdopodobnie uznałaby, że wspólna noc z siedmiomiesięcznym synem to zdecydowanie zbyt łagodna kara za pozwolenie temu człowiekowi na dalsze komentowanie.
Uśmiech zniknął równie szybko, jak się pojawił.
Bo Ginny nie potrzebowała, żeby Harry bronił jej przed każdym idiotą na stadionie. Potrzebowała, żeby wreszcie pozwolono jej być po prostu Ginny.
– A może właśnie dlatego tak zaciekle walczy? – usłyszał ostatnie słowa komentatora. – Bo wreszcie ma okazję pokazać, że sama też potrafi być gwiazdą!
Śmiech na trybunach tym razem był słabszy, niepewny. Ktoś zagwizdał. Ktoś inny zawołał, żeby komentator wrócił do meczu.
Harry poczuł, jak narasta w nim gniew. Nie dlatego, że mężczyzna wspomniał o nim samym. Przywykł do tego. Chodziło o Ginny – o sposób, w jaki każdą jej decyzję, każdy sukces i każdy wysiłek sprowadzał do macierzyństwa albo nazwiska.
– Jeszcze jedno słowo – mruknął Ron – a przysięgam, że…
– Nie – przerwał mu Harry.
Głos miał spokojny, ale sam ledwie rozpoznawał jego brzmienie.
Nie mógł dać temu człowiekowi widowiska, na które najwyraźniej liczył. Nie tutaj. Nie przy setkach świadków i reporterach czekających na choćby najmniejszy pretekst, by napisać kolejny artykuł o Harrym Potterze.
Na boisku Ginny właśnie strzeliła gola.
I wtedy komentator znów się odezwał:
– Kolejne dziesięć punktów dla Harpii! Ginewra Potter! Matka, żona i, jak się okazuje, nadal ścigająca!
Harry milczał.
Nie podobało mu się to spojrzenie Ginny. Nie podobało mu się również to, że po zdobyciu gola nie wyglądała na szczęśliwą. Wyglądała na wściekłą.
Osy wznowiły grę.
Tym razem odpowiedziały błyskawicznie.
Troy podał do Gallaghera, Gallagher do Williamsa. Gwenog Jones ruszyła za nimi, odbijając tłuczek, ale Williams zdołał odegrać piłkę w ostatniej chwili.
Gertie wyskoczyła z bramki, zasłaniając obręcze. Williams zwiódł ją w ostatniej chwili i posłał kafla w przeciwną stronę. Bramkarka rzuciła się za nim, lecz piłka przemknęła tuż poza zasięgiem jej palców i wpadła do obręczy.
– Dziesięć punktów dla Os! – ryknął komentator.
Sektor w żółto-czarnych barwach poderwał się z miejsc. Na tablicy wyników pojawiło się sto pięćdziesiąt do stu pięćdziesięciu.
Ginny odwróciła się gwałtownie.
– Osy wracają do gry! – kontynuował komentator. – I wygląda na to, że Harpie będą musiały znaleźć sposób na zatrzymanie ich ofensywy!
Tym razem nie powiedział nic o Ginny. Nie musiał.
Ona i tak zacisnęła szczękę. Harry widział to z daleka. Potem spojrzała na niego. Przez krótką chwilę ich oczy się spotkały. Harry uniósł dłoń, jakby chciał jej powiedzieć, żeby odpuściła. Ginny odwróciła jednak głowę. I ruszyła po kafla.
Przechwyciła go tuż przed nosem Williamsa, po czym natychmiast wzniosła się wyżej, unikając nadlatującego tłuczka. Morgan leciała po jej lewej stronie, wolna i gotowa do przyjęcia podania. Ginny nawet na nią nie spojrzała.
Harry pochylił się nad barierką.
– Podaj – mruknął pod nosem.
Ginny przemknęła między dwoma zawodnikami Os, ściskając kafel pod pachą. Troy próbował odciąć jej drogę do bramek, lecz wykonała gwałtowny zwrot, niemal kładąc się na miotle. Przez ułamek sekundy wyglądało, jakby straciła równowagę. Potem wyprostowała się, wyciągnęła rękę i rzuciła.
Robards skoczył w prawo.
Kafel wpadł do lewej obręczy.
– Dziesięć punktów dla Harpii! – ryknął komentator. – Potter nie zamierza oddawać pola! Sto sześćdziesiąt do stu pięćdziesięciu! Harpie znów wychodzą na prowadzenie!
Trybuny eksplodowały okrzykami. Gwenog Jones uniosła pięść w geście triumfu, Morgan dopadła Ginny i poklepała ją po ramieniu. Przez krótką chwilę Ginny pozwoliła sobie na uśmiech.
Tylko przez chwilę.
Nad boiskiem, wysoko ponad głowami ścigających, Trudy Mason i Mike Bowen zataczali coraz ciaśniejsze kręgi. Harry odnalazł ich wzrokiem. Przez ostatnie minuty niemal zapomniał o szukających, zbyt zajęty śledzeniem Ginny i jej coraz bardziej ryzykownych zagrań.
Teraz wszystko zależało od znicza.
– Mason dostrzegła znicza! – zawołał komentator. – Nie, chwila! Bowen też go zauważył! Oboje ruszają w dół!
Na stadionie podniósł się jeden wielki krzyk.
Złoty błysk przemknął przy zachodniej trybunie, zniknął za plecami Bowenа i pojawił się znów kilka metrów dalej. Trudy pochyliła się nad miotłą, ale szukający Os był bliżej. Przeciął jej tor lotu i rzucił się w dół, niemal pionowo.
– Bowen prowadzi! Mason próbuje go dogonić! Na Merlina, ależ oni pędzą!
Harry nie oddychał.
Mike Bowen wyciągnął rękę.
Przez ułamek sekundy jego palce zamknęły się w powietrzu.
Potem rozległ się gwizd.
– ZNICZ! Bowen złapał znicza! Osy zdobywają sto pięćdziesiąt punktów i wygrywają mecz trzysta do stu sześćdziesięciu!
Żółto-czarny sektor eksplodował. Zawodnicy Os wznieśli ręce w górę, a ich szukający zatoczył triumfalny krąg nad boiskiem. Po drugiej stronie stadionu Harpie zwolniły, jakby nagle zabrakło im powietrza.
Ginny zawisła w miejscu, wpatrując się w tablicę wyników. Sto sześćdziesiąt punktów. Trzysta. Mecz dobiegł końca, a wraz z nim prysły nadzieje Harpii na zwycięstwo.
Morgan podleciała do niej i powiedziała coś, czego Harry nie zdołał usłyszeć. Ginny skinęła głową, ale nie odpowiedziała. Potem spojrzała w stronę trybun.
Harry już się nie uśmiechał. Nie klaskał. Nie próbował udawać, że porażka nie miała znaczenia. Chciał tylko, żeby mogła zobaczyć, że wciąż tam jest. I że patrzy na nią, nie na wynik.
Ginny odwróciła wzrok.
– Co za mecz! – komentator odzyskał pełnię głosu. – Harpie walczyły dzielnie, ale nawet powrót Ginewry Potter nie wystarczył, by zapewnić im zwycięstwo!
Na trybunach rozległy się oklaski, gwizdy i okrzyki kibiców. Ginny nie odrywała wzroku od tablicy wyników.
Komentator jednak nie zamierzał kończyć.
– Trzeba przyznać, że pani Potter dostarczyła nam dziś mnóstwo emocji! Ogniste włosy, ognisty temperament i wielkie ambicje. Choć, jak się okazuje, samo znane nazwisko nie wystarczy, by zostać bohaterką meczu!
Ron zaklął.
Harry poczuł, jak gniew uderza mu do głowy. Odepchnął się od barierki i ruszył w stronę schodów.
– Harry, nie! – Ron złapał go za ramię.
– Puść mnie.
– Nie.
– Ron, puść mnie, do cholery!
– I co zrobisz? Wtargniesz tam na oczach całego stadionu? Jutro napiszą, że Harry Potter pobił komentatora, bo nie umiał znieść porażki własnej żony!
Harry szarpnął ramieniem, ale Ron nie puścił. Przez krótką chwilę mierzyli się wzrokiem. Harry oddychał ciężko, z zaciśniętą szczęką. Wiedział, że Ron ma rację. I nienawidził go za to.
Teddy, który dotąd z przejęciem śledził każdy ruch na boisku, opuścił ręce. Jego włosy, jeszcze przed chwilą jaskrawo rude, powoli przygasły.
– Ciocia naprawdę chciała wygrać – powiedział cicho.
Ron spojrzał na niego, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, że Teddy stoi obok nich.
– Oczywiście, że chciała.
– Nie o to mi chodzi. – Teddy nie odrywał wzroku od Ginny. – Ona nie wygląda, jakby przegrała mecz. Wygląda, jakby wszyscy ją zawiedli.
Harry poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku. Nie odpowiedział. Ginny wciąż patrzyła na tablicę wyników.
– Przecież nie musiała nikomu niczego udowadniać – dodał Teddy. – Wszyscy powinni się cieszyć, że wróciła. A to co mówił ten głos… było niesprawiedliwe.
Ron otworzył usta, ale tym razem nie znalazł żadnego żartu.
Harry spojrzał na chrześniaka.
– Ciocia Ginny wie, że jest dobrą zawodniczką – powiedział, choć zabrzmiało to bardziej jak próba przekonania samego siebie niż odpowiedź.
– To dlaczego wygląda, jakby mu uwierzyła?
Harry zamilkł. Poczuł, jak zaciska mu się gardło. Bo właśnie to było najgorsze. Teddy nie wiedział ile kosztował ją powrót na boisko, ani jak bardzo zależało jej, żeby tym razem napisano o niej, a nie o nim.
A jednak zrozumiał coś, czego dorośli na trybunach zdawali się nie dostrzegać.
Ginny nie potrzebowała, żeby ktoś przypominał jej, czyją jest żoną.
Chciała, żeby zobaczyli, kim jest.
Wtedy komentator odezwał się ponownie.
– Przynajmniej w domu pani Potter będzie miała komu opowiedzieć o dzisiejszym występie! Dwójka małych Potterów czeka na mamę, a jej sławny mąż z pewnością znajdzie sposób, by ją pocieszyć. Cóż, ognia tej zawodniczce nie brakuje. Szkoda tylko, że nie wystarczyło go, by rozpalić Harpie do zwycięstwa!
Harry poczuł, jak puszczają w nim ostatnie hamulce. Miał dość. Dość tego głosu, tych żartów i sprowadzania Ginny do nazwiska, które nosiła. Wystarczyło kilka kroków, kilka słów, może jeden cios – i jutro cały czarodziejski świat czytałby o tym, jak Harry Potter zaatakował komentatora po przegranym meczu żony.
Żony.
Słowo zabrzmiało w jego głowie jak policzek.
Ponownie wróciła do niego groźba Ginny sprzed tygodnia. Jeśli jeszcze raz ktoś nazwie mnie żoną Harry’ego Pottera, najbliższy tydzień spędzisz w pokoju z Albusem.
W innych okolicznościach roześmiałby się na samo wspomnienie. Teraz nie potrafił.
– Harry, nie rób tego – zaczął Ron ostrzegawczo.
– Zabiję go – wycedził.
– Nie zabijesz – odparł Ron, już bez cienia żartu. – Nie dam ci.
Harry puścił barierkę. Rozprostował palce, jeden po drugim, i został na miejscu, bo na środku boiska Ginny powoli uniosła głowę.
Harry zobaczył zmianę w jej postawie. Nie gwałtowny wybuch, nie kolejny grymas wściekłości. Coś znacznie bardziej stanowczego. Ginny odwróciła się w stronę stanowiska komentatorskiego.
I ruszyła ku niemu.
– Ta mina nigdy nie wróżyła niczego dobrego – szepnął Ron, puszczając Harry’ego, ale tym razem nie po to, by pozwolić mu iść. Sam wychylił się nad barierką, próbując zobaczyć, co Ginny zamierza zrobić.
Harry poczuł, jak żołądek zaciska mu się gwałtownie. Bo znał ten wyraz jej twarzy.
I wiedział, że ktoś właśnie popełnił bardzo duży błąd.
– Ginny… NIE!
Za późno.
Stadion powoli milkł.
Najpierw sektor Harpii.
Potem reszta.
Komentator dostrzegł ją dopiero wtedy, gdy zawisła na miotle tuż przed jego stanowiskiem. Uśmiechnął się niepewnie, najwyraźniej przekonany, że zaraz doczeka się kolejnej wymiany zdań.
– Pani Potter! Czy chciałaby pani coś dodać na zakończenie…
Ginny wyciągnęła różdżkę.
Nie powiedziała ani słowa.
Zacisnęła palce na rudym kucyku. Jednym krótkim zaklęciem odcięła rudą kitę, która opadła na jej wolną rękę.
Wokół panowała absolutna cisza. Nawet komentator zamilkł.
Ginny uniosła wzrok na niego.
Różdżka w jej ręku drgnęła. Rudy kucyk zapłonął gwałtownie, jasno, niemal oślepiająco.
Teddy otworzył usta.
Ron wyglądał, jakby zapomniał, jak się oddycha.
A Harry…
Harry tylko patrzył.
Bo znał ten wyraz jej twarzy.
Za dobrze.
– Chcecie ogień?! – głos Ginny przeciął cały stadion.
Nie krzyczała. Nie musiała. Każde słowo niosło się aż po najwyższe trybuny.
– To macie.
I puściła płonący kucyk.
Rozdział świetny! Bardzo podobał mi się opis meczu; byłam ciekawa, jaką granicę przekroczy teraz komentator 🥹 i zakończenie w takim momencie! 😀
OdpowiedzUsuńAle szok jak po latach przypomniał mi się ten blog, wchodzę na stronę a tu rozdział dodany wczoraj!
OdpowiedzUsuń